Zadania domowe i okrojone programy: czy rząd wie, co robi?

Nowe kierownictwo MEN wygasza prace domowe i odchudza podstawy programowe, to wiadomość dobra. A zła: wygaszanie ma już za sobą falstart, a odchudzaniem zajmie się m.in. urzędniczka, która za PiS-u zajmowała się... poszerzaniem.

26.01.2024

Czyta się kilka minut

fot. Piotr Kamionka / REPORTER
fot. Piotr Kamionka / REPORTER

Piątek 22 marca, zapiszcie sobie państwo ten dzień w kalendarzu. Ewentualnie – nie bądźmy już tacy wymagający – poniedziałek 25 marca. Pierwszy z dni jest setnym po zaprzysiężeniu 13 grudnia ubiegłego roku rządu Donalda Tuska, drugi – pierwszym dniem szkoły przypadającym tuż po upływie owej setki. Zapiszcie, a w stosownym dniu sprawdźcie uczniowskie zeszyty, ewentualnie po prostu zapytajcie – o zadania domowe. Czy zniknęły jak za dotknięciem ministerialnej różdżki ze szkolnej przestrzeni – co byłoby wydarzeniem na miarę zniknięcia ocen albo zamilknięcia na wieki dzwonków  – czy może trwają sobie najspokojniej w świecie, niepomne decyzji ministry Barbary Nowackiej? Albo wydania w AD 2023 dokumentu strategicznego Koalicji Obywatelskiej pt. „100 konkretów na pierwsze 100 dni rządów”.

Audyt w patokorporacji 

Rzut oka na ten historyczny już dokument pod kątem obietnic oświatowych pozwala na prosty wniosek: oto Koalicja – po ośmiu latach siermiężnych rządów Anny Zalewskiej, Przemysława Czarnka i kurator Barbary Nowak – postawiła na hasło: „dajmy dzieciom żyć”. Wskazuje na to nie tylko 45. punkt dokumentu („Zlikwidujemy prace domowe w szkołach podstawowych”), ale też obietnica uwolnienia od ciężkich plecaków („w każdej szkole postawimy indywidualne szafki dla dzieci”) i powolne przechodzenie polskiej oświaty do trybu jednozmianowego („Od 1 września 2025 wszystkie polskie szkoły podstawowe będą działały w takim systemie”). Jeśli dodamy do tego – w „stu konkretach” akurat nieobecne – odchudzenie podstaw programowych, które zostało zadekretowane w umowie koalicyjnej, czyli dokumencie znacznie bardziej wiążącym, dostaniemy marzenie nowej władzy o szkole bardziej przyjaznej, a mniej nastawionej na bezmyślny wyścig.

I jest to dobra wiadomość, bo przepracowanie polskiego ucznia – jego symbolem niech będzie ciężki jak sztanga strongmana tornister lub plecak – jest po prostu faktem. Ankiety przeprowadzone nie tak dawno przez Związek Miast Polskich (we współpracy z Ogólnopolskim Stowarzyszeniem Kadry Kierowniczej Oświaty oraz Instytutem Badań w Oświacie) wykazały, że polscy uczniowie przeznaczają na prace domowe między 2,6 a 3,6 godziny dziennie, co – jak nietrudno obliczyć – przekłada się na kilkanaście godzin tygodniowo. A jeśli dodamy do tego ponad trzydzieści godzin lekcji siódmo- lub ósmoklasisty, oraz kilka godzin – będących dziś normą – korepetycji i zajęć dodatkowych, otrzymamy plan tygodniowy, który na dłuższą metę może rozjechać fizycznie oraz psychicznie odpornego i zdrowego dorosłego pracownika firmy – a co dopiero nastolatka.

Badanie ZMP (nieposiadające, zaznaczmy, waloru reprezentatywności, ale robione na wielotysięcznej próbie ankietowanych, a więc pokazujące z pewnością spory wycinek rzeczywistości) pokazało też drugą stronę problemu. Wypełniający ankiety nauczyciele deklarowali, że „w sposób wystarczający” są w stanie zrealizować przeciętnie 70 proc. materiału. Wniosek nasuwa się sam: polska szkoła – niczym patologiczna korporacja, w której pracownicy wynoszą z pracy do domu papiery, bo w biurze nie są w stanie się z nimi wyrobić – przerzuca nadwyżki zajęć na uczniów. A także na rodziców i – co chyba najsmutniejsze – na korepetytorów, na których, jak wiadomo, stać tylko wybranych (to kolejna obietnica ze „stu konkretów”, której należy się przyglądać: „Zapewnimy pomoc w szkole zamiast korepetycji w domu”).

Przyglądamy się polskiej edukacji nie tylko przy okazji początku i zakończenia roku szkolnego. 

Kiedy więc nowa władza oświatowa chce do tej lekko oszalałej na punkcie pracy korporacji wejść z audytem, a następnie uwolnić pracowników od zbędnych nadwyżek bezsensownej pracy, by znowu poczuli oni radość z przychodzenia do biura, to należy jej przyklasnąć.

Problem w tym, że jakość tego audytu i jego tempo grozi falstartem.

Czy lektura to zadanie?

W zasadzie to jeden falstart nowe MEN ma już za sobą: to oczywiste, że zadań domowych nie wyprowadzi ze szkół w sto dni. Ich likwidację trudno w ogóle skutecznie zadekretować – tak samo jak nie da się zadekretować likwidacji kolejek do lekarzy bez zwiększenia liczby specjalistów bądź skrócenia czasu trwania spraw sądowych bez porządnej reformy wymiaru sprawiedliwości.

