Ikar leci dalej

Mistrzostwo świata dla Francji, tytuł najlepszego piłkarza turnieju dla Chorwata Luki Modricia. Sprzeczność? Równowaga? Raczej pretekst do pytania, co to właściwie znaczy „piękno futbolu”.

17.07.2018

Czyta się kilka minut

Kapitan Chorwatów Luka Modrić po przegranym finale mundialu, stadion Łużniki, Moskwa, 15 lipca 2018 r. / ROBBIE JAY BARRATT – AMA / GETTY IMAGES
Kapitan Chorwatów Luka Modrić po przegranym finale mundialu, stadion Łużniki, Moskwa, 15 lipca 2018 r. / ROBBIE JAY BARRATT – AMA / GETTY IMAGES

Dylemat jest stary jak piłka nożna, a w gruncie rzeczy jeszcze starszy: ma tyle lat, co polityka albo sztuka wojenna. Wygrywać pięknie czy wygrywać za wszelką cenę? Posmarować klingę trucizną i zatruć kielich wina? Zamurować bramkę, pozwalając rywalowi wytracić siły, a następnie przeprowadzić decydujący kontratak, ewentualnie w sytuacji minimalnego kontaktu z którymś z piłkarzy drużyny przeciwnej przewrócić się tak przekonująco jak Francuz Antoine Griezmann w finale mundialu, kiedy sędzia musiał odgwizdać rzut wolny, a potem padł pierwszy gol dla przyszłych mistrzów świata? A może zatrzymać ręką wychodzącą za boisko piłkę, jak zrobił to Thierry Henry osiem lat temu, dzięki czemu to Francuzi, a nie Irlandczycy, pojechali na mistrzostwa świata w RPA? Chociaż tyle dobrego, że wprowadzenie podczas tych mistrzostw systemu sędziowskiej kontroli wideo pozwoliło uniknąć podobnych incydentów i ograniczyć prawdziwą plagę ostatnich lat – symulowanie fauli.

Napięcie między pragmatyzmem a idealizmem unosi się nad światem futbolu ze szczególną intensywnością, a na mistrzostwach w Rosji skoncentrowało się wokół drużyny, która je wygrała, choć wedle zgodnej opinii ekspertów tworzące ją indywidualności nie ujawniły pełni ukrytego w nich potencjału.

Jutro nie nadchodzi

W sporze, co się tak naprawdę liczy: futebol d’arte czy futebol de resultados, jak nazywają to Brazylijczycy, stanowisko selekcjonera reprezentacji Francji Didiera Deschamps’a jest znane nie od dziś. W fascynującej rozmowie ze swoim mentorem, wieloletnim trenerem i wychowawcą Jean-Claude’em Suaudeau, odbytej w jednej z marsylskich restauracji nad butelką przywiezionego z Prowansji rosé i opublikowanej przed laty na łamach „France Football”, stawiał sprawę zdecydowanie: „Tylko sukces daje przyjemność”, a na uwagę interlokutora, że sukces, o którym mówi, nie trwa wiecznie, odpowiadał, że jego przyjemności wcale to nie zmniejsza. „Pamiętam okropne mecze, w których radość wygrywania była ogromna, choć samo granie w nich nie dawało żadnej frajdy. Grać dobrze i niczego nie wygrać? O nie, kompletnie mnie to nie interesuje” – deklarował Deschamps.

„W dzisiejszej przegranej znajduję mnóstwo elementów, które pozwolą mi wygrać jutro. Ty żyjesz chwilą, ja patrzę dalej” – odpowiadał Suaudeau, jednak jego stanowisko wydaje się skazane na porażkę, bo historia mistrzostw świata uczy, że jutro nie nadchodzi. Dwie najlepsze drużyny narodowe w historii futbolu, Węgrzy z 1954 r. i Holendrzy z 1974 r., przegrały pojedynki finałowe z będącymi wówczas uosobieniem pragmatyzmu Niemcami. Ewoluuje zresztą również samo pojęcie piękna: kiedy w połowie XIX w. na polach przed angielskimi szkołami tworzono zasady gry w piłkę nożną, podania uchodziły za coś niegodnego mężczyzny, a liczył się tylko samotny drybling na bramkę przeciwnika; dziś wizjonerskie zagrania do kolegów Belga de Bruyne zachwycają kibiców na równi z kiwką jego partnera z reprezentacji Hazarda.

