Reklama

Lektury pobożne

Lektury pobożne

29.09.2007
Czyta się kilka minut
Ravasi
P

Po raz pierwszy o księdzu Gianfranco Ravasim usłyszałem wiele lat temu. Mieszkający w Mediolanie przyjaciel opowiadał mi o jego wykładach, gromadzących w tamtejszym miejskim ośrodku kultury tłumy słuchaczy. Co roku cykl poświęcony był innej księdze Biblii. Potem przyjaciel podarował mi skrzynkę kaset z nagraniem owych wykładów. Słuchałem i coraz lepiej rozumiałem jego entuzjazm. Zacząłem od księgi Koheleta. To było wstrząsające. Po odczytaniu jednego z dramatycznych fragmentów księgi Ravasi milknie i po chwili, stłumionym głosem komentuje:

"I po tej bluźnierczej lekturze my w kościele mówimy »oto słowo Boże«?".

Ravasi towarzyszy mi od lat. Kiedy przystępuję do przygotowania homilii, zawsze sięgam po jego opasły tom "Celebrare e vivere la parola", czyli komentarzy do całorocznych czytań mszalnych lat A, B i C. Nie korzystam z nich jak ze "ściągi", bo styl jego homilii jest mi obcy, a zamieszczane na końcu każdego tekstu pastoralne suge-

stie nie wydają mi się interesujące dla moich słuchaczy. U Ravasiego niemal zawsze mogę natomiast znaleźć precyzyjne umiejscowienie tekstu ze Starego czy Nowego Testamentu w kontekście historycznym i biblijnym, wyjaśnienia filologiczne i hermeneutyczne, często także klasyczne sposoby rozumienia tekstu, jego własne sugestie - to pomaga mi zrozumieć sens, chroni przed bujaniem w obłokach fantazji i tworzeniem własnej, domorosłej egzegezy.

Powiedziano o Ravasim, że jest "sługą i szafarzem Słowa", "wydarzeniem pamięci i krytyki", że posiada dar "harmonizowania wiedzy i wszelkiej sztuki, zdolność sięgania do korzeni znaków i symboli, aby następnie ułożyć wszystko w pieśń semantyki, poprzez filologię najrozmaitszych języków". Nie porywam się tu na omawianie wydanych teraz po polsku tomów, których nawet nie zdążyłem jeszcze w całości przeczytać. Tylko "Hioba" miałem szczęście znać wcześniej. Zawsze, czytając go, mam poczucie obcowania z gigantem. Dlatego wolę głos oddać autorowi posłowia do "Pieśni nad Pieśniami", wspaniałemu księdzu-poecie Davidowi Marii Turoldo, zmarłemu w 1992 r.

Turoldo pisał o Ravasim, że choć jego prace, są "naznaczone rygorem naukowości, która nie dopuszcza słabości, choć przeładowane erudycją, która nie zna granic przestrzeni i czasu, choć niejed­nokrotnie opasłe jak kolosea (przypomnijcie sobie trzy tysiące stron o Psalmach, tysiące i tysiące cytatów rozsianych na każdej stronie; schematy i porównania literackie, odniesienia do kultur świeckich i świętych - gdzie niemal każdy komentarz psalmu można już sam w sobie uważać za opasły tom; i wspomnijmy tysiąc stron gęstego druku komentarza do Hioba), jednak każ­da jego książka jest dokumentem żywym. Żywym tak, że cię zachwyca i pozwala ci poczuć się jakby w świecie czarów. Tak, iż na koniec czujesz się nieomal ogarnięty zazdrością, świętą zazdrością oczywiście, z powodu tej mnogości jego darów. I czu­jesz, że - ujmij to zresztą, jak ci się podoba - w końcu musisz się poddać. Bo on ma rację! I zaraz odkrywasz, że razem z nim się cieszysz, niemal jakby zostawił ci wrażenie, że to ty sam od­kryłeś ten sekret, rozwiązałeś zagadkę. To bowiem jest częścią stylu Ravasiego: nigdy nikogo nie upokarzać, nigdy niczym nie pogardzać. A przy tym jest obdarzony niezwykłym poczuciem humoru".

