Zapośredniczony wstyd, zwany też „wstydem z drugiej ręki”, to uczucie, które często towarzyszy nam w kinie. Zazwyczaj na polskich dramatach o problemach klasy średniej albo amerykańskich komediach o puszczaniu bąków. Dla mnie zawsze będzie jednak związane z dziewiczym seansem kultowego „Zmierzchu”.
„Jesteś jak narkotyk. Moja własna odmiana heroiny” – rzekł wampir do dziewczyny, a przez salę przetoczyła się meksykańska fala. Sam pacnąłem dłonią w czoło tak mocno, że echo dotarło w okolice Zakopanego. Wampirem był Robert Pattinson. Dziewczyną – Kristen Stewart. Ona i on, niebo i grom.
Pattison i Stewart: historia wampirycznego romansu
Kiedy 18 lat temu „Zmierzch” zaczynał swój triumfalny pochód przez kina, naprawdę trudno było przypuszczać, że którekolwiek z nich przetrwa ten festiwal żenady bez uszczerbku na dalszej karierze.
Dziś Pattinson, jeden z najlepszych aktorów swojego pokolenia, gra kolejną fantastyczną rolę w „Dramie” Kristoffera Borgliego, u boku Zendayi. Tymczasem Stewart, laureatka Cezara oraz oscarowej nominacji, promuje swój reżyserski debiut, ambitną ekranizację „Chronologii wody” Lidii Yuknavitch. Jak się okazuje, Hollywood ma swoją własną odmianę cudów.
W „Zmierzchu” Pattinson i Stewart wypowiadali bardzo dużo zdań, od których więdły uszy. Na przykład: „Przestań się rozbierać! Nie mogę ocalić swojej duszy, ale ocalę twoją” (to o niemożności rozładowania seksualnego napięcia). Albo: „I tak oto lew zakochał się w jagnięciu” (na temat dynamiki ich miłosnej relacji). W prawdziwym życiu romans aktorskiej pary miał jeszcze wyższą temperaturę.

Zakochali się na planie. Ona miała osiemnaście lat. On – dwadzieścia jeden. Nakręcając marketing jednego z najpopularniejszych filmów dekady i żyjąc na celowniku mediów, realizowali stary jak Hollywood mit toksycznego związku: relacji bez przyszłości, zaklętej w fotogenicznej i łatwej do skapitalizowania przez tabloidy teraźniejszości.
Ponieważ ich pozafilmowy wizerunek sytuował się w górnych granicach neurozy, gładziutko rymował się z ekranowym romansem. Nic zatem dziwnego, że gdy po czterech latach turbulencji i zdradzie Stewart związek zakończył się rozstaniem, stanowiło to niemalże mit założycielski ich dalszej kariery.
Przestali być Bellą i Edwardem. Znów byli Robertem i Kristen. Zaczęli żyć i pracować na swoje.
„Zmierzch”: autostrada do sławy
Przed „Zmierzchem” oboje mieli oczywiście jakieś życie i kariery. Ona była małoletnią córką Jodie Foster w „Azylu” Davida Finchera i zblazowaną hipiską we „Wszystko za życie” Seana Penna. On mignął w entej adaptacji „Targowiska próżności” Williama Thackeraya. Był też Salvadorem Dalim w niezbyt udanych „Popiołkach” Paula Morrisona i walczył z Harrym Potterem w Turnieju Trójmagicznym.
Żadnych powodów do wstydu i jednocześnie nic wielkiego. Jako że nigdy nie wystąpili w filmach o morderczych klaunach z kosmosu albo teledyskach popularnych boysbandów, trudno dziś o kompilacje „trudnych początków”. Oboje byli ambitni, dziwaczni i raczej nie pasowali na czerwone dywany.
Urodzony w Londynie Pattinson w dzieciństwie grał na pianinie i gitarze, uwielbiał gry wideo i zbierał „świerszczyki” (za co wyrzucono go ze szkoły). Miał też swoje kobiece alter ego – paradującą w sukienkach Claudię, której wizerunek i makijaż wymyśliły jego starsze siostry. Sesje zdjęciowe w lasach iglastych, gitary akustyczne, liczenie kropel na szybie, ten klimat. Alternatywa pełną gębą.