Kto wie, może przyjdzie czas, w którym metody, za pomocą których Deschamps poprowadził Francuzów do mistrzostwa (eksperci nazywają to futbolem reaktywnym, a opiera się on w gruncie rzeczy na oddaniu rywalowi inicjatywy i czekaniu na możliwość wyprowadzenia morderczego ciosu), także uznamy za piękne?


Czytaj także: Michał Okoński: Kto nie dotknął piłki ni razu


Idealista odpowie: oby nie! A o tym, jak silny wciąż we współczesnej piłce (czy tylko tutaj?) jest głos idealistów, najwięcej mówi narastająca z każdym kolejnym tygodniem mundialu fascynacja Luką Modriciem – w ostatnich dniach przybierająca wręcz rozmiary kampanii na rzecz przyznania Chorwatowi miana nie tylko najlepszego gracza turnieju, którego się ostatecznie doczekał, ale wręcz całego roku.

Jak to pisał Bryll w wierszu, który piłowaliśmy niemiłosiernie w czasach licealnych? „Wciąż o Ikarach głoszą – choć doleciał Dedal, / jakby to nikłe pierze skrzydłem uronione / chuda chłopięca noga zadarta do nieba / – znaczyła wszystko”. Chuda, chłopięca noga zadarta do nieba – to przecież cały Luka Modrić. Dedal zaś to prawdziwe imię Deschamps’a, okazało się.

Wszystko, co piękne

Dariusz Kosiński napisał tu przed mundialem, że piękno piłki nożnej (które w tym momencie zbliża się do porażającego piękna greckiej tragedii) polega na tym, iż trwające długo wysiłki mogą zostać w każdej chwili zniweczone, a los (nazwa używana tu w pełni świadomie) zawsze może się odwrócić. Obserwowaliśmy to w ciągu ostatniego miesiąca wielokrotnie, a specjalistami w odwracaniu losu okazywali się Chorwaci.

Czujemy jednak, że ta definicja nie wyczerpuje jeszcze odpowiedzi. Sam znam niemało takich, którzy zapytani o piękno w futbolu upierać się będą, że piękny może być także nieefektowny wysiłek defensywnego pomocnika, Francuza Kanté na przykład, nie mówiąc o wślizgu środkowego obrońcy (znowu Francuzi: świetna para stoperów Varane-Umtiti). Piękny może być szybki kontratak – z gatunku tych, jakie oprócz mistrzów świata rozgrywali w Rosji Belgowie, ale także np. Urugwajczycy, którzy również potrafili pięknie się bronić. Piękny może być atak pozycyjny; misternie tkane akcje złożone z kilkudziesięciu nieraz podań, w stylu tych, dzięki którym Hiszpanie sięgali po złoto w 2010 r. – tutaj próbowali Niemcy, ale brakowało im zdecydowania. Piękny może być efekt wspólnej pracy na treningach, przełożony na bramkę zdobytą ze stałego fragmentu gry – rzutu wolnego czy rożnego; na zakończonym właśnie mundialu robili to choćby Anglicy. Piękne mogą być interwencje bramkarza podczas konkursu rzutów karnych. Piękne może być nawet przestawienie napastnika na skrzydło, co zrobił trener Belgów z Romelu Lukaku w najciekawszym taktycznie meczu mundialu z Brazylią.

Piękna może być wreszcie odwaga, z jaką drużyny skazywane przed turniejem na pożarcie, chociażby Maroko czy Iran, do ostatnich minut ostatniego meczu walczyły o pozostawienie po sobie jak najlepszego wrażenia. Ten punkt wydaje mi się ważny: gdyby opuścić na chwilę sterylne stadiony zarabiającej na mundialu korporacji FIFA i zapytać np. kibiców drużyn klubowych, niemających szans na występy w Lidze Mistrzów, europejskich pucharach czy nawet na wzmiankę w krajowej telewizji, powiedzieliby pewnie, że piękne w futbolu nie są poszczególne bramki czy akcje, ale pasja, wiara i wytrwałość, jaką piłkarze wykazują zwłaszcza wtedy, gdy im nie idzie.


