Reklama

Muzułmański trans

Muzułmański trans

22.05.2007
Czyta się kilka minut
Islam, jakiego nie znamy - niewiele mający wspólnego z talibami czy ideologią dżihadu. Świat islamskich mistyków, bożych szaleńców.
N

Nusrat Fateh Ali Khan, wielki pieśniarz pakistański, rozsławiony na Zachodzie za sprawą Petera Gabriela, miał kiedyś proroczy sen. Ukazał mu się zmarły ojciec: dotknął jego gardła i nakazał śpiewać. Obudziwszy się z pieśnią na ustach, Nusrat Fateh już wiedział, czemu poświęci życie zakończone przedwczesną śmiercią w 1997 roku. Stał się mistrzem kawwali, muzyki islamskich mistyków poszukujących zjednoczenia z Bogiem poprzez śpiew, grę na instrumentach i eks­tatyczny taniec.

Dziennikarz Max Cegielski podąża do pakistańskiego Pendżabu, by odnaleźć ślady tej ekstazy. A przy okazji odkrywa islam, jakiego nie znamy. Islam niewiele mający wspólnego z arabskim wahhabizmem, talibami czy ideologią dżihadu.

Subkontynent indyjski to miejsce, gdzie pomimo granic politycznych bardzo trudno przeprowadzić etniczne czy religijne linie demarkacyjne. Odwiedzane trzykrotnie przez autora Lahore jest typowym pograniczem, "miastem-masalą", gdzie islam i hinduizm, wpływy kultury Bliskiego Wschodu i Indii tworzą oryginalną mieszankę znajdującą swój wyraz m.in. w kulcie sufickich "świętych". To dlatego sufi uznawani są przez ortodoksyjnych wyznawców islamu za heretyków, którzy oddają bałwochwalczą cześć duchowym przewodnikom, nie mówiąc już o panteistycznych inklinacjach i pogardzie dla spraw doczesnych.

Ich przodkowie, łącząc się w bractwa skupione wokół charyzmatycznego mistrza, wiedli życie ascetyczne i kontemplacyjne. Najsłynniejszym był Dżalaluddin Rumi zwany Mewlaną, jego grób stanowi cel pielgrzymek do anatolijskiej Konyi słynącej do dziś z "wirujących derwiszów". W Pendżabie czczony jest przede wszystkim Lal Śahbaz Kalandar czy Śah Dźamal. Ich grobowce są miejscem przedziwnego kultu, w którym religijny szał miesza się z ludowym karnawałem, a natchnionego wyznawcę trudno odróżnić od odurzonego haszyszem "profana". Nie wiadomo też, czy sufizm uznać należy za doskonalsze, bardziej wyrafinowane stadium religii Mahometa, czy jedynie za jego anarchizującą odnogę.

Jedno jest pewne: muzułmańscy mistycy kontestują "oficjalną" wersję islamu, tak szyickiego, jak i sunnickiego. I tak właśnie przedstawia ich Cegielski: jako bożych szaleńców, nieskażonych nienawiścią i skłonnością do dzielenia świata na swoich i obcych, często bardziej łaknących magii i poczucia wspólnoty niż prawdziwej transcendencji. Co najważniejsze, dla sufich droga do Boga prowadziła zawsze przez samodoskonalenie. Albowiem "sufi nie zmieniali świata - zmieniali siebie".

Podoba mi się sposób, w jaki Cegielski patrzy na swoich bohaterów. Przed naszymi oczami przesuwa się korowód malowniczych postaci: goszczący autora pod swoim dachem bracia Sainowie, bębniarze kultywujący rodzinne tradycje; Musa, trzeźwy komputerowiec z Lahore uznający się za wyznawcę sufizmu, ale odrzucający jego "ciemny", orgiastyczny nurt; poeta Karim, ismailita, który wiedzie wyrafinowane teologiczne spory i wierzy, że potomkiem imama Alego jest żyjący we Francji książę Aga Khan; Amin z Australii, który porzucił pracę dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego, by szukać duchowego oświecenia... Wszyscy oni traktowani są na równi jako różnobarwne odpryski jednej i tej samej mozaiki. Autor przygląda im się z zainteresowaniem, ale i nie bez delikatnej ironii. Dostrzega w nich zarówno wielkość, jak i pospolitość, wzniosłość i odrobinę szalbierstwa, poczucie godności i kulturowe kompleksy.

Warto przy tym zwrócić uwagę na czas, w którym Cegielski odbywał swoje wędrówki. Pierwsza z nich zbiegła się z atakiem terrorystycznym na World Trade Center. Autor przebywał wówczas w górach Hindukuszu w rodzaju komuny, rajskiej oazie, nazwanej przez jej mieszkańców Wolną Republiką Medyny. Wspólnie z kolegami z różnych stron świata, ludźmi różnych wyznań i światopoglądów oglądał rozpad swojej utopii. A jednocześnie widział, jak bardzo ten świat różni się od wizji lansowanej przez zachodnich polityków i mass media.

Cegielski całkowicie odrzuca konfrontacyjną retorykę tamtego czasu. Obca mu jest zarówno antyislamska, jak i proislamska propaganda. Nie żywiąc idealistycznych złudzeń, stroni zarazem od pochopnych uogólnień. "Podróże po Pakistanie uzmysłowiły mi, jak bardzo islam nie jest dziś jednorodny - pisze. - Hasła, które docierały tu z Europy i Ameryki, głosiły krucjatę przeciwko czemuś, co nie istniało".

Zabierając nas do świata pakistańskich czy perskich sufich, Cegielski nie kryje wątpliwości, mnoży pytania. Drobiazgowe analizy pozostawia orientalistom. Sięgając raz po raz do ich dorobku, pozostaje przede wszystkim pełnym pasji podróżnikiem. Fascynacja - ale nie powierzchowna! - przejawia się już w samym języku, w którym intelektualny dyskurs ustępuje miejsca bujnemu, potoczystemu reportażowi, a obok historycznych faktów znalazło się też miejsce na opis orientalnych zapachów, kolorów, wybijanych na bębnach transowych rytmów.

Wiedza autora pogłębia się niejako na naszych oczach, z każdą kolejną wyprawą, spotkaniem czy przeczytaną lekturą. Wchodzimy w ów świat zrazu nieco zde-

zorientowani, niepewni, czy to, co widzimy, jest autentycznym przeżyciem mistycznym, czy sprytną szarlatanerią; czy uczestniczymy w folklorystycznym spektaklu, czy dotykamy istotnego doświadczenia, które pozwoli nam zrozumieć choć trochę fenomen tamtej "inności". I do końca pewnie nigdy nie rozstrzygniemy tych wątpliwości.

Coś jednak pozostanie: poczucie spotkania z barwną i bogatą rzeczywistością, niedającą się tak łatwo sklasyfikować wedle naszych "europejskich" miar. Po lekturze "Pijanych Bogiem" mamy szansę stać się nieco bardziej sceptyczni wobec obiegowych wyobrażeń na temat innych cywilizacji. Dostrzeżemy napięcia przebiegające w zupełnie innych miejscach, niż nam się dotychczas wydawało.

Max Cegielski, "Pijani Bogiem", Warszawa 2007, Wydawnictwo W.A.B.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Anita Piotrowska / FOT. GRAŻYNA MAKARA
Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do pisma „EKRANy”, „Kino” i miesięcznika psychologicznego „Charaktery”. Jest współautorką takich publikacji, jak: „Panorama kina...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]