Każdy, kto zabierze się do czytania kolejnych tomów, przyzna tym słowom rację. Zwłaszcza temu zdaniu o poczuciu radości, że to ty sam odkryłeś tajemnicę Księgi. Kto sięgnie po tę lekturę, sam się przekona. Chwała wydawnictwu Salwator za podjęcie się tego przedsięwzięcia. Oby dalsze tomy ukazały się jak najprędzej.

Gianfranco Ravasi, "Psalmy 1-19 (wybór)", część 1, przeł. Patrycja Mikulska; "Pieśń nad pieśniami... jak pieczęć na twoim sercu", przeł. Krzysztof Stopa, posł. David M. Turoldo; "Hiob. Dramat Boga i człowieka", część 1 i 2, przeł. Barbara Rzepka, Kraków 2007, Wydawnictwo Salwator;

Teolog pośród ludzi

Na pierwszy rzut oka ta książka Księdza Profesora może wprawić w popłoch. Autor - pisarz znany i szeroko czytany (jest to jego dwunasta książka wydana w "zielonej serii" Verbinum) - dokonał gigantycznej pracy. Sięgnął do swego ogromnego archiwum korespondencji z czytelnikami i - pomijając obecne w listach wątki całkiem osobiste - udostępnił je czytelnikom. Listy i swoje na nie odpowiedzi, często zresztą pisane dla tej publikacji, bo nie zachował kopii listów wysyłanych na bieżąco. Popłoch recenzenta może budzić to, że te listy, z małymi wyjątkami, zawierają mnóstwo pochwał, słów wdzięczności i podziwu dla autora (a i tak te partie, jak pisze, starał się zredukować do minimum). Więc pierwsza myśl: czy wypada, Księże Profesorze, samemu sobie budować taki pomnik?

Ale tak jest tylko na pierwszy rzut oka. Owszem słowa wdzięczności i podziwu są, ale, cierpliwy czytelniku, nie zatrzymuj się na nich, idź dalej. Po tych niewątpliwie spontanicznych i tchnących autentyzmem eksklamacjach korespondenci z reguły przechodzą do rzeczy. Listy są pełne pytań, czasem wyznań, dotyczących wiary, czasem wątpliwości, świadectw zwątpienia, poszukiwania i nadziei. Tematyka skupiona jest na zgłębianej od dziesięcioleci przez Księdza Profesora problematyce wydarzeń ostatecznych, sposobu rozumienia sądu i Gehenny, a w konsekwencji określonej wizji Boga. Czy moralność wierzących oparta jest na strachu przed piekłem? Czy Ewangelia Jezusa jest nowiną pełną gróźb, czy Nowiną Dobrą i radosną?

Taki dialog teologa z czytelnikami (i słuchaczami), skupiony wokół spraw najważniejszych, fascynuje. Dzięki niemu Hryniewicz o sprawach Bożych mówi ludzkim głosem, bo musi i chce odpowiedzieć ludziom na ich pytania, a przynajmniej - kiedy odpowiedzieć nie może - przekonująco zachęcić ich do wytrwania w drodze, co robi z mądrością wytrawnego duszpasterza. To prawda, nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego sposobu uprawiania teologii. Zresztą ograniczenie jej do dialogu ze słuchaczami byłoby absurdem. Ksiądz Hryniewicz często odsyła pytających do swoich systematycznych prac, często i pytający za punkt wyjścia biorą to, na co trafili w systematycznych pracach Hryniewicza.

"Dobrze jest być teologiem pośród ludzi. Jeżeli myślą i sercem wybiega on poza sprawy tej ziemi, jego refleksje mają pomagać innym w odnajdywaniu sensu życia i kształtowaniu go w sposób mądry i odpowiedzialny"...

