Lucyna Krawiecka 25 lat po ujawnieniu sprawy z Tylawy: Kościół próbował mnie zniszczyć

Jako pierwsza głośno powiedziała, że proboszcz z Tylawy krzywdzi dziewczynki. Dziś Lucyna Krawiecka wspomina tamte wydarzenia i mówi, co się zmieniło, a co nie w Kościele i społeczeństwie.
Czyta się kilka minut
Lucyna Krawiecka. Marzec, 2026 r. // Fot. Nadia Krawiecka
Lucyna Krawiecka. Marzec, 2026 r. // Fot. Nadia Krawiecka

Szymon Piegza: Mija 25 lat od czasu, gdy Pani jako pierwsza powiedziała głośno, że proboszcz z Tylawy, ks. Michał Moskwa, jest pedofilem. Dowiedziała się Pani o tym od córki?

Lucyna Krawiecka: Wtedy nikt nie używał słowa „pedofil”. Zresztą córka miała dopiero siedem lat. Ale tak, powiedziała mi, że ksiądz robi dziewczynkom dziwne rzeczy.

Jakie?

Że długo całuje je w usta. Później na własne oczy zobaczyłam, jak na lekcjach religii trzyma dziewczynki na kolanach, przyciska je mocno do biurka, a one nie mogą się ruszyć.

Podobno w Tylawie od lat wszyscy o tym wiedzieli.

Jedna kobieta wyznała, że „przeżyła z nim wszystko”. Ale nie chciała tego nigdzie zgłaszać. Inne dziewczyny były molestowane, ale mówiły, że niedawno założyły własne rodziny i ich mężowie o niczym nie wiedzą. A gdyby się dowiedzieli, to wstyd na całą wieś. Jeden z mężczyzn, który był strażnikiem granicznym, przyznał w tajemnicy, że grożono mu, że jak będzie zeznawał przeciwko księdzu, to może pożegnać się z pracą. W straży mówiło się, że „Kościoła nie ruszamy”. W Tylawie panowała całkowita zmowa milczenia. Tu ciągle ksiądz jest święty.

Ciągle?

Podkarpacie pod tym względem niewiele się zmieniło. Wciąż niektórzy uważają, że to wszystko moja wina. I nie myślą o tych dzieciach, z którymi ksiądz nocował, które rozbierał i kąpał, którym wsadzał rękę do pochwy i mówił: „Ja cię teraz uzdrawiam mocą Pana Jezusa”.

Jedna z sąsiadek opowiadała mi, że widywała księdza, jak regularnie odwozi ze szkoły sześcioletnią dziewczynkę. Ksiądz zatrzymywał malucha niedaleko jej domu i długo jej nie wypuszczał. To dziecko było wtedy w zerówce, czyli miało sześć lat. 

Molestował nawet czterolatki. Pani miała jeszcze dwie młodsze córki. One też były skrzywdzone?

Nie. Myślę, że on doskonale zdawał sobie sprawę, że moje dzieci od razu by mi powiedziały. Zresztą wybierał dzieci z tych trudniejszych domów, gdzie rodzice specjalnie się nie przejmowali tym, że dziecku dzieje się krzywda.

Po nagłośnieniu sprawy wybuchł gigantyczny skandal. A na Panią spadł ogromny hejt, bo nikt wcześniej nie śmiał stawiać takiego oskarżenia wobec Kościoła.

Kościół, z arcybiskupem przemyskim Józefem Michalikiem na czele, próbował zniszczyć mnie, moją rodzinę i wszystkie osoby, które stanęły po stronie ofiar. Za Moskwą, którego nie jestem w stanie nazywać księdzem, stał Michalik.

Lucyna Krawiecka. Marzec, 2026 r. // Fot. Nadia Krawiecka

Żałuje Pani, że wywołała tę aferę? 

Nie, nigdy nie żałowałam. Ksiądz, który przekracza seksualne granice dzieci, krzywdzi je na każdej płaszczyźnie: seksualnej, psychologicznej, duchowej. A przy okazji bruka imię Boże. Jeśli szatan istnieje, to działał właśnie przez księdza w Tylawie.

Michał Moskwa został skazany.

Ale nigdy nie siedział w więzieniu. Oczywiście to, że został skazany prawomocnym wyrokiem za krzywdzenie dziewczynek, było sukcesem. Choć dziś uważam, że to jednak pyrrusowe zwycięstwo.

Dlaczego?

Ponieważ cena, jaką osoby pokrzywdzone musiały za to zapłacić, była ogromna. Urządzono im piekło na ziemi.