Gdy w wieku 13 lat zapisał się do amatorskiej grupy teatralnej, urodzona w Los Angeles, w rodzinie związanej z biznesem filmowym Stewart miała już swojego agenta. Na rozbieg potrzebowała zaledwie roku. Przez lokalne telewizje i Disney Channel trafiła na zaplecze fabryki snów.
Grywała zazwyczaj wyalienowane dzieci zabieganych rodziców oraz nastolatki na zakręcie. Jedna z jej ówczesnych ról, w dramacie „Speak” Jessiki Scharzer o zgwałconej licealistce, która traci mowę, do dziś pozostaje dramatycznie niedoceniona.
„Zmierzch” był dla obojga autostradą do sławy. Na jej końcu znajduje się zazwyczaj ceglany mur – to emploi, szufladka, wizerunek zakodowany w świadomości widzów. Jeśli go nie przebijesz, zostajesz lśniącym w słońcu wampirem lub dziewczyną z niesfornym loczkiem na całe lata.
Stewart i Pattinsonowi udało się go sforsować, choć każde zrobiło to na swój sposób.
Najlepsze role Roberta Pattisona
W kapitalnym filmie „Rover” Davida Michôda Pattinson zagrał chłopaka z lekką niepełnosprawnością intelektualną, który próbuje przetrwać w niegościnnym, dystopijnym świecie. Uwielbiam scenę, w której przygarbiony, z półką żółtych zębów, wyznaje przyjaźń swojemu wybawcy (Guy Pearce). W 2014 r. był to mało wyrafinowany, lecz skuteczny sposób, by zasygnalizować, że „Zmierzch” jest już przeszłością.
Owocem tej strategii był łańcuszek coraz lepszych ról. W „Cosmopolis” Davida Cronenberga aktor zmierzył się z gęstą frazą Dona DeLillo. W „Królu” Michôda był zblazowanym do granic przyzwoitości Ludwikiem Walezjuszem. Z kolei w „Good Time” braci Safdie stanął na czele korowodu skłóconych z życiem, przebodźcowanych, gnających przez miasto rebeliantów.
Szanuję jego Prestona Teagardina („Diabeł wcielony” Antonio Camposa) – postać wielebnego rodem z prozy Cormaca McCarthy’ego. Lubię latarnika Thomasa Howarda („Lighthouse” Roberta Eggersa) mierzącego się z metafizycznym zagrożeniem oraz demonami przeszłości. Wypiję też zdrowie Neila z „Tenetu” Christophera Nolana.
W interpretacji Pattinsona to jednocześnie daleki kuzyn Jamesa Bonda, nieuleczalny romantyk oraz bezlitosny typ od mokrej roboty. W jednej chwili facet z sercem na dłoni, zaś w kolejnej – cwany manipulator. Brytyjczyk porusza się w takich rejestrach z naturalną finezją.
Kristin Stewart: zamiast „Zmierzchu” – nowy świt
W tym samym czasie Stewart miała i łatwiej, i trudniej. Wizerunek Belli Swan przylgnął do niej na dłużej. Jako neurotyczna dziewczyna z wiatrem we włosach powracała w „The Runaways. Prawdziwej historii” Floris Sigismondi o tytułowej punkrockowej kapeli oraz w ekranizacji prozy Jacka Kerouaca – „W drodze” Waltera Sallesa.

Dopiero współpraca z francuskim reżyserem Olivierem Assayasem pomogła jej wskoczyć szczebelek wyżej. Zarówno w thrillerze „Personal Shopper”, jak i autotematycznym traktacie o kinie pt. „Sils Maria” zagrała przyboczne wielkich filmowych gwiazd.
W symbolicznych scenach zaglądała do ich garderób, pisała im przemówienia i skryta w cieniu pracowała na ich sukces. Sama zaś wycofała się z wysokobudżetowego kina, by ostatecznie wyprzedzić całą stawkę hollywoodzkich aktorek.