Są w tej książce listy dotyczące ortodoksyjności poglądów głoszonych przez Księdza Profesora. To rozdziały "Głosy oponentów" i "Oskarżenia i protesty"; zwłaszcza w tym drugim mamy polski katolicki światek odbity jak wszechświat w kropli rosy: anonimy, donosy zatroskanych o wiarę maluczkich, o ortodoksyjność Katolickiego Uniwersytetu, podważanie autorytetu udzielającej imprimatur książkom Hryniewicza kurii warszawsko-praskiej, pasterskie zachęty by, owszem, pisał, ale "do szuflady", pogróżki i powtarzające się oskarżenia o herezję. I choć kolejny rozdział to "Obrońcy przed atakami", dla czytelnika - jak sądzę - najważniejsze i najprzyjemniejsze, jeśli można tak powiedzieć, będą na ogół dość lakoniczne odpowiedzi samego oskarżonego. Zresztą nie na wszystkie ataki odpowiada. Na pytanie "Tygodnika Powszechnego", czy chce odpowiedzieć na atak jednego z profesorów zamieszczony w "Słowie - Dzienniku Katolickim", odpisuje: "Na tak powierzchowne i napastliwe teksty nie odpowiadam. Można z góry przypuszczać, że wszelkie wyjaśnienia zostaną przyjęte jedynie z uczuciem wyższości i pogardliwym politowaniem".

Tak więc "Nadzieja w dialogu" pokazuje mało u nas znany fenomen uprawiania teologii w dialogu. Jest także zapisem drogi samodzielnych i twórczych poszukiwań uczonego na polu teologii, czyli sposobu rozumienia wiary. Oba zjawiska są u nas tak rzadkie, że dla wielu "profesjonalistów" wręcz nie do przyjęcia. Jednak - co odkrywamy w książce - błogosławione przez Jana Pawła II i przez wielką rzeszę ludzi poszukujących, zarówno świeckich, jak duchownych.

Wacław Hryniewicz, "Nadzieja w dialogu", Warszawa 2007, Wydawnictwo Księży Werbistów "Verbinum";

Odejścia

Dwie książki, dwóch autorów i obaj o tym samym. Obu przyświecał ten sam cel. Piotr Dzedzej jest księdzem (pisaliśmy o nim w "Tygodniku" z 19 lutego 2007 r.), Maciej Bielawski - jak informuje notka na skrzydełku - w 2004 r. odszedł z zakonu benedyktynów i ze stanu duchownego. "Moim celem - pisze - ks. Dzedzej - nie było zaspokojenie ciekawości tych, którzy oczekują pikantnych plotek o kościelnych skandalach, choć i tak nastawiony czytelnik poczuje się z pewnością usatysfakcjonowany". A Maciej Bielawski: "Kościół po prostu udaje, że problemu nie ma, minimalizuje go, chowa głowę w piasek lub odwraca wzrok. To chyba najsmutniejszy i najbardziej niepokojący objaw. On też sprawia, że czasami ludzie, odchodząc z kapłaństwa czy z zakonów, odchodzą także z Kościoła".

Problem jest i nie da się od niego uciec.

Ks. Dzedzej: "Jan Paweł II w swojej książce »Wstańcie, chodźmy!« poruszył temat byłych księży. Pisał o nich w tonie pełnym troski i miłosierdzia: »Nie sposób nie wspomnieć o tych, którzy porzucili kapłaństwo. Również o nich biskup nie może zapomnieć - również oni ma­ją prawo do miejsca w sercu biskupa. Ich dramaty czasami wskazują na zaniedbania formacji kapłańskiej«. Niech będą nam bliskie słowa naszego papie­ża: nie potępiajmy tych, którzy porzucili kapłaństwo, ale próbujmy zatroszczyć się o nich i ich przygarnąć. Znamienne jest też, że Jan Paweł II nie obwinia »by­łych«, wskazuje, że często winni są nie oni, ale ci, któ­rzy odpowiadają za formację kapłańską. To powinno nam również uświadomić i przypomnieć, jak wielka jest to odpowiedzialność".

