Kosmiczny wyścig: rywalizacja Chin i USA wchodzi w nową fazę

W rywalizacji między USA i Chinami o panowanie w kosmosie walce nie chodzi tylko o prestiż. Także o technologie, które zmienią świat.
Czyta się kilka minut
Statek załogowy Shenzhou-21 i rakieta Long March-2F przyszykowane do startu. Jiuquan, 24 października 2025 r. // Fot. Wang Jiangbo / Xinhua / AFP / East News
Statek załogowy Shenzhou-21 i rakieta Long March-2F przyszykowane do startu. Jiuquan, 24 października 2025 r. // Fot. Wang Jiangbo / Xinhua / AFP / East News

Elon Musk nie miał dobrego tygodnia. Ukochane dziecko miliardera, ogromna rakieta Starship, wykonała co prawda względnie udany lot testowy, ale zaledwie kilka dni później z Białego Domu wylano mu na głowę kubeł zimnej wody.

„Są w tyle. Wciąż przesuwają swoje terminy, a my ścigamy się z Chinami. Prezydent i ja chcemy dotrzeć na Księżyc w trakcie tej kadencji” – stwierdził tymczasowy szef NASA i bliski sojusznik Donalda Trumpa, Sean Duffy. I zapowiedział: „Dlatego pozwolę innym firmom kosmicznym konkurować ze SpaceX. Wybierzemy tę, która jako pierwsza zdoła nas zabrać na Księżyc”.

Słowem – NASA nie wierzy już, że należąca do miliardera firma jest w stanie wykonać zlecony jej kontrakt.

Chiny czy USA? Kto wcześniej postawi flagę na Księżycu

Pochodzący z RPA miliarder zareagował z taktem i umiarem, z którego jest znany. Na tweeta Duffy’ego odpowiedział memem z pytaniem „Czemu jesteś gejem?”. Zdenerwowaniu Muska trudno się dziwić, bo gra idzie o miliardy. Dokładnie o 2,89 mld dolarów, które SpaceX ma dostać za dwie misje na Księżyc – jedną bez załogi, drugą z astronautami na pokładzie. Starship miał być kluczowym elementem misji Artemis, czyli programu, w ramach którego amerykańscy (a także europejscy i japońscy) astronauci mieli po dziesięcioleciach wrócić na Księżyc. Dla ogromnego statku przewidziano rolę księżycowego lądownika.

Tyle że do niedawna wszystko szło nie tak. Między styczniem a majem rakieta Muska zaliczyła trzy kolejne nieudane starty. Seria awarii znacząco opóźniła harmonogram. Loty w sierpniu i październiku poszły dobrze, ale eksperci przesłuchiwani przez amerykański Senat we wrześniu ostrzegali, że system może być „opóźniony o całe lata”. Tymczasem księżycowa misja Artemis 3 jest zaplanowana na połowę 2027 r.

Co oznacza, że SpaceX powinna w ciągu 18 miesięcy zademonstrować, że jest zdolna regularnie i bez zbędnych fajerwerków wysyłać swoją rakietę w kosmos, przeprowadzić testy tankowania pojazdu na orbicie (czego nikt wcześniej w takiej skali nie próbował) oraz zrealizować bezzałogowe lądowanie na Księżycu. Tik-tak. NASA ma powody do niepokoju, choć wciąż pozostaje pytanie, czy którakolwiek inna amerykańska firma byłaby w stanie szybciej dostarczyć ludzi na Srebrny Glob.

Rywale zaś nie śpią. W sierpniu 2025 r. Chiny przeprowadziły serię udanych testów kluczowych elementów własnej, planowanej na rok 2030 misji księżycowej: silników rakiety Chang Zheng („Długi Marsz”) 10, kapsuły załogowej Mengzhou oraz dwumiejscowego lądownika Lanyue. Ostatni z nich przeszedł pomyślnie próbę startu i lądowania w symulowanych warunkach księżycowych, potwierdzając gotowość technologii opracowywanych przez Chińską Agencję Załogowych Lotów Kosmicznych (CMSA). 

Dla Waszyngtonu to wyraźny sygnał ostrzegawczy: jeśli tempo amerykańskich prac nie wzrośnie, pierwsza flaga, która ponownie stanie na Księżycu, może mieć pięć złotych gwiazd na czerwonym tle.