To była pierwsza tak duża afera seksualna w polskim Kościele. 

Nikt z nas nie miał pojęcia, jak należy załatwiać takie sprawy. Miałam w sobie dużo naiwności, uważając, że jeśli zgromadzę relacje pokrzywdzonych i zaniosę je do arcybiskupa Michalika, to on się tym zajmie. Do głowy mi nie przyszło, że biskupi doskonale wiedzieli o pedofilii w Kościele i zamiatali ją pod dywan.

Wszyscy wiedzieli?

Kasetę z zeznaniami pokrzywdzonych przegraliśmy w ponad 60 kopiach i rozesłaliśmy chyba wszystkim polskim biskupom. Na czele z nuncjuszem abp. Kowalczykiem czy prymasem Polski i szefem episkopatu kard. Józefem Glempem.

I co na to kard. Glemp?

Nic. Nawet nie otworzył koperty, tylko odesłał ją z powrotem. Od kilku innych przesyłki też wróciły. Nawet nie chcieli się zapoznać z dowodami. Jedynym hierarchą, który nam uwierzył i chciał coś z tym zrobić, był bp Jan Chrapek. Obiecał nam, że poruszy sprawę na posiedzeniu. Byliśmy pewni, że to jedyny sprawiedliwy. Niestety, jak wracał z obrad, zdarzył się ten tragiczny wypadek samochodowy, w którym biskup zginął.

To był Pani pomysł, żeby pójść do Michalika?

Nie. Najpierw poszłam do spowiedzi i powiedziałam, że wielkie zło dzieje się tym dziewczynkom, a ja mam ogromne wyrzuty sumienia, że nic z tym nie zrobiłam. Naprawdę bałam się, że kiedyś stanę przed Bogiem i będę czuła ciężar winy, że byłam obojętna. Usłyszałam wtedy: „Nie możesz tego zostawić, Bóg jest przy tobie”.

Ksiądz w czasie spowiedzi to Pani powiedział?

Tak, ten ksiądz dał mi siłę. I powiedział: „Musisz jechać do arcybiskupa”.

Arcybiskup Józef Michalik przyjął Panią w swoim gabinecie.

To było tuż po jego imieninach, które przypadają 19 marca. Pamiętam, bo w poczekalni siedziała delegacja z prokuratury. Przyjechali specjalnie, żeby wręczyć biskupowi kwiaty. W pewnym momencie wyszedł sekretarz i zaanonsował: „Prokuratura Okręgowa z Przemyśla do księdza arcybiskupa”. Michalik stanął w drzwiach, a oni padli na kolana, by ucałować jego pierścień.

Pani też całowała?

Nie. Zaraz po wejściu arcybiskup mnie zaatakował, że zmieniłam obrządek z rzymskokatolickiego na greckokatolicki. Tak jakby chciał udowodnić, że jestem zdrajcą Kościoła, więc nic, co mam mu do powiedzenia, nie może być prawdą. Zresztą później wiele razy powtarzał, że to grekokatolicy zaatakowali porządnego księdza z Tylawy.

Krzywda dzieci nie zrobiła na nim żadnego wrażenia?

Zażądał ode mnie nazwisk pokrzywdzonych. Odmówiłam, bo obiecałam dziewczynkom i ich rodzicom anonimowość. Na dowód przyniosłam mu kasetę, na której były nagrane rozmowy z tymi dziewczynkami. Wiedziałam, że na słowo honoru mi nie uwierzy.

Powiedziałam też, żeby wyznaczył kogoś z kurii, kto przyjedzie do Tylawy. Wtedy przyprowadzę wszystkie skrzywdzone, by opowiedziały ze szczegółami, co proboszcz im robi. Michalik bardzo się zdenerwował i stwierdził, że nie będzie nikogo wysyłał i żebym sobie z tym poszła do prokuratury.

Co Pani na to?

Odpowiedziałam: „Do tej prokuratury, która właśnie przed chwilą klęczała przed biskupem i całowała go w pierścień?”.  I wyszłam.

Arcybiskup nie zaproponował żadnej pomocy?

Żadnej. Natomiast zadzwonił do ks. Moskwy. A ten w najbliższą niedzielę zaczął grozić z ambony, że jeśli ktokolwiek coś złego na niego powie, to od razu straci pracę. Już wtedy wiele osób się wycofało.

„Parafianie, którzy znają lepiej środowisko niż wrogie Kościołowi (...) osoby, nie stracą zaufania do swego proboszcza, ale okażą mu bliskość przez gorliwą modlitwę” – napisał w specjalnym liście arcybiskup.