Problem jest. Bielawski przytacza statystyki z różnych krajów. Przyjmuje się, że na świecie żyje obecnie, w 2007 r., ok. 120 tysięcy księży, którzy odeszli od kapłaństwa. Kiedy do tego dodać sekularyzowanych mnichów (bez święceń), występujące zakonnice (jest ich 776 269), mamy kilka setek tysięcy kobiet i mężczyzn, którzy odeszli ze stanu duchownego. "Zebrani razem utworzyliby duże miasto" - konkluduje Maciej Bielawski. A w Polsce? W Polsce nie ma statystyk odchodzących ze stanu duchownego. Przybliżone liczby: w ciągu ostatnich 50 lat odeszła z kapłaństwa co najmniej jedna trzecia obecnego stanu ilościowego, który wynosi 35 tysięcy. Według innych badaczy nawet jedna druga. Nie ma też wątpliwości, że w Polsce liczba księży odchodzących ze stanu duchownego i zakładających rodziny wyraźnie wzrosła w okresie pontyfikatu Jana Pawła II,

z czego oczywiście nie musi wynikać, że miało to związek z Janem Pawłem II. W tym okresie zresztą wzrosła także liczba powołań.

Bielawski o swojej książce: "Nie jest to donos lub oskarżenie pod adresem Kościoła. Nie jest to propozycja jakiejś reformy, lecz po prostu zwrócenie uwagi na istnienie pewnego zjawiska i problemu, który tak lub inaczej dotyka jeżeli nie wszystkich, to wielu. Nie są to wyznania kolejnego »eksa«, choć prawdopodobnie bez osobistego doświadczenia nie zająłbym się tym tematem i nie ująłbym go w taki sposób, w jaki to uczyniłem". Obaj autorzy wiedzą, że statystyki, nawet jeśli robią wrażenie, do wyobraźni nie przemawiają. Dlatego piszą o konkretnych ludziach.

Większą część książki Bielawskiego zajmują "Portrety". Mamy w niej wyszukane w internecie, w autobiografiach, czasem usłyszane w osobistych rozmowach dzieje odejść, z iście benedyktyńską cierpliwością zrekonstruowane tak, by były to nie tylko dzieje odejść, ale dzieje życia. Chodzi o pos-

tacie tak znane, jak Leonardo Boff, Eugen Drewermann, były opat od św. Pawła za Murami Giovanni Franzoni czy Matthew Fox, jak i mniej znane, ale niezwykłe, czasem wręcz nieco dziwaczne, jak John Dominic Crossan. Historie te przy całej różnorodności są jakoś do siebie podobne. Potem mamy kilka rozmyślań autora o rodzajach odejść, czasie odchodzenia, przyczynach odejść i o powołaniu oraz refleksję nad reakcjami Kościoła na jakby niedoceniany fenomen odchodzenia. Książkę zamyka przeprowadzony przez Jarosława Makowskiego bardzo osobisty wywiad z autorem.

Ksiądz Dzedzej ofiarowuje nam 25 historii polskich "eksów", osobiście opowiedzianych autorowi. Chociaż te historie są - jeśli chodzi o zewnętrzny sztafaż - bardziej zgrzebne, mniej "przygodowe", w istocie są podobne do tych u Bielawskiego. Książkę Dzedzeja czytałem jak dopełnienie tamtej, bogatej w uogólniające przemyślenia. Jedna i druga w końcu opiera się na autobiograficznych opowieściach zainteresowanych. Właśnie fenomen autobiografii "eksów" wnikliwie przeanalizował Bielawski. Jego uwagi, jak sądzę, mogą pomóc w lekturze tego rodzaju książek, niekiedy dla ludzi Kościoła dość irytujących. Zamiast ulegać irytacji, zawsze lepiej postarać się zrozumieć.

Bielawski pisze: "Osoby duchowne, które odeszły, czasami piszą autobio­grafie czy różnego rodzaju listy otwarte zaraz po odejściu, aby jakoś się wytłumaczyć, przed sobą i przed innymi, jak również po to, by przez ten akt móc zaistnieć w społeczeństwie w odmiennej roli. Do takich wyznań zaliczyłbym wywiad rzekę »Przed Bogiem« (...). Podobną rolę pełnią także publikacje niejako odejście zapowiadające - te, w których autor, jeszcze w habicie czy sutannie, jeszcze z kilkoma literami przed czy po nazwisku, wyraża zdumie­wająco odważne i krytyczne poglądy, o których wiemy, że nie doczekałyby się imprimatur, jakby dawał sygnał: »już mnie to nie obchodzi« (...). To nie tylko manifestacje - najczęściej chyba uświadomionej - potrzeby odcięcia się od wewnętrznie już odrzuconej instytucji i rodzącej się - lub już wykry­stalizowanej - decyzji o odejściu. To także (również mniej lub bardziej uświadomione) przygotowywanie gruntu pod nowe życie. Inny rodzaj autobiografii pisze się w okresie kryzysu. Ludzie nie sięgają wtedy po pióro dlatego, że coś się stało lub że coś już wiedzą, lecz żeby się dowiedzieć, jaki jest sens tego, co przeżyli i gdzie się znajdują. (...) Takie pisanie autobiografii jest terapią (...) opowiedzenie swojego życia innym goi rany. (...) Wreszcie - istnieją autobiografie pisane »pod wieczór« życia. Są to wspomnienia, w których ktoś wyjawia rze-