Księżyc to symbol, ale i coś więcej. Co prawda potencjalnie Srebrny Glob miałby być źródłem cennych surowców i zapleczem do eksploracji dalszych obszarów Układu Słonecznego, ale budowa księżycowych kopalni helu do fuzyjnych elektrowni to ciągle fantastyka. Podobnie jak w latach 60., wyścig na jego powierzchnię to częściowo wyścig po prestiż, a częściowo szansa na test technologii, które mogą być użyteczne znacznie bliżej Ziemi. I przekładać się na przewagę naukową, gospodarczą oraz wojskową jednej czy drugiej strony.

 

NASA ma kłopot, a Musk liczy na miliardy

Są dwie zasadnicze różnice między dzisiejszym wyścigiem w kosmos a tym z XX wieku, z czasów radziecko-amerykańskiej zimnej wojny. Pierwszą jest to, że radziecko-rosyjski kompleks kosmiczny jest dziś cieniem swojej przeszłości, a kraj, który kiedyś był niekwestionowanym kosmicznym supermocarstwem, dziś spadł gdzieś do trzeciej ligi. 

Dość powiedzieć, że ostatnią udaną bezzałogową misję kosmiczną Rosjanie (wtedy jeszcze nie Rosjanie) wystrzelili w… 1982 r., a „woły robocze” tamtejszego programu lotów załogowych, czyli pojazdy Sojuz i Progress, to projekty z lat 60. Rosja zapowiedziała wycofanie się z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej w 2028 r. i niemal nikt nie traktuje poważnie jej zapowiedzi o tym, że wkrótce potem wystrzeli własną, konkurencyjną. Bo niby czym i za co?

Drugą różnicą jest to, że o ile radziecko-amerykański wyścig był zawodami dwustronnymi, o tyle tym razem obie strony budują koalicje. Stany Zjednoczone zainicjowały Porozumienia Artemis (Artemis Accords), które od 2020 r. podpisało kilkadziesiąt państw sprzymierzonych (m.in. Europejska Agencja Kosmiczna, Japonia, Kanada, Australia, a w 2023 r. także Indie). Porozumienia te ustanawiają ramy pokojowej eksploracji Księżyca i innych ciał niebieskich, podkreślając m.in. wolność prowadzenia badań i wydobywania surowców zgodnie z prawem międzynarodowym.

Chiny podpisały memorandum w sprawie budowy do połowy lat 30. Międzynarodowej Stacji Badawczej Księżyca (ILRS). Porozumienia o współpracy przy budowie księżycowej bazy podpisało już 17 państw i organizacji międzynarodowych, m.in. bliscy partnerzy Chin, tacy jak Pakistan (którego astronauta ma być pierwszym cudzoziemcem na chińskiej stacji orbitalnej) czy państwa rozwijające się z Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. I, oczywiście, Rosja

Po inwazji na Ukrainę i izolacji Rosji na arenie międzynarodowej partnerstwo Moskwa–Pekin w kosmosie nabrało dla obu stron dodatkowego znaczenia, choć finansowo i technologicznie angażować się będą głównie Chiny. Rosja będzie tu co najwyżej pasażerem.

Amerykanie mieli w wyścigu spore fory. Program Artemis opierał się na sprawdzonych technologiach. Wielka rakieta SLS (należąca do NASA) to w znacznym stopniu składak z elementów wycofanych ze służby promów kosmicznych. Kapsuła Orion, na pokładzie której astronauci mają polecieć na księżycową orbitę, jest budowana od 2004 r., a pierwszy bezzałogowy lot wykonała już 11 lat temu. Również bezzałogową podróż wokół Księżyca odbyła w listopadzie 2022 r.

Tyle że w międzyczasie koszty rosły, programy toczyły się zaś coraz wolniej. A po ponownym objęciu urzędu prezydenta przez Donalda Trumpa NASA doświadczyła finansowej rzezi. Budżet agencji na przyszły rok ma zostać ścięty o 24 proc., w tym aż o 47 proc. spadną wydatki na badania naukowe. To przełoży się na 5 tys. zwolnionych naukowców i inżynierów. Czy wypatroszona agencja będzie w ogóle zdolna do bezpiecznego przeprowadzenia księżycowej misji?

Trump z lotu na Księżyc raczej się nie wycofa, bo jest głodny historycznego triumfu. Alternatywą dla kosztującej miliardy rakiety SLS miałby być Starship Muska, który, zdaniem miliardera, zamiast pełnić rolę lądownika, mógłby po prostu sam przeprowadzić całą księżycową misję. Właściciel SpaceX od lat zapewnia, że megarakieta będzie „już wkrótce” wozić ludzi nawet na Marsa

Dziewięć lat temu zapowiadał, że pierwsze marsjańskie loty odbędą się w 2022 r. Wtedy nie wyszło, a i dziś nic nie wskazuje, żeby jego rakieta była gotowa do – wciąż niezwykle trudnego – lotu na Księżyc przed zakończeniem drugiej kadencji Trumpa.

