Dwadzieścia milionów kilometrów od Ziemi sonda NASA ożyła i zabrała się do pracy. Najpierw wysunął się 8-metrowy maszt magnetometru. Wkrótce potem rozwinęły się cztery 17-metrowej długości anteny pokładowego radaru. Europa Clipper, największy międzyplanetarny pojazd w historii, zaczyna przygotowania do swojego pierwszego kosmicznego spotkania. 5 marca sonda minie Marsa i poleci dalej, w stronę ostatecznego celu: lodowego księżyca Jowisza, którego przepastne oceany mogą skrywać w sobie życie. Dotrze do niego w 2030 r.
Misja Europa Clipper może być przełomem w poszukiwaniu śladów pozaziemskiej biologii. Ale nie jedynym, bo kolejna rewolucyjna sonda także przygotowuje się już do swojego lotu.
Dragonfly to ogromny, półtonowy dron, którego celem jest może najbardziej tajemniczy obiekt Układu Słonecznego. Zasilany generatorem produkującym prąd z rozpadu radioaktywnej grudki, pojazd ma zbadać Tytana – księżyc Saturna pokryty oceanami etanu i metanu i przykryty gęstą warstwą chmur. Przez 3 lata dron ma skakać z miejsca na miejsce i pobierać próbki, które mogą dać odpowiedź na to, czy niezwykle bogaty w związki organiczne, ale bardzo zimny świat może potencjalnie być domem dla jakichś – zapewne innych od ziemskich – form życia.
Sonda jest już niemal gotowa, a NASA podpisała właśnie wart 257 mln dolarów kontrakt na jej wystrzelenie. W lipcu 2028 r. wyruszy w drogę na pokładzie rakiety Falcon Heavy.
Wydawałoby się, że NASA czekają złote lata. Ambitne misje bezzałogowe, w połączeniu z rozwijanym wciąż programem Artemis, który ma pierwszy raz od przeszło pół wieku pozwolić ludziom badać powierzchnię Księżyca, są dalekie od pozimnowojennego marazmu, jaki ogarnął agencję w latach 90. Ale wielu ekspertów obawia się, że istniejąca od 1958 r. instytucja jest w poważnym niebezpieczeństwie, a za 4 lata może być jedynie cieniem samej siebie. Tymczasem rywale już stoją w blokach startowych.
NASA: zwolnienia pracowników
Pierwsze znaki, że dzieje się coś niedobrego, pojawiły się kilka miesięcy temu. Jet Propulsion Laboratory (JPL), ośrodek badawczy w kalifornijskiej Pasadenie zarządzany przez Politechnikę Kalifornijską (Caltech) i opłacany przez NASA, od dziesięcioleci był najważniejszym centrum międzyplanetarnej aktywności agencji. To tutaj powstawały legendarne sondy, takie jak Galileo, czy wszystkie łaziki, jakie Amerykanie wysłali na Marsa. To stąd pilotowane są jeżdżące po Czerwonej Planecie Curiosity i Opportunity.
W styczniu ośrodek zwolnił 100 współpracowników. W lutym – kolejnych 570. Trzecia fala zwolnień nadeszła tuż po amerykańskich wyborach prezydenckich. JPL ogłosiło, że zwolni około 325 osób, czyli 5 proc. z pozostałej siły roboczej. Wielu spośród niemal tysiąca zwolnionych pracowało przy flagowych projektach instytucji – łazikach marsjańskich, planowanej misji mającej na celu przywiezienie z Marsa próbek gruntu czy księżycowym łaziku VIPER, który został skasowany, zanim zanurzył koła w księżycowym pyle, mimo że wydano na niego już przeszło 400 mln dolarów.
Szefowa ośrodka zapewnia, że wynik wyborów nie miał wpływu na plany. „Mniejsze budżety planowane na najbliższą przyszłość oznaczają, że musimy zacisnąć pasa, co znalazło odbicie w zwolnieniach” – pisała w liście otwartym dyrektorka JPL Laurie Leshin. „Mimo że zbliżająca się zmiana kierownictwa NASA może wiązać się z nowymi szansami i niepewnościami, to coś, co musielibyśmy zrobić bez względu na rezultat wyborów”.
