Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Mundial 2018: chorwackie serce

Mundial 2018: chorwackie serce

01.07.2018
Czyta się kilka minut
W sobotę Leo Messi i Cristiano Ronaldo, w niedzielę Andres Iniesta: z mundialem żegnają się najwięksi artyści dzisiejszej piłki. Luka Modrić jeszcze w Rosji zostanie, choć niewiele brakowało.
Luka Modrić w meczu z Danią / Fot. Andrzej Iwańczuk / Reporter / East News
Luka Modrić w meczu z Danią / Fot. Andrzej Iwańczuk / Reporter / East News
T

To nie był jego mecz, mimo iż przez chwilę wydawało się, że będzie. Nie był, bo po dobrym początku i kilku świetnych podaniach na skrzydło, tak naprawdę Duńczycy Braithwaite, Delaney i Schoene potrafili go zneutralizować. Bo przez długie minuty biegał zbyt daleko od bramki Schmeichela. Bo kiedy miał okazję do strzału z dystansu – paskudnie spudłował. Bo kiedy na dwie minuty przed końcem dogrywki powinien był przesądzić o losach meczu, wykonując rzut karny dla Chorwacji – strzelił na tyle czytelnie, że duński bramkarz złapał piłkę. Bo tak naprawdę był to mecz bramkarzy, jak w transie broniących w trakcie serii jedenastek.

To był jego mecz, mimo iż przez chwilę wydawało się, że nie będzie. Był, bo choć przez długie minuty biegał zbyt daleko od bramki, a środkowi pomocnicy Danii robili wszystko, by uniemożliwić mu dyrygowanie grą swojej drużyny, w dogrywce zdołał dwukrotnie popisać się kapitalnymi podaniami z głębi pola, wypuszczającymi w bój Kramaricia i Rebicia. W pierwszym przypadku chorwackiemu napastnikowi się nie udało, w drugim Rebić zdołał wyminąć bramkarza i został sfaulowany przez obrońcę. W normalnych warunkach już same te dwa zagrania (a przecież było jeszcze dośrodkowanie z rzutu wolnego, po którym bramkę mógł zdobyć Lovren; w statystyce podań kluczowych kapitan Chorwatów i tak przewodził) wystarczyłyby do uznania go piłkarzem meczu, problem w tym, że to on zdecydował się wykonywać rzut karny – i strzelił tak czytelnie, że duński bramkarz… Dobrze, przestańmy się powtarzać. Tak, to był jego mecz, bo przecież kilka minut później zdecydował się podejść do rzutu karnego po raz kolejny – i tym razem trafił. Luka Modrić. Kapitan, lider, przywódca, kreator, dobry duch i serce drużyny – określenia można by mnożyć, choć tak naprawdę każde z nich pomija kwestię fundamentalną: czy nie jest aby najbardziej niedocenianym piłkarzem świata?


Czytaj także: Michał Okoński: Leo Messi, oto człowiek


Historia jego niedocenienia jest z pewnością długa. Pamiętam choćby jeden z najbardziej traumatycznych wieczorów i tak dość traumatycznej historii najnowszej angielskiego futbolu. 21 listopada 2007 roku na Wembley, w strugach lejącego deszczu, przed którym stojący przy linii bocznej selekcjoner gospodarzy chronił się pod niebiesko-czerwonym parasolem z logo sponsora drużyny (tabloidy nigdy nie darowały Steve’owi McClarenowi, że nie mókł wraz ze swoimi piłkarzami), Anglia przegrała z Chorwacją 2:3, co oznaczało, że traci szansę na awans do mistrzostw Europy 2008. Ból po klęsce był tak wielki, a pragnienie znalezienia winnych niespodziewanej katastrofy tak duże, że w angielskich mediach niemal nie zauważano oczywistej klasy rywala, który zresztą także podczas turnieju w Szwajcarii i Austrii grał kapitalnie i stracił awans do półfinału w dramatycznych okolicznościach dogrywki meczu z Turcją. Owszem, tu i ówdzie pojawiały się nazwiska strzelców bramek – Krajncara, Olicia, Petricia – ale o tym, że jednym z architektów zwycięstwa był stabilizujący środek pola Modrić nikt chyba nie wspominał. Kiedy pół roku później młody pomocnik Dynama Zagrzeb trafiał do Tottenhamu, dziennikarze również nie kryli sceptycyzmu. Szesnaście milionów funtów za takie chuchro?

Niedoceniany bywał i w następnych latach. W Tottenhamie – ustawiany początkowo na skrzydle – wywalczył sobie wprawdzie miejsce w środku pola i pomógł drużynie po raz pierwszy w jej dziejach awansować do Ligi Mistrzów, ale ileż to razy słyszałem, że jak na zawodnika grającego na tej pozycji strzela zbyt mało bramek (jedno, cudowne zaiste trafienie z Liverpoolem kibice z White Hart Lane wspominają wśród kaskady trafień w trybuny). W Realu Madryt uznano go początkowo za najgorszy transfer sezonu. Później wprawdzie czterokrotnie wygrywał z tą drużyną Ligę Mistrzów, ale jakoś tak się składało, że w Madrycie zawsze głośniej było o Ronaldo, Bale’u, Benzemie, a nawet o Kroosie, Ramosie czy Marcelo. Chyba dopiero na mistrzostwach świata w Rosji, zwłaszcza po pięknej bramce strzelonej Argentynie, zaczęliśmy sobie uświadamiać, jakiegoż to gościa mieliśmy i mamy. Zważcie jednak: jeden z licznych paradoksów futbolu polega na tym, że bardzo niewiele brakowało, by tego małego geniusza i współautora tylu chorwackich sukcesów obciążyć odpowiedzialnością za klęskę. Gdyby tylko w serii jedenastek Eriksen nie trafił w słupek…