Czytaj także: Dariusz Kosiński: MIstrzostwa świata dla opornych


Skoro tak, to trzeba raz jeszcze wrócić do Chorwatów i do Modricia. Z turnieju odpadali światowi giganci, a w finale zagrała reprezentacja nieco ponad czteromilionowego kraju. Do domu wyjeżdżały kolejne supergwiazdy, Messi, Ronaldo, Neymar, o Lewandowskim nie wspominając, a Modrić grał do ostatniego dnia. Tyle razy się wydawało, że już po wszystkim. Tyle razy Chorwaci tracili bramkę jako pierwsi i musieli odrabiać straty. Tyle się musieli nabiegać, żeby zajść tak daleko (policzył ktoś, że aby awansować do finału, przebiegli niemal 724 km, o ponad 116 km więcej niż Francuzi). Tyle razy sam Modrić musiał mierzyć się z własną niedoskonałością – najsilniej może podczas dramatycznego meczu z Danią, o którego losach mógł przesądzić na kilka minut przed końcem, ale nie strzelił karnego, potem zaś naprawiał swój błąd, podchodząc do piłki po raz kolejny już w trakcie serii jedenastek.

W Modriciu z pewnością nie było pragmatyzmu: scena z dogrywki podczas ćwierćfinału z Rosją, kiedy najpierw zagrał niecelnie, a później przez kilkadziesiąt metrów gnał za piłką, żeby naprawić swój błąd, choć wcześniej w tym meczu nabiegał się jak nikt, jest jedną z tych, które zapamiętam z tego mundialu najlepiej.

Czas i przestrzeń

Jorge Valdano, argentyński mistrz świata z 1986 r. napisał w „Guardianie”, że kapitan Chorwatów przypomina nam, ­śmiertelnikom, o istnieniu czasu i przestrzeni. Choć przy wyglądającym jak grecki posąg niedawnym koledze z klubu, Cristiano Ronaldo, to prawdziwe chuchro, choć nie jest tak silny jak Pogba i tak szybki jak Mbappé, choć nie robi na boisku rzeczy niemożliwych, jak niegdyś Maradona, to rozsnuwa nad nim mgiełkę zdrowego rozsądku („Kiedy widzisz, jak podaje, mówisz do siebie pod nosem: »Na jego miejscu zrobiłbym tak samo«” – powiada Valdano, choć natychmiast zastrzega, że to, co robi Modrić, tylko Modrić potrafi). Kiedy patrzysz, jak odgrywa piłkę do kolegów, rzekłbyś, że mecz oddycha w rytmie jego podań.

Oto jeden z ostatnich mistrzów la pausa, sztuki nagłego wyciszenia, która pozwala zatrzymać się na chwilę i wyczekać z podaniem, aż partner z drużyny osiągnie idealną pozycję (ewolucjonista Stephen J. Gould napisał kiedyś, że zdolność czołowych sportowców do dokonywania w takich chwilach błyskawicznych kalkulacji na niemal każdym innym polu pozwalałaby określić ich mianem geniuszy). I piłkarz z czasów, „gdy życie było wolniejsze niż dzisiaj, a my wynosiliśmy krzesła na ulice i robiliśmy z nich bramki podczas meczów z sąsiadami”. To jeszcze jeden cytat z Valdano; nikt nie pisze o piłce tak pięknie jak Argentyńczycy.

Zdanie o graniu na ulicy wydaje się tu bardzo na miejscu. W jednym z mundialowych tekstów na stronie „TP” przypominałem, skąd w ogóle wziął się fenomen Modricia. Że w piłkę zaczynał grać w kraju odczuwającym jeszcze skutki wojny, która spowodowała, iż jako sześciolatek musiał wraz z rodziną opuścić teren zagrożony działaniami militarnymi (ojciec zresztą poszedł do wojska, a dziadek został zabity). Że jako uchodźca trafił do Zadaru, gdzie najpierw biegał za piłką po betonowych parkingach (prezes jego pierwszego klubu wspominał, że tak właśnie usłyszał o nim po raz pierwszy: jako o dzieciaku, który obija futbolówkę o ścianę między samochodami, przyjmując ją i kiwając się z wyimaginowanymi jeszcze rywalami). Że później, już jako młody zawodnik Dynama Zagrzeb, został wypożyczony do klubu z położonego w Hercegowinie Mostaru – opowiadał później o tym doświadczeniu, że piłkarz, który poradził sobie w słynącej z ostrej gry lidze bośniackiej, poradzi sobie wszędzie. Może trudno się dziwić, że kiedy nie strzelił karnego w meczu z Danią, kilkanaście minut później postanowił wykonać jedenastkę po raz drugi.


