Lubienie – nie chodzi o miejscowość w województwie opolskim, lecz o rodzaj przychylnych uczuć, o których rzadko zdarza mi się ostatnio słyszeć. Czy ludzie dzisiaj w ogóle mogą się lubić? Pytanie na początek może celowo nieco z grubej rury, bo przecież zapewne każdy, kto to czyta, może przyznać, że kogoś lubi. Kogoś lub coś, bo niekoniecznie chodzi tu o konkretnego adresata, a o, powiedzmy, temperaturę odczuć własnych.
Jest jednak prawda czasu i prawda monitora. Każdy czas ma swoją „polityczną poprawność”, co – przypomnijmy – nie oznacza związku z jakimiś konkretnymi sympatiami politycznymi, a raczej konformizm, mówienie tak, jak aktualnie mówić wypada.
Istnieje więc poprawność nadmiernej ostrożności, owijania w bawełnę, kojarząca się z piętrową kurtuazją dawnych dworów. Ona została już dobrze prześwietlona. Jest to rodzaj fikcji wynikającej z dobrych zamiarów, z przekonania, że za ostrożnością w mowie pójdzie realny szacunek. W praktyce to raczej projekt chybiony, pole ruchów pozorowanych, niż metoda zwiększenia stężenia miłości bliźniego w atmosferze.
Można sobie wyobrazić, że ktoś, kto mówi nie „osoba dotknięta kryzysem bezdomności”, a jedynie „bezdomny”, faktycznie pomaga i traktuje innych jak równych sobie. Można także wyobrazić sobie, że ktoś, używając „ładnych słów”, ukrywa za nimi pogardę i głosi, że chce „pozbyć się LGBT”, zamiast użyć któregoś z obraźliwych terminów, jakich w języku polskim nie brakuje. Praktyka pokazuje, że dobra wola wymaga większej wnikliwości i przyjrzenia się intencjom, może właśnie zadania pytania: czy mogę kogoś polubić, czy wolę go „lubić” przez szybę?
Optymalizacja życia: „jakościowe relacje” i „nierokujące znajomości”
Ostatnio przeważa inny rodzaj politycznej poprawności, bardziej techniczno-kancelaryjny. Jest w swojej dwudziestowiecznej wręcz pokraczności i sztuczności dość fascynujący. Przywodzi na myśl połączenie arkusza kalkulacyjnego z programem „Agrobiznes”, tylko w odniesieniu do ludzi i ich traktowania się nawzajem. Czytamy i słyszymy: „jakościowe relacje”, „wysokostatusowy partner”, i od razu można poczuć się funkcjonalnie i pożytecznie jak węgiel kamienny lub pasza! Nic, tylko wzajemnie sprawdzać swoją kompatybilność i zabierać się do zapobiegania kryzysowi demograficznemu celem utrzymania zastępowalności pokoleń (przy okazji od razu wiemy, co odpowiedzieć dziecku, gdy zapyta, dlaczego jest na świecie).
Złośliwe żarty żartami, ale może jakaś myśl płynie sobie poprzez świat. Kolega Jarema Piekutowski, którego znają Państwo również z łamów „Tygodnika”, trafił ostatnio na złoty poradnik, w którym zaleca się redukowanie liczby „nierokujących” znajomości, jeśli zamierzamy prowadzić życie zoptymalizowane w kierunku niezwykłości. Czyli niezwykłość teraz trzeba sobie wyliczyć i zaplanować – bardzo to jednak smutne i pokraczne. Oraz stanowi dowód, że traktowanie wiralowo wyimków z hipotez naukowych nie jest zbyt dobrym pomysłem.
Te wyśmienite rady brzmią bowiem jak zmutowana dziesiąta woda po kisielu z „liczby Dunbara”, czyli przypuszczenia tego naukowca, że dobry i trwały kontakt można utrzymywać z maksymalnie 150 osobami, bo na tyle pozwala aktualnie nasz stopień zaawansowania ewolucyjnego. Ale przede wszystkim trzymanie się tego rodzaju postaw to raczej przepis na porażkę. Nie ma w nim bowiem pewnego tarcia, szarej strefy dobrej niepewności, która skrywa się w możliwości lubienia właśnie.
Lubić można niezobowiązująco, można lubić jakoś, można lubić troszkę, a nawet wbrew. Lubienie wiąże się z pewnym dysonansem, który naturalnie sami ze sobą negocjujemy. A może z marginesem irracjonalności i błogosławionej niewiedzy. „Trochę mnie denerwuje, ale mimo wszystko go lubię”. „Nie jest super, ale da się lubić”. Lubienie pozwala oswoić świat, innych, ale przede wszystkim siebie, własne nieoczekiwane reakcje i nawet rozczarowania samym sobą.
Próby zaprojektowania sobie życia z innymi obiecują gwarancję powodzenia, co jest oczywiście fikcją – jak to z prawdami monitora i obowiązującymi sztucznymi konstrukcjami zachowania bywa. Są one jednak przede wszystkim okrutne: w ich perspektywie ktoś albo rokuje, albo nadaje się do śmieci. Wobec takiego stanu rzeczy działaniem zaskakująco odważnym jest działanie troszkę, umiarkowanie, a nawet tak sobie.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