Kosmos: największe sukcesy Chin

Co się dzieje po drugiej stronie Pacyfiku? Chiny są dziś bliżej Księżyca niż kiedykolwiek wcześniej – dosłownie. Spektakularnym sukcesem była misja Chang’e 6, która w 2024 r. jako pierwsza w historii sprowadziła na Ziemię próbki z niewidocznej z naszej planety strony Księżyca. Chiny rozwijają też niezbędną infrastrukturę do lotów załogowych. W latach 2021-22 z sukcesem przetestowano nowy, potężny silnik rakietowy YF-100K, a w sierpniu 2023 r. przedstawiono prototyp nowego skafandra księżycowego dla tajkonautów. 

Oczywiście, jak głosi banalne powiedzenie ludzi z branży, „kosmos jest trudny” i chiński program mogą czekać jeszcze rozmaite niepowodzenia, ale na razie wygląda na to, że lądowanie niewielkiej, 2-osobowej misji do 2030 r. wygląda na bardzo prawdopodobne.

Celem ma być nie tylko eksploracja naukowa, lecz także wykorzystanie złóż lodu wodnego na biegunie południowym naszego satelity – potencjalnego źródła paliwa i tlenu dla przyszłych misji na Marsa. „Xi Jinping uczynił z podboju kosmosu swój wieczny sen, a jego ambicją jest, by Chiny stały się kosmiczną superpotęgą” – pisała stacja CNN o przewodniczącym Chińskiej Republiki Ludowej. To w Waszyngtonie czy Tokio budzi niepokój. 

Były szef NASA Bill Nelson ostrzegł, że Pekin „może próbować rościć sobie prawa terytorialne” do fragmentów powierzchni Księżyca, wbrew międzynarodowym traktatom. Podobne zastrzeżenia formułuje prof. Kazuto Suzuki z Uniwersytetu Tokijskiego, który zauważa: „Chiny chcą być pierwsze, by móc dominować i monopolizować zasoby. Kto ma surowce w swoich rękach, ten zyska przewagę w przyszłości eksploracji kosmosu”.

Sami Chińczycy odżegnują się od takich sugestii. „Prowadzimy loty kosmiczne po to, by rozwijać nowoczesne technologie, wspierać wzrost gospodarczy i poprawiać poziom życia ludzi. Nie bierzemy udziału w żadnym wyścigu kosmicznym z innymi krajami, ponieważ rywalizacja w tej dziedzinie jest pozbawiona sensu” – stwierdził w 2022 r. Yang Yuguang, starszy analityk chińskiego przemysłu kosmicznego z Pekinu i wiceprzewodniczący Komitetu Transportu Kosmicznego Międzynarodowej Federacji Astronautycznej (IAF). 

„Jeśli niektórzy są tak zakochani w idei wyścigu kosmicznego, to jest to ich własny wyścig – my nie będziemy w nim uczestniczyć. Jeśli chodzi o lądowanie na Księżycu, to nasza sprawa, kiedy wyślemy tam naszych astronautów, i nikogo innego to nie powinno obchodzić. A to, kiedy inne kraje zdecydują się wysłać swoich ludzi na Księżyc, nie jest sprawą Chin”.

Z tymi zapewnieniami jest tylko jeden potencjalny problem. Powodem, dla którego chińskie statki kosmiczne nie cumują do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, a amerykańskie nie zawijają do chińskiej stacji Tiangong, jest to, że amerykański Kongres uznał, nie bez podstaw, że nie da się rozgraniczyć chińskiego cywilnego przemysłu kosmicznego od ich wojska. Słowem: każdy postęp cywilnego programu kosmicznego Pekinu może być przekuwany wprost na to, jak sprawne są chińskie kosmiczne i rakietowe siły zbrojne.

Rywalizacja w kosmosie zmieni wojny na Ziemi

A o tym, jak istotny jest kosmos dla dzisiejszej wojny, po 2022 r. nie trzeba już nikogo przekonywać. I nie chodzi nawet o rozpoznanie – od pierwszych godzin wojny Ukraina wykorzystywała komercyjne satelity obserwacyjne do monitorowania i przewidywania ruchów Rosjan, co pozwoliło jej oszczędnie gospodarować własnymi siłami. Chodzi o łączność, nawigację, wprowadzanie zamętu i uderzanie w gospodarkę przeciwnika.

