Nigdy nie przekonywała mnie obiegowa opinia, że ludzie biorą swoje wyobrażenia o miłości z komedii romantycznych i melodramatów. To przykry brak zaufania do rozumu widza, który na ogół doskonale wie, że ogląda fikcyjną historię. Romanse służą czemuś innemu – przeżyciu przygody, która jest ekscytująca, ale niemożliwa, a czasem może nawet lepiej, że zdarza się komuś innemu.
Tarzanie się w trawie lub na plaży podczas ulewy wygląda efektownie na ekranie, lecz dobrze wiemy, że w rzeczywistości jest wtedy głównie zimno i mokro.
To nie znaczy oczywiście, że napotkany w dobrą godzinę film, komiks, powieść nie zilustrują nam trafnie naszej własnej potrzeby, wyobrażenia, które w nas siedziało i domagało się zwięzłego przykładu.
W moim przypadku filmową parą, która trafiła w to niewypowiedziane marzenie, byli bohaterowie serialu anime „Kronika wojny na Lodoss”, który oglądałam jako nastolatka. Szybko okazało się, że nie mam głowy do rozbudowanych światów fantasy i wszystko zaczyna mi się w nich kiełbasić, ale relację Parna i Deedlit zapamiętałam jako źródło dyskretnych wzruszeń. Nie ma między nimi zamaszystych gestów, ale solidna, cicha więź na mur beton, taka miłość, która wyrasta z przyjaźni.
Stabilność i spokój w obecności życiowego kompana, z którym się dobrze rozumiem – to dla mnie najbardziej ekscytujące. Jednocześnie wiem, że marny to materiał na porywającą fabułę. Dla uśrednionego widza opowieść romantyczna to antyteza zwyczajnego życia, coś niecodziennego, dramatycznego, na wysokiej amplitudzie, wszystkie te sceny, gdzie ludzie najpierw na siebie krzyczą, a chwilę później wpijają się sobie w usta, i historie, gdzie miłość (a może raczej fascynacja) wdziera się w życie jak piorun kulisty. I na ogół nie jest to historia szczęśliwa.
Nowe „Wichrowe Wzgórza” i „Lalki”: dlaczego ludzie chcą wracać do klasycznych historii
Zapewne, jak tysiące innych, obejrzę nową adaptację „Wichrowych Wzgórz” i nowe „Lalki”. To dzieła i wspaniałe, i przerażające: uczucie jest w nich siłą niszczycielską, które – albo jak u Emily Brontë – miażdży i głównych bohaterów, i osoby postronne, albo jak u Prusa, zaślepia, osamotnia i więzi w iluzji, przesłaniając i cały świat, i sam obiekt fascynacji (warto wrócić do wspaniałego wglądu Zofii Nałkowskiej w postawę Wokulskiego: „nie ma miejsca na porozumienie, na żadną tkliwość. Jest tylko surowe żądanie od niej, aby była doskonała”).
Ale obie te powieści są wizjami z czasów konwenansu, gdy zakochanie i małżeństwo rzadko bywały zbiorami łącznymi. Uczucie w nich pociąga pomimo, a może z powodu swojej destrukcyjności. Pokazują, że konwenans nigdy nie trzyma ludzi w aż tak żelaznym uścisku, by ktoś nie poddał się pokusie stracenia głowy dla drugiej osoby.
Ale ludzie chcą wracać do klasycznych historii i zapewne nie tylko dlatego, że już je dobrze znają. Można pomyśleć: „piękne kostiumy, piękna historia, ale jak to dobrze, że to nie moje życie”. To prawda; dzisiaj koszty utraty głowy w porównaniu z XIX wiekiem są nikłe. Życie solo, rozstanie, wychowanie dziecka w pojedynkę – kwestie, które niegdyś decydowały o czyimś być albo nie być – dziś bywają dobrowolnym wyborem i czasem jest z tą decyzją ludziom lepiej. Towarzyszy życia również wybiera się dobrowolnie, jeśli więc zakochaniu towarzyszy tragizm, to musi mieć odmienne przyczyny.
Język biznesowo-zootechniczny: zamiast „miłość” czy „bycie razem” – „dobieranie się w pary”
Tragizm ma jednak swój zaskakujący rewers i nie jest nim satysfakcja, ale coś o fakturze zimnego budyniu. Sposób, w jaki opowiada się o miłości i związkach, często dzisiaj zniechęca. Gdy czytam rozmaite rozmowy czy analizy, momentami łapię się za głowę myśląc: kto chciałby sobie to robić? Mówię tutaj o języku biznesowo-zootechnicznym, w którym zamiast „miłość” czy „bycie razem”, mówi się „dobieranie się w pary” albo „rynek matrymonialny”, rozważając parametry powodzenia fizycznej transakcji dwójki człowiekowatych. Obleśny chłód tego slangu sprawia, że nie dziwię się, iż wielu ludzi cieszy się z życia w pojedynkę.
Jesteśmy wolni, ale też asekuracyjni. Obecnie możliwości podbudowania w sobie takiej postawy są niemal niezmierzone. Popnauki i pseudonauki podpowiadają coraz to nowe zaklęcia, by utrwalić w sobie myśl, że „życie to forma istnienia białka”. Przypuszczam, skąd to się bierze: z nadziei, że ludzie wyeliminują w ten sposób z siebie potrzebę tak niebezpiecznych dla ego rzeczy jak miłość, a tym samym możliwość przykrego rozczarowania.
Czy jednak miłość musi się kojarzyć z dramatem? Czegoś brakuje mi w tym krajobrazie. Zastanówmy się, co z niego wypadło: bliskość, sympatia, lojalność, zaufanie, szacunek, odpowiedzialność, troska, a nawet stara, dobra przyjaźń. Pozostaje się zastanawiać dlaczego.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















