Rozmowie z ojcem Ludwikiem Wiśniewskim daliśmy tytuł „Spowiedź”. Co to w tym wypadku znaczy? Ojciec Ludwik, podobnie jak ja, stoi w obliczu końca doczesnego życia. Jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku i w tej samej życiowej sytuacji. Podsumowania przychodzą nam naturalnie. Widząc zarys drugiego brzegu, inaczej ogląda się to, co było. Wspomnienia stają się wyznaniami, wybrzmiewają jak spowiedź. Siłą rzeczy.
Pamiętam wszystkie publikowane w „Tygodniku” teksty ojca Ludwika. Nie jest tak, żeby w rozmowie twierdził teraz coś innego niż dawniej. Rzecz w tym, że nawet o tym, o czym mówił dawniej, teraz mówi inaczej.
Opowiem o moim doświadczeniu momentu, który błyskawicznie zmienił perspektywę: udar, jakiś kłopot z mózgiem. Najpierw spokojne myślenie, że to koniec, że Boga nie ma, życia po śmierci nie ma. Nic nie ma. Ale nie panika, nie strata. Spokój. Odjazd w nicość. Pamiętałem, żeby nie zaprzestać modlitwy, więc jakoś się modliłem, ale możecie sobie wyobrazić, co to była za modlitwa. I kolejny etap, powrót wiary, ale innej, nie tej, co była. Już bez żadnych wyobrażeń o tym, co będzie. Ale z przekonaniem, że będzie. Tutaj kropka, nie będę przecież opisywał swoich przeżyć. Piszę przecież o ojcu Ludwiku. Ośmielam się tu na własne wspomnienia, bo podobne są nasze losy.
Słowa ojca Ludwika są w tej rozmowie spokojne. Nie ma w głowie i na ustach ani negatywnych sądów, ani powątpiewań. Nie jest zachwycony światem, z którym się po trochu żegna, ale nie wypowiada sądów, potępień ani przepowiedni zagłady. Wyraźnie widzi to, czemu starał się pomagać w całym swoim życiu: nasz ludzki, pokręcony los.
Wielu ludziom towarzyszyłem w ostatnim etapie ich ziemskiego życia. Czasem trwało to miesiące, czasem krótkie chwile. Moje rozmowy z nimi, to, co mówili, nie były do siebie podobne. Dziwne, lecz takie jest moje skromne doświadczenie świadka końca życia: jest, jak ludzie, różny. Spotkałem ludzi, którzy szli ku kresowi z wiarą i spokojem. Nawet radośnie. Pamiętam kobietę, którą wręcz spytałem, czy się nie lęka i dobrze pamiętam jej zdziwienie: „Bać się? Czego? Przecież idę do Boga”. Nie wyglądała na umierającą, a odeszła zaraz po naszej rozmowie. Czasem odchodzą wpatrzeni w coś, czego my, stojący blisko, nie widzimy. A oni widzą. Modlimy się: „Od nagłej i niespodziewanej śmierci zachowaj nas, Panie”. Cóż, jednak nie od nagłej, ale od niespodziewanej tak. Nagła może być łaską.
Ojciec Ludwik oby żył jak najdłużej. Ale z rozmowy w „Tygodniku” wolno sądzić, że na moment odejścia się szykuje. Zwykle staramy się o tym nie mówić. Niby wiemy, że każde ludzkie życie się kończy, ale chcemy, żeby to życie nie kończyło się jeszcze teraz. Niby my, wierzący, ufamy, że Pan Bóg wie lepiej, ale niepoprawnie i skrycie jesteśmy przekonani, że to jednak my wiemy lepiej. Ojciec Ludwik mówi, że żył w poczuciu bycia prowadzonym. I w nim pozostał niezmiennie do dziś.
Temat odchodzenia, zwłaszcza w przypadku starszych ludzi, jest zwykle uprzejmym milczeniem pomijany. Dla nas, ludzi wiary, tak być nie powinno. Nie tylko dlatego, że wierzymy w „żywot wieczny”, ale i dlatego, że liczymy na dalszą współpracę. Zresztą o niej się codziennie przekonujemy, mając znaczną grupę bliskich po tamtej stronie. Kto nie chce wierzyć, niech nie wierzy. Ja nie tylko wierzę, ale mam na to całkiem konkretne dowody. To jest naprawdę solidna współpraca.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















