Marne szanse dzieci ze wsi

W Polsce wyrównywanie szans młodzieży z miasta i wsi wciąż jest fikcją. Janko Muzykant prawie zawsze przegra z dzieckiem miejskim, którego rozwój od urodzenia wspierają rodzice.

07.01.2023

Czyta się kilka minut

Muzyczne przejście dla pieszych przy szkole muzycznej w Łomży. Lipiec 2020 r.  / MAREK MALISZEWSKI / REPORTER
Muzyczne przejście dla pieszych przy szkole muzycznej w Łomży. Lipiec 2020 r. / MAREK MALISZEWSKI / REPORTER

Małgorzata w organizacji pozarządowej zajmuje się projektami edukacyjnymi, których celem jest wyrównywanie szans. W ostatnich latach działa na terenach byłych PGR-ów, przede wszystkim w województwach dolnośląskim, zachodniopomorskim i lubuskim.

– Czy historia opisana przez Sienkiewicza w „Janku Muzykancie” mogłaby wydarzyć się dziś w Polsce? – pytam.

– Z pewnością – mówi Małgorzata. I wyjaśnia, że dziś uzdolniony muzycznie chłopiec nie musiałby oczywiście zakradać się do dworu, by posłuchać muzyki klasycznej: wystarczy przecież włączyć odpowiedni kanał na YouTube. I też nikt nie pobiłby go na śmierć za to, że dotknął skrzypiec. Ale równocześnie dodaje: – Spotkałam wiele utalentowanych dzieci, których dziadkowie, rodzice, a czasem nawet lokalny ksiądz uważali, że rozwijanie pasji – muzycznej, teatralnej, plastycznej, sportowej – jest fanaberią. „Lepiej weź się w garść” – mówiono im. W Sienkiewiczowskiej noweli wieś traktowała podobnie zakochanego w muzyce Janka. Był pomyleńcem, któremu „wiatr grał w polu”. Tę dziwną pasję należało, dosłownie, wytłuc mu z głowy. Dyskusje o muzyce i kształceniu młodych talentów prowadzono w pańskim dworze, edukacja nie była dostępna dla dzieci wiejskich.

Musi mieć „porządny zawód”

Rodziców i dziadków zamykających się na talent dziecka Małgorzata nazywa „nieświatłymi”. I podkreśla: – Rodzic „nieświatły” często wcale nie oznacza: niezamożny. Zdarza się, że w domu są marmury, plazmowy telewizor, elektryczna kosiarka do trawy i dwa samochody, ale kiedy dziecko prosi, by zawieźć je na zajęcia pozalekcyjne do oddalonego o kilka­naście kilometrów ośrodka kultury, opiekunowie pukają się w głowę. Co oferuje im w wolnym czasie wieś, szczególnie na terenach byłych PGR-ów? Siedzenie pod sklepem lub remizą strażacką. Można pluć, podłubać patykiem w ziemi i patrzeć, jak dorośli, często bezrobotni, kupujący w sklepie „na zeszyt”, pociągają piwo z puszki. Niedługo młodzi sami otworzą pierwszego „browara” i zapalą pierwszego papierosa.

Część młodzieży jednak się nie poddaje. Małgorzata mówi o nich „terminatorzy”. Pasja do rysunku czy nauki języków obcych każe im wyrywać się z domu. Czy to zima, czy słotna jesień, pół godziny idą na najbliższy przystanek autobusowy. W drodze powrotnej w przystankowej wiacie spędzają nawet godzinę (autobusy kursują tylko kilka razy dziennie). Latem jest łatwiej, można dojechać na rowerze.

– Zupełnie wykluczone są młodsze dzieci – mówi Małgorzata. – Dziesięciolatek nie pokona sam kilkunastokilometrowej drogi do miasta.

Na części terenów po byłych PGR-ach w sukurs poglądom rodziców przychodzi polityka oświatowa. Od wielu lat ogranicza się tam szkolnictwo ogólnokształcące na rzecz zawodowego. Na wsi rodzice często nie chcą, by ich dzieci zostały „humanistami” czy „naukowcami”. Nie powinny być też lekkoduchami i „bawić się” w teatr czy taniec. Muszą mieć „porządny” i ­„konkretny” zawód, jak ich dziadek i ojciec, czyli np. zostać elektrykiem, kierowcą tira, hydraulikiem, fryzjerką, kosmetyczką. Z takim wykształceniem można wyjechać na Zachód i zarabiać „porządne” pieniądze. Zgodnie z tym przekonaniem elektryk – w przeciwieństwie do filozofa – zawsze zarobi na rodzinę.

