Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Lutnia po Bekwarku

Lutnia po Bekwarku

29.06.2011
Czyta się kilka minut
Co zostaje po odejściu wielkiego poety? Jakie jest dziedzictwo Czesława Miłosza? Po śmierci wielkiego poety zostaje żal, ale także wiersze, książki, eseje. Jest za wcześnie, by odpowiedzieć na pytanie o schedę po Miłoszu, ale możemy zacząć zastanawiać się nad jej kształtem - pisze Adam Zagajewski.
Czesław Miłosz, 2003 r. / fot. Michał Mutor

W najnowszym "Tygodniku Powszechnym" dodatek specjalny: magazyn "Miłosz jak świat" >>

Kiedy przed laty Czesław Miłosz, poirytowany opinią Alfreda Alvareza, wybitnego angielskiego krytyka, napisał do redakcji "The New York Review of Books" list protestujący przeciwko etykiecie poety-świadka epoki, wielu czytelników tego szacownego dwutygodnika zastanawiało się zapewne, co mogło tak rozgniewać polskiego noblistę w pochwalnej przecież recenzji. Czyż nie napisał wspaniałych wierszy wyrastających z doświadczeń hitlerowskiej okupacji, czy nie był jednym z nielicznych sprawiedliwych, którzy, nie czekając na zakończenie wojny, na zmianę atmosfery moralnej w Europie, osądzili tragedię Zagłady?

Zastanówmy się nad tym: świadek to ktoś, kto relacjonuje to, co widział. Świadek ma zadanie ściśle zdefiniowane. Nie potrzebuje wyobraźni, wręcz nie powinien się do niej odwoływać. Chcemy, żeby świadkowie byli rzetelni. Świadek-poeta to oczywiście nie to samo, co świadek stający przed prawdziwym sądem, przed sędzią odzianym w togę, ale i po nim spodziewamy się, że będzie rzeczowy, opowie, co widział, nie będzie zanadto fantazjował.

Miłosz nie mógł się na to zgodzić. Pomińmy, jako mniej istotny, fakt, że nawet w wierszach najściślej przylegających do formuły świadczenia, na przykład w "Campo di Fiori", pojawia się konstrukcja poetycka zakładająca obecność tego, czego autor nie mógł widzieć - męczeństwa Giordana Bruno na przykład. Ale, przede wszystkim, Miłosz nie zaakceptował opinii Alvareza, ponieważ jego wiersze nie mogły się ograniczyć do składania sprawozdań z tego, co zobaczył i przeżył ich autor. Bo co wtedy zrobić choćby z cyklem "Świat, poema naiwne", napisanym także podczas okupacji, ale odwołującym się do marzenia, do dzieciństwa, do antropologicznego i religijnego ideału? Miłosz co prawda lubił chwalić realizm i głosił kult Rzeczywistości, ale nie oznaczało to wcale, że nie pasjonowały go też rzeczy niewidzialne (to, co niewidzialne, to przecież także pewna rzeczywistość).

Mówiąc inaczej, Miłosz był i chciał być poetą całości świata ("Miłosz jak świat" - pisał Jan Błoński). Niestrudzenie poszukiwał całości, marzył o uchwyceniu świata widzialnego i niewidzialnego, o tym, żeby każdy jego wiersz, nawet najkrótszy, nawet pozornie błahy, chwytał całość, a jeśli nie chwytał, to przynajmniej by nie tracił z nią życiodajnej łączności. Było tak od samego prawie początku jego poetyckiego pisarstwa; to, co w "Trzech zimach" bierzemy za ton apokaliptyczny, to jest także, a może przede wszystkim, łaknienie całości świata, łapczywe sięganie po "wszystko".

A świadek patrzy inaczej, świadka "wszystko" nie może aż tak bardzo interesować. Co to za świadek, który bełkoce o "wszystkim"? Natomiast poeta polujący na całość świata jest także, czy też staje się niekiedy, jakby przy okazji, poetą-świadkiem, jako że nikczemność historii nie może umknąć jego uważnemu spojrzeniu. Lecz to spojrzenie nie zatrzyma się na zawsze na nikczemnym fragmencie historii, pójdzie dalej, będzie się toczyło po horyzoncie, jak reflektor latarni morskiej, obracający się niestrudzenie.

Prowadzi to także do pytania o schedę. Są poeci, niekiedy bardzo wielcy, nieustępujący naszemu bohaterowi (na przykład Zbigniew Herbert), którzy zostawiają w pewnym sensie dwa dziedzictwa: jedno czysto poetyckie, estetyczne, drugie natomiast moralne. Innymi słowy, zdarzają się poeci, którzy mówią nam, jak mamy żyć. Nigdy nie mówią tego dokładnie, nie są przecież belframi, ale jednak do czegoś delikatnie popychają, zachęcają, namawiają, przekonują.