Nic więc dziwnego, że nowa ministra edukacji Barbara Nowacka przystąpiła do szlifowania tych kanciastych obietnic ze „stu konkretów na sto dni”. Zapowiadając na kwiecień rozporządzenie MEN w sprawie prac domowych, ogłosiła, że twardy zakaz ich zadawania obejmie klasy 1-3, zaś w klasach 4-8 prace domowe mają być nieobowiązkowe – i nie podlegać ocenom.

Szybko na forach internetowych i portalach ruszyła fala pytań. Z kim konsultowano ten pomysł? Czy faktycznie da się podobne zasady wymusić na szkołach i czy to dobrze, że za takie wymuszanie zabiera się władza centralna? Co ministerstwo rozumie pod pojęciem zadania domowego? Czy przeczytanie lektury albo nauka do kartkówki do tej kategorii się zaliczają? I jak ten zapowiedziany przez resort edukacji zakaz/niezakaz zrozumieją uczniowie?

Istota problemu, dodawali inni, tkwi gdzie indziej: skoro zadania to efekt nadmiaru materiału, to trzeba przyjrzeć się materiałowi. I ministerstwo już to robi, prowadząc prace nad odchudzeniem podstaw programowych. Problem w tym, że logika pierwszych działań MEN nie wygląda na przesadnie spójną: zadania domowe, których nadmiar spowodowany jest napęczniałymi podstawami programowymi, mają być wygaszane od kwietnia. Same podstawy, praprzyczyna patologii, mają się zmienić od września.

Kto likwiduje, kto odchudza

A i to będzie wymagać nadludzkiego pośpiechu: zespoły, które utworzono właśnie po to, by wykreślały nadmiarowe treści, działają od niedawna, a już w pierwszej dekadzie lutego mają przedstawić projekt uszczuplonych podstaw do prekonsultacji. Dwudziestoprocentowa redukcja materiału – która ma być powiązana z obniżeniem wymagań egzaminacyjnych – obejmie 17 przedmiotów. Nie jest ona, co podkreślają eksperci i urzędnicy, kompleksową reformą programową, a jedynie doraźną akcją okrajania wymagań.

MEN odmówiło publikacji nazwisk osób odpowiedzialnych za prace nad podstawami; wiadomo jedynie, że chodzi o ekspertów Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, nauczycieli i akademików, oraz że „to przede wszystkim eksperci doświadczeni w pracach nad zmianami w podstawie programowej”.

Ale owo doświadczenie nie musi być wcale walorem. „Jedną z tych ekspertek CKE – niewątpliwie doświadczoną w tworzeniu podstaw programowych – może się okazać dr Wioletta Kozak. To autorka aktualnej podstawy programowej z języka polskiego” – taka wiadomość pojawiła się na Facebookowym profilu „Protestu z Wykrzyknikiem”, ruchu społecznego wyrosłego na nauczycielskim strajku z 2019 r. Pojawiła się wraz z wybranymi wypowiedziami dr Kozak: a to zachwalającej reformę oświaty Anny Zalewskiej, a to uzasadniającej za czasów PiS konieczność… poszerzenia podstawy programowej, a to diagnozującej, że szkoła zerwała kod kulturowy i trzeba go przywrócić.

„Tygodnik” potwierdził informacje „Protestu”: dr Kozak nie tylko uczestniczy w pracach zespołu, ale jest jego koordynatorką. Co wśród ekspertów zbliżonych do MEN budzi przynajmniej dwie obawy. Jedną wizerunkową – że specjalistka kojarzona z reformą programową PiS ma ją teraz w jakimś sensie odkręcać. I drugą: że zbyt duży wpływ na nowe podstawy programowe zyska CKE.

– Pani Kozak lata temu była prawą ręką minister Zalewskiej – słyszę od jednego z ekspertów. – Kierowała zespołem opracowującym nowe, mocno rozszerzane podstawy programowe z języka polskiego w 2017 roku i jeszcze bardziej krytykowane zasady egzaminów z polskiego po 2017. Była kimś w rodzaju ministerialnej szarej eminencji, współdecydującej o kierunkach nauczania języka polskiego na różnych etapach kształcenia. To tak jakby teraz do reformy sądownictwa po latach PiS-owskiej demolki minister Bodnar zatrudnił prawą rękę Zbigniewa Ziobry.

– Większy problem niż w konkretnych nazwiskach widzę w przekazaniu zbyt dużej władzy nad podstawami Centralnej Komisji Egzaminacyjnej – dodaje inny ekspert. – Komisja nie jest powołana do tworzenia, ale do realizowania podstaw programowych, tymczasem jej eksperci, na czele z dyrektorem Marcinem Smolikiem, mają ogromny wpływ na „mieszanie” w tych podstawach.

Jest i trzecia wątpliwość. Że nowa władza oświatowa, choć inaczej diagnozuje problemy polskiej szkoły, i znacznie lepiej kojarzy się w środowisku (a to przez nauczycielskie podwyżki, a to przez kadrowe porządki z początku kadencji), zaczyna iść w ślady tej starej w sposobie działania: „Byle szybko, byle skutecznie”.

Oby za rok nie okazało się, że również byle jak.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem – nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Trzykrotny laureat… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 5/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Czy rząd odrobił zadanie