Kosmos w rękach Muska. Co dalej z NASA?
Część amerykańskich ekspertów obawia się jednak, że decyzja wyborców może oznaczać co najmniej głębokie zmiany w NASA, a być może nawet zagrożenie dla istnienia agencji w jej obecnej formie.
Peter Juul, dyrektor ds. bezpieczeństwa narodowego w Progressive Policy Institute, od 20 lat zajmujący się m.in. amerykańską polityką kosmiczną, obawia się, że dojdzie do procesu, który w praktyce oznaczać będzie demontaż agencji. „Jeśli prezydent elekt Donald Trump i Elon Musk dopną swego, NASA może stać się jedynie szumnie nazwaną agencją pośredniczącą w wypłacaniu kontraktów” – pisze na portalu SpaceNews.

To może zaskakiwać, bo akurat NASA nie mogła narzekać na pierwszą prezydenturę Trumpa. Budżet agencji wzrósł między 2016 a 2020 rokiem o 4 miliardy dolarów (4 lata prezydentury Joego Bidena skutkowały wzrostem o 2 miliardy), a program Artemis, warta dziesiątki miliardów dolarów próba amerykańskiego powrotu na Księżyc, ruszył w 2017 r. jako odpowiedź na marzenia ówczesnego prezydenta o historycznym, prestiżowym sukcesie. Wbrew nacjonalistycznej retoryce, NASA za Trumpa poszerzyła też międzynarodową współpracę – Program Artemis ma być realizowany wspólnie z Europejczykami, Japończykami i Kanadyjczykami, a „Porozumienie Artemis”, mające stanowić prawną podstawę przyszłej eksploracji i eksploatacji Księżyca, zostało dotąd podpisane przez 47 krajów z całego świata.
Część analityków oczekuje powtórki. „Sądzę, że będziemy świadkami dramatycznego wzrostu komercyjnej gospodarki kosmicznej, wzmocnienia amerykańskich Sił Kosmicznych i amerykańskich misji na Księżyc i Marsa, które ukształtują międzynarodowe środowisko zgodnie z amerykańskimi wartościami” – pisał w SpacePolicyOnline Scott Pace, dyrektor Instytutu Polityki Kosmicznej George Washington University, który za pierwszej prezydentury Trumpa kierował Narodową Radą Kosmiczną.
John Logsdon, emerytowany wykładowca Instytutu Polityki Kosmicznej, twierdzi jednak, że tym razem będzie inaczej. Z jednego bardzo konkretnego powodu. „Kosmos był obszarem stabilności politycznej za pierwszej administracji Trumpa. Teraz, gdy Elon Musk znalazł się na prawdopodobnie bardzo wpływowej pozycji, sytuacja pewnie będzie inna”.
Poprzednio Trump zostawił kosmos ekspertom. Teraz może oddać go w ręce jednego człowieka.
Plany lotu na Marsa
Teoretycznie nie powinno to być złe dla realizacji amerykańskich marzeń o podboju kosmosu, bo trzeba przyznać, że niewielu ludzi z tamtejszych kręgów władzy ekscytuje się kosmosem tak, jak najbogatszy człowiek świata. Problemem może być jednak to, co dokładnie Musk chciałby osiągnąć i co oznacza to dla dotychczasowych celów NASA.