czy wcześniej przemilczane lub po prostu opowiada to, co mu się przydarzyło, dzieli się zgromadzonym doświadczeniem. Ton takich wspomnień jest zazwyczaj pogodny. Wstą­pienie i odejście jawią się jako pewne etapy drogi całego życia, która po prostu przebiegła tak, a nie inaczej. Nic już nie można zmienić, nic się już nie wydarzy, nie trzeba ani się oszukiwać, ani łudzić. (...) Człowiek w ciągu swego życia mógłby napisać wiele autobiografii i często w myśli lub w rozmowie z innymi to czyni".

Nie ma w tych książkach recept. Jeśli Bielawski przywołuje propozycje Drewermanna (stworzenia systemu łagodnego przechodzenia z jednego stanu do drugiego), to traktuje je z dystansem. Jest to opis, jednak nie opis obojętny. Odejście jest dramatem. Czy można takich dramatów uniknąć? W podtekście dociekań nad przyczynami odejść można się doczytać wskazania remediów. Ale chyba nie to jest celem tych książek. Celem jest wykrzyczenie, że problem istnieje, że istnieje wielka rzesza tych, którzy odeszli od stanu duchownego, ale nie od Boga, że "również oni ma­ją prawo do miejsca w sercu biskupa", że i dla nich także jest miejsce we wspólnocie Kościoła. I pokazanie, jak wiele jest tu do zrobienia.

Maciej Bielawski, »Odejścia«. Droga do odejścia. Z Maciejem Bielawskim rozmawia Jarosław Makowski", Kraków 2007, Wydawnictwo Homini;

Piotr Dzedzej, "Porzucone sutanny. Opowieści byłych księży", Kraków 2007, Znak;

Nieznani "taternicy"

O "taternikach" i fatalnie zakończonym przemycie wydawnictw paryskiej "Kultury" przez Czechosłowację do Polski każdy prawie słyszał. Książka Mariana Szczepanowicza jest zbiorem relacji uczestników podobnej, lecz znacznie mniej znanej, jeśli w ogóle znanej, gigantycznej akcji przemytu wydawnictw religijnych przez granicę polsko-czechosłowacką w Tatrach Zachodnich w latach 70. i 80. Szczepanowicz, sam jej uczestnik, zdołał namówić przyjaciół z obu stron granicy do spisania wspomnień. W ten sposób utrwalono ważny rozdział nielegalnej działalności minionej epoki, działalności, co godzi się podkreślić, bez takiej wpadki, która by oznaczała jej koniec.

Dla Kościoła (w zasadzie podziemnego) w kraju, w którym władza komunistyczna postanowiła go całkowicie podporządkować, a następnie wyeliminować z życia publicznego, pomoc ta miała ogromne znaczenie: konkretne, bo publikacje katolickie tam nie istniały, oraz moralne, będąc świadectwem solidarności prawdziwie bez granic. Obok wątku przemytni-

czego znalazły się w książce świadectwa owej kościelnej solidarności na innych polach, jak choćby w relacjach o potajemnych święceniach udzielanych w Polsce tajnym klerykom ze Słowacji.