Inaczej przedstawia się sprawa z poetą całości. Miłosz, wydaje mi się, nie mówi nam wcale, jak mamy żyć. Po Miłoszu zostaje ogromne dziedzictwo poetyckie i myślowe, ogromne i bogate, ale trudne. Miłosz nie ułatwia nam zadania. Polowanie na całość świata jest czymś niewyobrażalnie wspaniałym, ale ma to do siebie, że nigdy nie może się do końca powieść. Jeśli ma się nie tylko pragnienie, ale i wewnętrzne zasoby, siłę wewnętrzną, można polować na całość świata, jest to nadzwyczajne powołanie, piękna obsesja, ale nigdy nie nadchodzi taki dzień, żeby poeta-

-myśliwy mógł wykrzyknąć: jest, już jest. Uchwyciłem całość świata, skończyłem moją misję. To się zdarzyć nie może.

Nie wiem, czy trafnie to widzę, ale wydaje mi się, że w poezji europejskiej ostatnich stu kilkudziesięciu lat niewielu było autorów polujących na "wszystko" tak fanatycznie jak Czesław Miłosz. Przychodzi mi na myśl dość słabo znany w Polsce Hugo von Hofmannsthal, wielki poeta i wielki umysł (podziwiał go Józef Czapski), który, o ironio losu, zapisał się w historii literatury przede wszystkim "Listem do lorda Chandosa", znakomitym esejem czy opowiadaniem oznajmiającym klęskę poszukiwania "wszystkiego". Hofmannsthal wcześnie też porzucił pisanie wierszy; żył jeszcze i pisał - na przykład libretta do oper Richarda Straussa - ale żył i pisał poniekąd w ruinach własnej ambicji poetologicznej, jak szlachcic, któremu brakuje pieniędzy, żeby naprawić zniszczone przez pożar skrzydło pałacu.

Z Czesławem Miłoszem było inaczej: dziewięćdziesięcioletni poeta do ostatniej chwili, dopóki mógł pisać, posługując się, jak wiemy, różnymi gadżetami, które wspomagały jego słabnący wzrok, kontynuował pościg za światem. Pościg z konieczności niedokończony. A jeśli tak jest, to oznacza, że dziedzictwo po wielkim myśliwym z konieczności będzie - jest - nieco niejasne, zagadkowe. Postawa polityczna Miłosza nie jest, nie była, trudna do odgadnięcia, ale już jego wybory światopoglądowe, pełne sprzeczności tylko jemu właściwych, nie ofiarowują łatwej matrycy, którą można by przejąć czy powielić. Jego lewicowa wrażliwość połączona z bardzo silnym apetytem religijnym - czy tylko u Simone Weil znaleźć można podobną kombinację? - nie może się podobać ani na lewicy, ani na prawicy, nie zachwyci ani konserwatystów, ani postępowców. Miłosz jest zbyt skomplikowany, zbyt ogromny, nie pasuje do małych kategorii i skromnych szufladek, jakie znajdujemy w naszym ciasnym po-metafizycznym uniwersum. Można podziwiać jego życiodajne sprzeczności, energię jego poszukiwań, można je badać i opisywać, ale kto potrafi przeżyć je od nowa, kto będzie umiał wejść do rzeki Miłosza tam, gdzie on ją opuścił?

Podobnie jest z innymi pięknymi sprzecznościami Miłosza, na przykład z jego ciągłym podróżowaniem między wspólnotą, społeczeństwem, z którym się na ogół spierał i niekiedy utożsamiał, w imieniu którego napisał niezwykłe wiersze, a poetycką samotnością, czy wręcz mizantropią. Znowu - to chyba za trudne dla nas. Czy poezja przyszłości będzie chciała rozmawiać ze swoją wspólnotą? Tego nie wiemy. Przykłady z krajów demokratycznych raczej temu przeczą.

Ten wielki, niepokorny Miłosz. Póki trwają uroczystości roku jubileuszowego, nie mamy z nim, wydawałoby się, żadnego problemu. Czcimy go, może nawet niekiedy czytamy. A później? Czy poradzimy sobie z nim w latach niejubileuszowych? Czy jego wielkość, komplikacje jego poezji i jego światopoglądu nie sprawią, że odwrócimy się od niego, szukając autorów i autorytetów odrobinę bardziej przejrzystych?

Jedno wydaje się pewne: nikt nie przejmie lutni po Bekwarku. Będzie wisiała w muzeum literatury, starannie konserwowana i odkurzana.

Adam Zagajewski (ur. 1945) jest poetą, prozaikiem, eseistą, tłumaczem. Ostatnio ukazały się m.in. jego "Wiersze wybrane" (2010) oraz dziennik intelektualny "Lekka przesada" (2011). W "TP" nr 23 opublikowaliśmy jego rozmowę z Krzysztofem Siwczykiem, poświęconą dojrzewaniu w Gliwicach.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]