Czytaj także: Michał Okoński: Modrić, chorwackie serce


W tym punkcie znów zbliżamy się do kwestii piękna futbolu: w jego świecie szansę ma każdy, niezależnie od koloru skóry, wyznania czy pochodzenia społecznego (i niezależnie od błędów, jakie popełni po drodze – pamiętajmy, że chorwackiemu artyście piłki postawiono zarzuty o składanie fałszywych zeznań w procesie patrona jego pierwszych lat kariery, niejakiego Zdravko Mamicia). Jeszcze przed finałem w internecie furorę zrobił film nakręcony blisko 30 lat temu przez badającego Bałkany przyrodnika, który dokumentując życie tamtejszych wilków nakręcił scenę, w której przyszły kapitan Chorwatów (wówczas kilkuletni chłopiec w stanowczo za dużej kurtce) potykając się o skały, pędzi stado kóz do zagrody.

Kapitanem mistrzów świata jest z kolei syn prawniczki i bankiera z Monte Carlo, mającego skądinąd katalońskie korzenie, ale warto podkreślić, że trzon tej drużyny stanowią zawodnicy dorastający w banlieus pod Paryżem czy Lyonem: dzieci imigrantów, które z futbolu uczyniły najlepszą ścieżkę integracji. A przecież przez lata mówiło się o targających drużyną Trójkolorowych podziałach. Niemała jej część odmawiała śpiewania Marsylianki przed meczem. Dziś widać, jak – mimo całkiem jeszcze niedawnych przecież uwag polityków w stylu Jeana-Marie Le Pena – te podziały się zacierają, a fundamentalizmy słabną.

Myślę, że to od Boga

Wróćmy na moment do wywodów Valdana, który w jednym ze swoich felietonów mundialowych przywołał anegdotę o tym, jak kolumbijski trener Francisco Maturana skarżył się swojemu argentyńskiemu koledze, szkoleniowcowi mistrzów świata z 1978 r. Césarowi Luisowi Menottiemu, że rozgrywający i lider jego drużyny, Carlos Valderrama, głównie spaceruje po boisku. „Doskonale – odpowiedział Menotti – będzie miał więcej czasu na myślenie”. „Myślenie w piłce stało się niemodne – twierdzi jednak Valdano. – Albo inaczej: jedyną osobą, której pozwala się na luksus myślenia, jest trener”.


Czytaj także: Michał Okoński: Kompletna i nie tak znowu krótka metafizyka piłki nożnej


Po lekturze rozmowy Suaudeau-Deschamps nie mam złudzeń: szkoleniowiec mistrzów świata nie myśli o tym, czy sprawiedliwy jest los, w którym „Jeśli poznawszy miękkość wosku umiemy dopadać / wybranych brzegów – mijają nas w pieśni”. Ale nie sądzę też, by rację miał Argentyńczyk i myślenie w piłce mogło kiedykolwiek wyjść z mody. Epitafium dla myślących piłkarzy – wszystko jedno, czy byli to Argentyńczyk Riquelme, czy Włoch Pirlo, czy kończący reprezentacyjną karierę na mundialu w Rosji Hiszpan Iniesta – pisano już wielokrotnie, podobnie jak wielokrotnie ogłaszano koniec historii. I elegancji w futbolu.

Luka Modrić przez lata pozostawał w cieniu swoich kolegów z Realu Madryt: to kupując Ronalda czy Bale’a bito transferowe rekordy świata, to Kroosa, Ramosa czy Marcelo koszulki sprzedawały się lepiej, a jednak o nim dzisiaj piszemy w „Tygodniku Powszechnym”. Wybranych brzegów dopadali Niemcy, a wciąż o Węgrach i Holendrach głoszą. Mistrzami świata są Francuzi, a Chorwaci podbili nasze serca.

Ze wszystkim, co się wydarzyło, to był piękny mundial. I z tym, że starannie reżyserowaną (i kiczowatą, jak zwykle) oprawę finału naruszyły aktywistki Pussy Riot, i z tym, że przez parę tygodni podróży przez Rosję kibice z całego świata przekonywali się, iż nie można mówić o tamtejszym społeczeństwie wyłącznie przez pryzmat rządzącego nim satrapy. Z tym, że rozważając istotę piłkarskiego talentu można było przywołać frazę Josifa Brodskiego, rzucającego do sędzi Sawieliewej zdanie „Myślę, że to od Boga”.