Chociaż miliarder ma odpowiadać w nowej administracji za cięcia budżetowe, mało kto spodziewa się, by NASA w ostatecznym rozrachunku bardzo dostała po kieszeni. W końcu byłoby to wbrew własnym interesom Muska. Należący do niego SpaceX jest drugim największym podwykonawcą agencji (po JPL), i tylko w 2023 r. otrzymał od niej za swoje usługi 2,25 mld dolarów. Nie tylko buduje rakiety Falcon i kapsuły Dragon, kluczowe dla dostarczania załóg i zaopatrzenia na Międzynarodową Stację Kosmiczną, ale ma też, na bazie opracowywanej właśnie rakiety Starship, zbudować lądownik na potrzeby programu księżycowego agencji. Jeśli Musk ma maczać palce w przyszłych budżetach NASA, konflikt interesów jest oczywisty.
Pytanie jednak, czy będzie chciał zmienić jej kurs. Obecnie NASA stara się równo rozkładać akcenty pomiędzy efektowne loty załogowe, międzyplanetarne misje, takie jak Europa Clipper, i prowadzenie obserwacji Ziemi z orbity. Aktualny plan załogowy zakłada, że w ciągu najbliższej dekady Amerykanie wylądują na Księżycu, zbudują tam małą bazę, a doświadczenia z niej zostaną przekute w plan lądowania na Marsie, do którego mogłoby dojść zapewne gdzieś w latach 40.
Dla miliardera to zdecydowanie za wolno. Musk wydaje się mieć marsjańską obsesję. To w celu załogowego lądowania na Marsie, jak twierdzi, buduje Starshipa – największą w historii rakietę. A skoro ma ucho prezydenta, może doprowadzić do „dramatycznej zmiany kierunku w stronę wysłania ludzi na Marsa”, pisze Casey Dreier z Planetary Society. „Za każdym razem, kiedy Trump mówił o NASA, wspominał o wysyłaniu ludzi na Marsa” – dodaje analityk.
Faktycznie, 19 października, podczas wyborczego wiecu w Latrobe w stanie Pensylwania, przyszły zwycięzca wyborów zapewniał: „Wyślemy amerykańskich astronautów na Marsa. Przygotuj się Elon, musimy to zrobić, i to szybko!”. Wcześniej zapowiadał wręcz, że do lądowania na Marsie chce doprowadzić przed upływem swojej drugiej kadencji, czyli przed końcem 2028 roku.
Dotacje dla SpaceX
Czy to możliwe? Wątpliwe. Nie tylko ze względu na to, że technologie pozwalające załodze bezpiecznie odbyć półroczną podróż w jedną stronę, pracować na powierzchni Marsa i wrócić do domu są, delikatnie mówiąc, nieprzetestowane. Przede wszystkim na drodze takich imperialnych planów staje mechanika orbitalna. Misje na Marsa są wysyłane w regularnych odstępach, aby wykorzystać zmiany pozycji tej planety wobec Ziemi podczas orbitowania przez nie Słońca. Raz na dwa lata znajdujemy się w konfiguracji, która pozwala wysłać pojazdy na Marsa przy najmniejszym wydatku energii. W tej dekadzie czekają nas jeszcze dwa takie okna startowe: w 2026 i 2028 r.
Musk zapowiadał wcześniej, że SpaceX mogłoby wysłać na Marsa w 2026 r. sześć bezzałogowych Starshipów z zaopatrzeniem, które potrzebne byłoby załogowej misji wysłanej w 2028 r. Prawdopodobieństwo, że niezwykle złożona rakieta, która w 2024 r. jest na etapie wstępnych testów, byłaby w dwa lata później zdolna do wykonania międzyplanetarnego lotu, jest niemal zerowe. Zwłaszcza że każda misja na Marsa wymagałaby zatankowania Starshipa na orbicie za pomocą nawet kilkunastu kosmicznych cystern, które miałyby cumować do niego i pompować paliwo do jego zbiorników. Takiej operacji nie wykonał jeszcze nikt w przeszło 60-letniej historii lotów kosmicznych. Dla 6 bezzałogowych Starshipów SpaceX musiałby wykonać ją niemal sto razy w ciągu kilku tygodni bez jakiejkolwiek awarii.