Nie sposób wyliczyć tu nazwisk bohaterów owej działalności, świeckich, seminarzystów, księży. W relacjach, czasem nieco patetycznych, czasem naiwnych i nieporadnych, zawsze niezwykle autentycznych, poznajemy wspaniałych ludzi, odczytujemy strach tamtych dni, trud wędrówek z wyładowanym książkami plecakiem, radość każdej udanej akcji, przeżywamy z bohaterami opowieści sytuacje zagrożenia, bawimy się dialogami z funkcjonariuszami SB, jak choćby ten: "Skąd masz książki? - Puścicie, jak powiem? - Puścimy. - Oddacie książki? - Oddamy, tylko powiedz. - Idę przez park w Szczecinie, a tu nagle niebo się otwarło i obok spadły dwie walizki i plecak z książkami. Widzę, że pobożne, wziąłem i wiozłem do Krakowa". Se non é vero...

Marian Szczepanowicz, "Kurierzy słowa Bożego. Świadczenie i dar", Kraków 2007, Wydawnictwo św. Stanisława BM Archidiecezji Krakowskiej.

Owieczki ojca Leona

Religijna książka dla przedszkolaków (z uwagami adresowanymi do rodziców). Założenie zapożyczone przez autorów od Sofii Cavaletti: Tajemniczy związek między Bogiem a dzieckiem obecny jest we wczesnym dzieciństwie i zdaje się być uprzedni w stosunku do jakiegokolwiek nauczania religijnego. Stąd odważne wprowadzanie przedszkolaków w świat Ewangelii.

Oglądając tę pięknie wydaną książkę, myślę sobie, jakie to trudne. Choćby ilustracje. Bo jak ma wyglądać Pan Jezus na obrazku dla przedszkolaka? Czy musi się mu wbić w podświadomość jako błękitnooki blondyn z długimi włosami i starannie przyciętą bródką? Czy może na podobieństwo wizerunków abgaryjskich albo całunu turyńskiego? Tu Pan Jezus jest tak namalowany, żeby w pamięć nie zapadł. Twarz zaznaczona kilkoma kreskami bardziej sygnalizuje osobę, niż ją pokazuje. Co innego ojciec Leon. Jego przezacna twarz uśmiecha się na 56 stronicach 20 razy.

Wykład przypowieści o Królestwie koncentruje się na detalach. Jak o kwasie, to mamy przepis robienia kwasu i pieczenia chleba. Żeby potem dojść do tajemnicy "wzrastania" Królestwa w ludzkich sercach. To bynajmniej nie jest proste. Ojciec Leon rejestruje swoje wysiłki zmierzające do naprowadzenia dzieci na bardziej duchowy sens przypowieści, na wzrost Królestwa w ludzkich sercach. Pyta: "Może we mnie też jeszcze coś rośnie, nie myślicie? Co dzieje się z takim człowiekiem jak ja?". Odpowiedź: "Człowiek zaczyna się starzeć". Ojciec Leon, chyba nieco zbity z tropu, nie korzysta z okazji, by zwrócić myśl dzieci ku nieśmiertelności, ale całkiem po ziemsku smętnie konstatuje: "No tak, bo nasze życie trwa jakiś czas, a potem robimy miejsce innym ludziom". Jednak nie ustępuje, drąży dalej: "A nie myślicie, że w dorosłym człowieku coś jeszcze rośnie?". "Tak - pada odpowiedź - na przykład kiedy jakaś pani ma być mamą, to rośnie jej brzuch, bo tam rośnie dziecko". Biedny ojciec Leon: "Ja myślałem trochę o czym innym (...) w każdym z nas rośnie serce, rośnie miłość do Boga i do innych ludzi. Rośnie w nas świętość". Książka pokazuje, że mimo tych drobnych trudności, można wprowadzać dzieci w świat ewangelicznych przypowieści. Można i trzeba, zwłaszcza jeśli się ma taką twarz jak ojciec Leon, którego ciepłe spojrzenie czytelnik spotyka na dwudziestu stronicach tej pięknej publikacji.

"Ojciec Leon i dzieci z Tyńca. Skarb, Królestwo i sto owiec". Pomysł i opracowanie Agnieszka Małecka--Petit, ilustracje Marcin Strzembosz. Tyniec 2007, Wydawnictwo OO. Benedyktynów.

Autor artykułu

Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]