Dość przypomnieć, że jednym z pierwszych aktów rosyjskiej inwazji był hakerski atak, który sparaliżował wykorzystywane przez Ukrainę systemy satelitarnej łączności KA-SAT (co jednocześnie zatrzymało niemal 6 tysięcy turbin wiatrowych w Niemczech, nadzorowanych przez ten sam system). Czy fakt, że do tej pory Rosjanie zakłócają działanie systemu GPS nad znaczną częścią Bałtyku czy północno-wschodniej Polski.

Ale może być o wiele gorzej. Rosjanie i Chińczycy demonstrują coraz bardziej zaawansowane zdolności manewrowania orbitalnego. A to może przełożyć się na zaawansowane systemy broni przeciwsatelitarnej (ASAT). Zdaniem ekspertów, zakłócanie systemów łączności i nawigacji to normalizacja ataków na satelity jako elementu planów wojennych. Taki trend potwierdza Bruce McClintock z RAND Corporation, przypominając, że już w czasach zimnej wojny ZSRR i USA testowały odpalanie bomb jądrowych w kosmosie. 

Dziś, jak mówi, Rosja znów rozwija tego typu system. „To broń niedyskryminująca. Jej skutki odczułby każdy” – ostrzega badacz.

McClintock zwraca uwagę, że Stany Zjednoczone są „maksymalnie uzależnione od przestrzeni kosmicznej”, podczas gdy Rosja w niewielkim stopniu. To, jego zdaniem, zachęca Moskwę do budowy „miecza Damoklesa” – potencjału, który może sparaliżować globalną infrastrukturę orbitalną. A podobne systemy rozwijają też Chiny, USA, być może także Iran czy Korea Północna. Jedno pociągnięcie spustu mogłoby sparaliżować globalną infrastrukturę satelitarną.

Na kosmicznej rywalizacji wygrać może cały świat

To czarny scenariusz. Ale nie jedyny możliwy. Nawet jeśli założymy, że wbrew chińskim deklaracjom wyścig faktycznie trwa, historia uczy, że może on przynieść nam wszystkim w ostatecznym rozrachunku zyski. Nowe technologie, nowe szanse na rozwój, nowe odkrycia. Chińczykom nie będzie raczej zależało na satelitarnym armageddonie, bo sami od satelitów są w coraz większym stopniu uzależnieni. Liczba chińskich obiektów na orbicie wzrosła z 250 w 2019 r. do 1015 w październiku 2024 r., a prawdziwy boom dopiero nadchodzi – Pekin przygotowuje swoją alternatywę dla satelitarnego internetu Starlink, co będzie wymagało umieszczenia na orbicie kolejnych tysięcy obiektów.

Jednocześnie już dziś widać, że – choć zapewne motywowane politycznym prestiżem – chińskie misje kosmiczne to dla świata nauki czysty zysk. Amerykańscy badacze pracują nad przywiezionymi przez Chiny próbkami z Księżyca, chiński lądownik mógłby przywieźć pierwsze próbki z Marsa już w 2031 r., na wiele lat przed podobną misją europejsko-amerykańską. A jednocześnie dopuszczenie, choćby w minimalnym stopniu, naukowców z krajów takich jak Senegal czy Pakistan do chińskich programów kosmicznych może stać się potężnym katalizatorem rozwoju nauki w krajach, które dziś nie dają młodym ludziom szans na karierę badacza.

Oczywiście, to wszystko pod warunkiem, że rywalizacja pozostanie pokojowa.

Nowy, kosmiczny wyścig zbrojeń nie musi być grą o sumie zerowej, taką, w której są wyłącznie zwycięzcy i pokonani. I nawet jeśli na prowadzenie wyjdą w nim Chiny, konsekwencje dla państw demokratycznych nie muszą być katastrofalne. Możliwe, że chińskie sukcesy skłonią USA do innowacji i inwestycji, otworzą drzwi do kosmosu większej liczbie państw oraz przyspieszą rozwój technologiczny z korzyścią dla całej ludzkości. Niezależnie jednak od scenariusza, kluczowe znaczenie ma dialog i ustanowienie norm – tylko to pozwoli przekuć ewentualne sukcesy jednej strony w zyski dla wszystkich.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Nowy kosmiczny wyścig