Marsjańskie lądowanie w 2028 r. to mrzonka, ale nie oznacza to, że nowa administracja nie będzie próbowała zmienić NASA w „agencję marsjańską”. Pierwszym krokiem mogłoby być przebudowanie budżetu agencji tak, by ten kładł większy nacisk na loty załogowe. Mogłoby to oznaczać, że fundusze, dziś przeznaczone na nowe technologie lotnicze czy badania ziemskiego klimatu, zostałyby przesunięte na front marsjański. Prezydent elekt w zmiany klimatu i tak nie wierzy. Może to też oznaczać problemy dla programu Artemis, bo i Musk, i Trump uważają, że nie ma po co zawracać sobie głowy Księżycem i trzeba pędzić wprost na Marsa. Jednym z kroków na tej drodze może być skasowanie wielkiej rakiety SLS, która miała zawieźć astronautów na Księżyc. Poleciała jak dotąd raz, w 2022 r., i może się okazać, że to był jej lot ostatni.
W takiej sytuacji NASA zostałaby bez własnych rakiet i musiałaby de facto outsourcingować swoje międzyplanetarne ambicje do SpaceX. A skoro tak, to armia inżynierów i techników też może okazać się niepotrzebna. Agencja może zmienić się w połączenie działu HR z księgowością. Będzie może szkolić własnych astronautów, ale ci polecą w kosmos wyłącznie na pokładzie wynajętych, prywatnych pojazdów. „NASA stałaby się klientem SpaceX w misji na Marsa – przewiduje Greg Autry z Uniwersytetu Środkowej Florydy. – To wcale nie musi być misja NASA. Procedury i kultura agencji są zdecydowanie zbyt wolne dla agresywnego, czteroletniego harmonogramu sugerowanego przez Trumpa”.
Chińczycy na Księżycu
Niejako przy okazji Musk może też wykosić konkurencję. Od mniej więcej 15 lat NASA przyjęła politykę, zgodnie z którą kluczowe programy są zlecane równolegle dwóm komercyjnym firmom. Dlatego na przykład lądowniki księżycowe budują jednocześnie SpaceX i należący do Jeffa Bezosa Blue Origin. To po pierwsze ma napędzić konkurencję, a po drugie zabezpieczyć program, gdyby jeden z pojazdów zaliczył katastrofalną wpadkę. Ale Muskowi konkurencja niekoniecznie jest do szczęścia potrzebna. Jeśli będzie miał szansę, może spróbować zmienić SpaceX w de facto kosmiczny monopol.
Tyle że Bezos to nie jedyny konkurent, o jakim USA powinny pamiętać. We wrześniu chińska Agencja Załogowych Lotów Kosmicznych CMSA zaprezentowała czerwono-biały skafander, który miałby stać się wizytówką ich badaczy lądujących na Księżycu. W ostatnich latach Pekin wykonał serię niezwykle ambitnych księżycowych misji, wysyłając lądowniki i łaziki w miejsca, gdzie wcześniej nie dotarł nikt, także te zlokalizowane na niewidocznej z Ziemi stronie satelity. Zgodnie z deklarowanymi planami załogowy statek kosmiczny, składający się z nowej kapsuły Mengzhou („Statek marzeń”) i lądownika Lanuye („Objęcia Księżyca”), miałby przeprowadzić pierwszą załogową misję do końca dekady. Chińska baza na księżycowym Biegunie Południowym mogłaby rozpocząć prace do 2040 r.
Biorąc pod uwagę opóźnienia, których i tak doświadczył już amerykański program księżycowy, jest coraz bardziej prawdopodobne, że ich astronauci będą musieli w tym wyścigu zadowolić się drugim miejscem. Zwłaszcza jeśli nowa administracja rzeczywiście zamierza wywrócić tamtejszy program kosmiczny do góry nogami. Pozostanie im nadzieja, że tym razem, w przeciwieństwie do dziesiątków poprzednich falstartów, Elon Musk dla odmiany dotrzyma obiecanych terminów.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