Czytaj także: Michał Okoński: Messi i Mbappe, umarł król, niech żyje król


Dobrze jest wiedzieć, skąd się wziął. Warto pamiętać, że w piłkę zaczynał grać w kraju odczuwającym jeszcze skutki wojny, która spowodowała, że jako sześciolatek musiał wraz z rodziną opuścić teren zagrożony działaniami militarnymi (ojciec zresztą poszedł do wojska, a dziadek został zabity). Jako uchodźca mały Luka trafił do Zadaru, gdzie najpierw biegał za piłką po betonowych parkingach (prezes jego pierwszego klubu wspominał, że tak właśnie usłyszał o nim po raz pierwszy: jako o dzieciaku, który obija futbolówkę o ścianę między samochodami, przyjmując ją i kiwając się z wyimaginowanymi jeszcze rywalami). Później, już jako młody zawodnik Dynama Zagrzeb, został wypożyczony do położonego w Hercegowinie Mostaru – opowiadał potem, że piłkarz, który poradził sobie w słynącej z ostrej gry lidze bośniackiej, poradzi sobie wszędzie. Może trudno się dziwić, że dziś po pierwszym niepowodzeniu postanowił wykonać rzut karny po raz drugi.

Kiedy zdarzało mi się o nim pisać (a pisanie o nim należało zawsze do moich ulubionych zajęć), chętnie wracałem do anegdoty o tym, jak słynny trener Milanu, Niels Liedholm, postanowił ściągnąć do klubu Carlo Ancelottiego po tym, jak zobaczył, że młody wówczas Włoch – skądinąd później trenujący Modricia w Realu – nosi babci wiadra z mlekiem. „Dobry pomocnik to taki, który oddaje się do dyspozycji innych” – tłumaczył Liedholm i przez lata brzmiało to właśnie jak opowieść o Modriciu, nieustannie pokazującym się kolegom do gry nie po to, by ją sobie podporządkować, a raczej po to, by stworzyć taką możliwość innym. To właśnie dlatego – inaczej niż jego dzisiejszy rywal i kolejny mój ulubieniec z Tottenhamu, wspomniany Christian Eriksen – Modrić nie strzela wielu bramek i nie asystuje przy bramkach kolegów: jest raczej mistrzem podania przedostatniego albo rozpoczynającego akcję, która nie od razu zakończy się golem. Powiadają, że potrafi przewidzieć rozwój boiskowych wydarzeń na trzy podania do przodu. Że jest dla swoich drużyn jak fundament. Zapewnia harmonię i równowagę. Dba o balans. Poświęca się także w grze defensywnej: staje na drodze rywali, odbiera piłki, dziś zdarzało mu się wygrywać nawet walkę w powietrzu.

Wypada może dodać, że jak na fundament przystało, sam jest dobrze osadzony. Mówi się o nim, że stoi mocno na nogach (jeszcze jeden powód, dla którego nieudany karny wcale go nie załamał), co ma wymiar zarówno metaforyczny, jak zupełnie dosłowny. Mimo filigranowej sylwetki, rzadko daje się przewrócić potężnie nieraz zbudowanym rywalom; sekretem jest tu ponoć nisko zawieszony środek ciężkości, choć koledzy z Tottenhamu zachwycali się także siłą jego… łydek.

Oczywiście i tym razem musimy mówić o pięknie sportu zespołowego. O tym, że Chorwacja jest w ćwierćfinale nie tylko dzięki Modriciowi, ale także dzięki świetnie go dopełniającemu Rakiticiowi (i Kovaciciowi, który – jak trzeba – wejdzie z ławki, by wesprzeć ten kastylijsko-kataloński duet) oraz dzięki ciężko pracującym na skrzydłach Perisiciowi i Rebiciowi. O roli broniącego rzuty karne bramkarza napiszę pewnie jutro. Na razie ucieszę się tylko, że nie miał racji Nick Hornby, pisząc w "Futbolowej gorączce", że „Rozgrywanie wyszło z mody zaraz po jedwabnych szalikach i tuż przed nadmuchiwanymi bananami”. Owszem, Kroos i Oezil, Iniesta i Silva, a także Eriksen odpadli już z turnieju, a Andreę Pirlo oglądamy tylko w reklamach, ale pozostał jeszcze pewien maleńki Chorwat. Spróbujcie go docenić.

POLECAMY: MUNDIAL 2018 W SPECJALNYM SERWISIE "TP"

PODYSKUTUJ Z AUTOREM NA BLOGU "FUTBOL JEST OKRUTNY"

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych: „Kanon - Sztuka rozmowy", „Kanon - Rozmowy na temat” oraz „Do Betlejem!”. Publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]