Assayas ma przyciężką rękę i nie rozumie rzeczy, które z pasją krytykuje: popkultury, współczesnego kina, nowych mediów. Na naftalinie zna się jak mało kto, bo właśnie nią pachną jego opowieści o naturze i niebezpieczeństwach sławy. A jednak fakt, że w „Sils Marii” Stewart przyćmiła na ekranie samą Juliette Binoche, nie umknął uwadze kapituły Cezarów.
Nagroda francuskiej branży filmowej oraz późniejsze portrety Jean Seberg („Seberg” Benedicta Andreasa) i księżnej Diany („Spencer” Pablo Larraina”) stanowiły kodę opowieści o „aktorce jednej miny”. Zamiast „Zmierzchu” – nowy świt.
Śnieżka kontra Batman
Żegluga po niespokojnych wodach popkultury wymaga luzu. Czasem tożsamego ze świadomością konwencji, kiedy indziej – z odpowiednią mieszanką nonszalancji i zaangażowania. Pattinson ten luz ma. Stewart nie.
Oczywiście, nie czyni to z niej gorszej aktorki. Sprawia natomiast, że nie po drodze jej z masowym widzem. Sromotna porażka remake’u „Aniołków Charliego” Elizabeth Banks była w najmniejszym stopniu jej winą. Na pewno jednak gwiazda nie pomogła filmowi, gubiąc się w choreografii scen akcji i wypowiadając swoje kwestie z przekonaniem godnym urzędniczki ZUS-u. Nie bez powodu też za swój poprzedni blockbuster, czyli „Królewnę Śnieżkę i Łowcę” Ruperta Sandersa, zgarnęła Złotą Malinę.

Po drugiej stronie wzgórz Hollywood Robert Pattinson zadał szyku jako multimiliarder Bruce Wayne. W sieci roiło się od memów. Najzabawniejszy przedstawiał młode dziewczyny płaczące pod plakatem „Zmierzchu” i dorosłych facetów łkających na widok plakatu „Batmana”.
„Nowy Bruce Wayne jest po prostu obrzydliwy. Obleśny, żylasty, półprzezroczysto-blady gotycki chłopiec. Siedzi w tej swojej wilgotnej, śmierdzącej batjaskini, zgarbiony nad komputerem, z przekrwionymi oczami i rozmazanym czarnym makijażem. Przewija nagrania z poprzedniej nocy, zapisuje w kajeciku swoje pokręcone myśli. Kiedy w końcu wyłazi z tej nory, żeby pogadać z Alfredem, a światło słoneczne niemal go zabija i musi włożyć okulary, miałem ochotę wstać i bić brawo. No dawaj, zakładaj te okulary, ty mały dziwaku!” -– pisał o roli Pattinsona użytkownik serwisu Letterboxd, niejaki Nick. W moim przekonaniu – mistrz słowa.
Ponieważ sam nie ująłbym tego lepiej, dodam jedynie, że łatwość i bezpretensjonalność, z jakimi Pattinson nadaje tego rodzaju efekciarskim postaciom trzeci wymiar, stanowi dziś o jakości jego warsztatu.
Chronologia gwiazd
Wchodząca na polskie ekrany „Chronologia wody” jest filmem na tyle dobrym, że łatwo dostrzec w jego reżyserce spadkobierczynię kilku artystycznych tradycji – od amerykańskiej awangardy, po francuską nową falę. Świetny występ Pattinsona w „Dramie” to z kolei potwierdzenie statusu faceta do (popkulturowego) tańca i do (arthouse’owego) różańca.
Dziewczyna z Hollywood kręci filmy dla filmoznawców, a chłopak z gitarą akustyczną wymierza sprawiedliwość jako Batman? Można i tak, choć nieco to wszystko ironiczne.
W wywiadach nie lubią mówić ani o dawnej miłości, ani o filmie, od którego wszystko się zaczęło. Po dziesięciu latach zaskakujących sukcesów i ambitnych porażek „Zmierzch” pozostaje bowiem zaledwie przypisem w ich karierach. A przy okazji stanowi zbiór cennych lekcji dla każdego artysty.
Po pierwsze, od czegoś trzeba zacząć. Po drugie, wstyd można zostawić innym.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