W głównej mierze to właśnie Józef Michalik odpowiadał za nagonkę na osoby pokrzywdzone. Niektórzy byli tak zastraszeni, że odwoływali zeznania w prokuraturze czy wręcz musieli wyprowadzić się z wioski, bo nie byli w stanie tego udźwignąć.

Pani się nie przestraszyła i zgodnie z radą arcybiskupa zgłosiła sprawę do prokuratury.

Gdzie przejął ją Stanisław Piotrowicz, wtedy szef Prokuratury Rejonowej w Krośnie.

Ten sam, który później mówił, że Pani przekupiła kobiety, by zeznawały przeciwko księdzu.

Piotrowicz od lat działał w kościelnych organizacjach, a kiedy sprawa była już w prokuraturze, kilka razy osobiście odwiedził ks. Moskwę. Wiem, bo raz nawet opowiadał mojej koleżance – mieli dzieci w jednej klasie – że w drodze do Tylawy wyskoczył mu jeleń przed maskę i cały samochód był do naprawy.

Po kilku miesiącach prokuratura umorzyła postępowanie, a Stanisław Piotrowicz na konferencji prasowej w 2001 r. mówił, że to nic dziwnego, gdy ksiądz da dziecku „ciumka”. A także, że ks. Moskwa dotykał dzieci tam, gdzie nie powinien, ponieważ był bioenergoterapeutą i nie było w tym podtekstu seksualnego.

Pamiętam wszystkie zeznania kobiet, które były molestowane. Najmłodsza ofiara miała sześć lat, a najstarsza ponad 40. Przez ponad 35 lat ksiądz był seksualnym drapieżcą, a Kościół nic z tym nie robił.

Jak doszło do procesu?

Dzięki Barbarze Piwnik, minister sprawiedliwości, sprawa została przeniesiona do innego miasta i rozpoczęta od nowa. Tam ksiądz usłyszał zarzuty i trafił przed sąd. Wtedy zaczęła się już prawdziwa kampania hejtu. Ciężko było słuchać zeznań matek, które ze wszystkiego się wycofywały i mówiły, że ich córkom właściwie żadna krzywda się nie działa. Ale ja tym matkom wcale się nie dziwię. Zostały ukamienowane przez swoje środowisko.

Zeznawały też dzieci.

W pewnym momencie nawet sędzia nie mógł unieść ciężaru tych zeznań. Były rodziny, w których krzywdzone przez tego samego księdza były i córki, i matka.

W 2004 r. wiele przestępstw było już przedawnionych, ale i tak sąd skazał proboszcza z Tylawy na dwa lata więzienia, w zawieszeniu na pięć lat.

I co z tego, skoro Moskwa ciągle mieszkał w Tylawie, odprawiał msze i spowiadał? Ten człowiek śmiał się w twarz pokrzywdzonym. I miał nad nimi kontrolę. Michalik specjalnie go zostawił, żeby piętnował tych, którzy na niego donieśli. To było nieludzkie.

Pani nie dała za wygraną.

Jeden dziennikarz poradził mi, żebym pojechała do Krakowa, bo ks. Adam Boniecki może nam pomóc.

W tamtym czasie ks. Boniecki dopiero co objął stanowisko redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Wcześniej przez lata był redaktorem polskiej edycji „L’Osservatore Romano” w Watykanie. 

Miał wyrzuty sumienia, że gdy wybuchła afera, „Tygodnik” nie stanął po naszej stronie. Chciał to jakoś nadrobić. Przeprosił mnie i wytłumaczył, że dał się wprowadzić w błąd.

Przez kogo?

Uwierzył w narrację Michalika. Dopiero wyrok sądu zmienił jego nastawienie. Powiedział mi, że chce się zrehabilitować.

Pomógł?

Na pewno próbował. Stwierdził, że trzeba poinformować Stolicę Apostolską o tym, że ks. Moskwa został skazany za pedofilię. I że trzeba to zrobić tak, by całkowicie ominąć polski episkopat, bo oni to zablokują. Powiedział, że specjalnie pojedzie do Watykanu, żeby to załatwić.

Pojechał?

Tak. Zawiózł uzasadnienie wyroku, ale tam podobno usłyszał: „Boniecki, jak ci życie miłe, zostaw tę sprawę”.

Kto mu groził?

Tego nie wiem, ale podejrzewam, że usłyszał to od kard. Stanisława Dziwisza. To on wtedy rządził Watykanem. Pamiętajmy, że to była końcówka pontyfikatu Jana Pawła II. Ks. Boniecki nic więcej już nie mógł zrobić. 

