Są jednak świątynie, które się nie rozpadają – odpowiedziałbym Dariuszowi Rosiakowi na ostatnie zdanie jego tekstu „Pocałunek i bombonierka”, zawierającego ponurą w sumie diagnozę stanu współczesnego futbolu. Są rytuały wciąż celebrowane. Są ludzie, którzy pamiętają coś więcej niż wczorajsza inba na portalu społecznościowym. Są także: przywiązanie, lojalność i wierność, które kazały ponad osiemdziesięciu tysiącom niemieckich kibiców przyjść w upalne sobotnie popołudnie na pożegnalny mecz dwóch piłkarzy o skrajnie trudnych do wymówienia nazwiskach.
Legendy z Dortmundu
Jakuba Błaszczykowskiego nie widzieli w koszulce Borussi dziewięć lat, Łukasza Piszczka trzy lata, ale nie miało to żadnego znaczenia – przecież wcześniej patrzyli na nich, odpowiednio, przez osiem i jedenaście sezonów. Całkiem dobrych sezonów, dodajmy, bo polski skrzydłowy zdobył w ich trakcie dwa mistrzostwa, dwa Superpuchary i Puchar Niemiec, a obrońca – o dwa Puchary i jeden Superpuchar Niemiec więcej. Liczby Błaszczykowskiego w Dortmundzie to 253 mecze, 32 bramki i 52 asysty, statystyki Piszczka to 382 spotkania, 19 goli i 64 asysty – wypada dodać z kronikarskiego obowiązku, ale z poczuciem, że próba zrozumienia fenomenu tych 81 665 widzów na Signal Iduna Park za pomocą wyliczanki trofeów poprowadzi na manowce. Już bardziej przydatne byłoby przywołanie raz jeszcze cytatu z „Pucharu od Pana Boga”: „Młodzi grali dobrze. Ale nie są tacy jak pan. Pan gra całym sercem, można by wręcz powiedzieć, że pan gra, jakby bronił pan prawdy”.
Taktyka Kloppa
Bohater tamtego opowiadania Oty Pavla, zawodnik wchodzący w smugę cienia i tracący właśnie miejsce w składzie drużyny, której przez lata był podporą, opowiada żonie o Nibylandii – najsprawiedliwszym futbolowym kraju świata, gdzie przed pełnymi trybunami grają nawet starzy piłkarze, którzy mają już wszystko za sobą, ale kopią dla mądrości i piękna. Otóż siódmego września 2024 roku znaleźliśmy się właśnie w Nibylandii. Nie myśleliśmy o pieniądzach, coraz częściej determinujących sukces we współczesnym futbolu. Nie myśleliśmy o stawce spotkania. Nie spodziewaliśmy się oszałamiającego tempa, bajecznych goli, popisów niebywałego kunsztu. „Taktyka na jutro: pozytywne wibracje i siła przyjaźni, jakieś pytania?” – powiedział na poprzedzającym mecz treningu przerywający z tej okazji swój urlop od futbolu Jurgen Klopp, który tego popołudnia usiadł znów na ławce trenerskiej Borussii. Pytań nie było, bo niedawny szkoleniowiec Liverpoolu, jak zwykle zresztą, trafił w sedno. Patrząc na składy drużyn Piszczka i Błaszczykowskiego – dawne i niedawne gwiazdy Dortmundu, ale też reprezentacji Polski, jak Marcin Wasilewski czy Kamil Grosicki – widzieliśmy przede wszystkim grupę przyjaciół.
Pasja weteranów
Ale widzieliśmy też coś jeszcze. „Najważniejsza była zawsze pasja do piłki. To dzięki niej przeżyłem wszystko to, co przeżyłem”, opowiadał Piszczek w książce „Mentalność sportowca”, a słowom tym towarzyszyło wspomnienie grupy dzieciaków spotykających się codziennie o dziesiątej rano na betonowym boisku w Goczałkowicach. „Jak traktujesz coś jako pasję, to nie ma mowy, że to ci się znudzi. Zawsze dajesz z siebie sto procent. Piłka to jest coś, bez czego od małego nie mogłem żyć”, mówił z kolei Błaszczykowski w książce „Kuba”, czemu towarzyszył obrazek małego boiska za remizą strażacką w Truskolasach.
Pamiętam, jak Łukasz Piszczek opowiadał mi kiedyś, że w Dortmundzie zawsze doceniano zawodników z charakterem. „Oni wiedzą, że zawsze może ci się nie udać jakaś akcja, ale jak będziesz walczył do końca, prędzej czy później to docenią” – mówił o tamtejszych kibicach. No to docenili także dzisiaj: interwencje Romana Weidenfellera, Marcina Wasilewskiego wybijającego piłkę z pustej bramki, a potem gola podcinką, zdobytego przez obecnego trenera Borussii Nuriego Şahina, który kilka sekund później utonął w objęciach pokonanego właśnie bramkarza. Docenili rajd i podanie Piszczka do Wichniarka, zagranie Piszczka do Mchitarjana przed bramką Wichniarka, docenili pojedynki biegowe Piszczek-Grosicki i gole tego ostatniego, próbę przewrotki Smolarka, technikę Barriosa, zdobywającego bramkę po rajdzie i prostopadłym podaniu Błaszczykowskiego.
Dziewięć goli, osiemset tysięcy euro i mnóstwo uśmiechów
Mecz skończył się wynikiem 5:4 – pięć dla drużyny Błaszczykowskiego, cztery dla zespołu Piszczka, ale podejrzewam, że ważniejsze od tych cyfr było po 400 tysięcy euro, jakie ów mecz przyniósł Fundacji Ludzki Gest Jakuba Błaszczykowskiego i Fundacji Akademii Łukasza Piszczka. To z rzeczy, które da się policzyć, bo przecież oprócz goli i wsparcia dla instytucji zajmujących się zdrowiem i rozwojem fizycznym dzieci i młodzieży było coś jeszcze. Radość setki dzieciaków, które w przerwie meczu mogły rozegrać swoje spotkanie przeciwko tercetowi Błaszczykowski-Piszczek-Şahin (i wygrały!). Radość futbolowych oldbojów, którym wsparcie trybun pozwoliło znowu poczuć się jak dzieciaki.
Wyznanie, że dawno nie widziałem na boisku piłkarskim tylu uśmiechów, może posłużyć za podsumowanie tego popołudnia równie dobrze, jak zdania żegnających się z Dortmundem piłkarzy, że chcieli dobrą grą odwdzięczyć się kibicom za tyle lat dopingu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