Dla mnie mundial był piękny także z tym, że w osobie trenera swojej reprezentacji Anglicy dostali nowy, w tradycyjnie maczystowskim świecie kompletnie nieoczywisty wzorzec mężczyzny. Przez cały turniej Gareth Southgate jawił się jako człowiek wrażliwy, współczujący i troskliwy, potrafiący zarówno podejść do każdego z rywali, by pocieszyć ich po porażce (tak było z Kolumbijczykami), jak i pogratulować im wygranej (tak było z Chorwatami). Załamanych porażką w półfinale własnych piłkarzy angielski selekcjoner podnosił z ziemi, dziękował za grę i wysyłał do kibiców, by im także podziękowali. To dzięki jego wsparciu obrońca Danny Rose wychodził z depresji, która dopadła go, gdy przez wiele miesięcy leczył kontuzję i nie było wiadomo, czy pojedzie na mistrzostwa świata. To z jego perspektywy oczywista wydawała się decyzja, że pomocnik Fabien Delph opuści na kilka dni bazę drużyny pod Petersburgiem i wróci do kraju, gdzie właśnie miało się urodzić jego trzecie dziecko.

Co mnie prowadzi do myśli, że osobiście piękno piłki nożnej dostrzegam w tym, że wcale nie muszę jej uważać za najważniejszą na świecie.©℗

Tekst jest rozbudowaną i znacznie przeredagowaną wersją komentarza, który powstał na gorąco po meczu finałowym i ukazał się na stronie "Tygodnika Powszechnego" pod tytułem "Mistrzostwo na hamulcu"

 

Dziesięć powodów do pamiętania mistrzostw świata w Rosji

DYMISJA selekcjonera Hiszpanów, który dzień przed rozpoczęciem turnieju przyjął posadę trenera Realu Madryt; dowód, że prawdziwe futbolowe życie toczy się gdzie indziej.

KLASYK drugiego dnia: zremisowany 3:3 mecz Hiszpanów z Portugalczykami i trzy gole Ronaldo. Jego późniejszy transfer do Juventusu, głośniejszy niż ćwierćfinały (patrz wyżej).

KLĘSKA poprzednich mistrzów: Niemcy nie wychodzą z grupy, mimo bramki Kroosa w doliczonym czasie gry meczu ze Szwedami. Ich bezradność w obliczu meksykańskich kontr.

TWARZE: Messiego, który nie doprowadził Argentyny wyżej niż do jednej ósmej. Niepełnosprawnego trenera Urugwaju Tabáreza. Oglądających mecz dzieci ze szpitala onkologicznego w Poznaniu.

BRAMKI: di Maríi i Pavarda w meczu Argentyna-Francja. Cavaniego po wymianie podań z Suarezem w spotkaniu Urugwaju z Portugalią. Chadliego w pojedynku Belgii z Japonią. Pogby, zaczynającego i kończącego decydującą akcję Francuzów w finale.

STYL Belgów. Dryblingi Hazarda (zwłaszcza z Brazylią, gdy utrzymywał się na nogach tam, gdzie turlał się Neymar). Przepuszczenia piłki Lukaku. Podania de Bruyne. Wślizgi Alderweirelda. Interwencje Courtois.

KUNSZT broniących karne bramkarzy: Schmeichela, Subasicia, Akinfiejewa (przed czterema laty był kozłem ofiarnym – to po jego błędach Rosja odpadała – teraz został bohaterem), Pickforda.

KLĄTWA karnych, przełamana przez Anglików. Odbudowana przez tę reprezentację i jej trenera więź z angielskim społeczeństwem. Utracona więź polskiej reprezentacji z naszym społeczeństwem, niestety.

SYSTEM kontroli wideo VAR: mundial (prawie) bez błędów sędziowskich. Niekonsekwentny bojkot polityków: przywódcy Chorwacji i Francji u boku Putina. Chorwat Vida, wołający do kamery „Sława Ukrainie”.

ZWROTY akcji: w meczu Japonia-Belgia, ale nade wszystko w każdym występie Chorwatów. Chorwackie serce. Modrić.
©(P) MO

POLECAMY: MUNDIAL 2018 W SPECJALNYM SERWISIE "TP"

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich, a także w wywiadzie prasowym. W redakcji od 1991 roku, był m.in. (do 2015 r.) zastępcą… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2018