Uzasadnienie wyroku dla proboszcza z Tylawy udało się dostarczyć do Watykanu dopiero po śmierci Jana Pawła II. Ale znowu musieliśmy to zrobić tak, żeby ominąć polskich księży.

Dlaczego?

Chodziło o to, by dokumenty nie trafiły w ręce Dziwisza, który mógłby wszystko zablokować. Zależało nam, żeby sprawa trafiła bezpośrednio do papieża Benedykta lub kogoś z jego otoczenia. Tylko księża spoza Polski mogli być bezstronni i załatwić sprawę jak należy. Dopiero wtedy Michalik został zmuszony do usunięcia ks. Moskwy z Tylawy.

Arcybiskup Michalik wiele lat później powiedział, że do pedofilii dochodzi wtedy, gdy „dziecko szuka miłości (...) Zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga”. 

Wie pan, co jest najgorsze? Że tych dzieci z Tylawy nikt by nie obronił. Dorośli o tym wiedzieli, ale nikt nic nie zrobił. Gdzie byli ci wspaniali ojcowie, którzy schowali głowę w piasek? Dostawałam telefony z pogróżkami, pod naszym domem wysiadywali jacyś obcy mężczyźni. Cały czas ktoś powtarzał oszczerstwa na mój temat, a abp Michalik nawet napisał list do greckokatolickiego biskupa, przełożonego mojego męża, z żądaniem, żeby nas zabrał z Podkarpacia, bo gorszymy jego wiernych. Chodziło o to, żebym zniknęła w niesławie.

Zakaz odprawiania mszy ks. Moskwa dostał dopiero po 16 latach od wyroku. To jedyna kara kościelna. A czy Panią ktoś w imieniu Kościoła kiedykolwiek przeprosił?

Nigdy, ale ja nie czuję się przegrana. Wierzę, że nasze poświęcenie było potrzebne. Tysiące innych skrzywdzonych w Kościele nabrało odwagi i zaczęło głośno mówić o swoim cierpieniu.

To, czego oczekiwałabym od Kościoła, to przeproszenia wszystkich osób skrzywdzonych w tej sprawie i podziękowania tym, którzy ją ujawnili. W imię dobra Kościoła.

Nie straciła Pani wiary w Boga?

Nie. Ciągle wierzę Chrystusowi i wiem, że to, co przekazał nam w Ewangelii, ma sens. 

Minęło 25 lat. Coś się zmieniło w naszym społeczeństwie od tego czasu?

Na lepsze zmieniło się to, że zaczęliśmy głośno rozmawiać o pedofilii księży. Jest coraz więcej wyroków skazujących. Niestety, sam Kościół katolicki się nie zmienia. 

Papież Franciszek sporo chyba zmienił. Był bezwzględny nie tylko dla pedofilów w sutannach, ale też dla tych, którzy te przestępstwa tuszowali. Ukaranych zostało nawet kilku polskich biskupów.

Już dawno przestałam się martwić samą instytucją i myślę, że Bogu też nie chodzi o nią, tylko o ludzi, którzy ten Kościół stanowią. Chcę głosić Ewangelię i robię to swoim życiem. 

Widzi pan, język Ewangelii jest bardzo prosty, tylko trzeba go stosować. Bóg działa przez ludzi. Ja zrobiłam tylko to, co miałam zrobić jako chrześcijanka, kobieta i matka. Przed Bogiem czułam się odpowiedzialna za te dzieci i za to, co zrobiłam w ich sprawie.

Pani wcale nie chciała być bohaterką.

Myślę, że taki był Boży plan. W latach 80. studiowałam teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. KUL był wtedy miejscem całkowitej wolności. Profesorowie mówili nam, że nasze sumienie to „sanktuarium, miejsce święte, w którym sam na sam przebywam z Bogiem”.

Zaangażowałam się w pomoc, ponieważ też kiedyś doznałam głębokich ran w Kościele. Dlatego doskonale wiedziałam, co one czują i że nie można ich samych z tym zostawić.

Pani sama kiedyś przeszła przez podobne piekło?

Tak.

LUCYNA KRAWIECKA – studiowała teologię na KUL i na Hosianum w Olsztynie (licencjat kościelny). 25 lat temu jako pierwsza zgłosiła pedofilię w parafii Tylawa. Matka trójki dzieci, od ponad 20 lat wychowuje również dzieci w rodzinie zastępczej. 

SZYMON PIEGZA jest dziennikarzem Onetu.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 15/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Kościoła nie ruszamy