Michał mieszka w Bieszczadach (gmina Solina), wychowuje dwoje dzieci, czternastoletniego syna i siedmioletnią córkę. Jego syn uczestniczył w zajęciach pozalekcyjnych (basen, piłka nożna). Rodzice gimnastykowali się planując dzień. Musieli wygospodarować czas, by dowieźć dziecko do miasta.

Mężczyzna wśród otaczających go rodziców obserwuje dwie postawy. Są tacy, którzy kilka razy w tygodniu pokonują nawet 70 km (z Soliny do Sanoka i z powrotem), by ich pociechy uczyły się w szkole muzycznej. Ale są też rodzice, którzy nie zgadzają się na udział dzieci w zajęciach pozalekcyjnych. Nawet jeśli są one nieodpłatne. „A co? W domu nie mogą posiedzieć?” – irytują się.

Odkąd syn Michała uczy się w szkole średniej, coraz rzadziej może kopać piłkę po lekcjach. Droga z domu do szkoły to dystans aż 21 km. Chłopak wraca po godz. 17 i siada do lekcji. – Niestety. Na prowincji nie można wsiąść do tramwaju i w kilka minut pokonać nim drogę do centrum. Brak transportu publicznego jest naszą największą zmorą – mówi jego ojciec.

Kapitał społeczny, nie komputer!

Nie sposób porównać szans na dobre wykształcenie dzieci z miejskich domów i dzieci ze wsi. – To dwa zupełnie nieprzystające do siebie światy – mówi Paweł Marczewski, socjolog, publicysta, zajmujący się w Fundacji im. Stefana Batorego m.in. kwestią edukacji.

W mieście kształcenie dzieci traktuje się jako długoterminową inwestycję. Czasem nawet zbyt ambitni rodzice wyrządzają dzieciom krzywdę, nie pozwalając na chwilę relaksującej nudy. Paweł Marczewski, podobnie jak pracująca w organizacji pozarządowej Małgorzata, nie ma jednak wątpliwości: o przyszłości dziecka decyduje rodzinny kapitał społeczny. – Nawet jeśli rodzice borykają się z ubóstwem i wykluczeniem komunikacyjnym, to gdy chcą wykształcić dziecko, przeszkody te uda im się przezwyciężyć – uważa socjolog. – Oczywiście, rodzinie biednej, mieszkającej na wsi jest o wiele ciężej zadbać o edukację potomków. Dzieci uczestniczą w dodatkowych zajęciach kosztem wyrzeczeń, takich jak skromniejsze jedzenie, ubrania, krótsze wakacje albo ich brak.

Tezę Marczewskiego potwierdzają badania przeprowadzone w czasie pandemii przez OECD („Private spending on education”). Ich celem było porównanie, jak z edukacją zdalną radziły sobie dzieci z rodzin ubogich i zamożnych. Obawiano się, że te biedniejsze (często nieposiadające nawet laptopa i uczestniczące w lekcjach przy pomocy pożyczonej od rodziców komórki) będą mieć gorsze wyniki.

– Okazało się, że lepiej radzili sobie uczniowie posiadający wsparcie rodziny. Ważniejszy okazał się nie własny komputer, tylko dom, który zaszczepia w uczniu przekonanie, że wykształcenie jest wartością – mówi Marczewski.

Podobne wnioski można wysnuć na podstawie badania przeprowadzonego w 2019 r. przez Fundację im. Stefana Batorego. Gotowość posłania dziecka do płatnej, renomowanej prywatnej szkoły deklarowali częściej rodzice mniej zamożni. Dodawali przy tym, że zdecydowaliby się na ten krok, gdyby tylko było ich na to stać...

Zdaniem Marczewskiego pierwszym ważnym testem w życiu dziecka jest egzamin ósmoklasisty. To on przesądza, czy dostanie się ono do renomowanej szkoły ponadpodstawowej. W mieście znacząca większość uczniów pobiera korepetycje – z polskiego, matematyki i angielskiego. Dodatkowe lekcje nie tylko poszerzają wiedzę, uczą także sposobu myślenia niezbędnego w rozwiązywaniu testów. Na większości polskich terenów wiejskich o lekcjach dodatkowych dzieci mogą ledwie pomarzyć. Fenomen „korków” dotarł jednak na bogatszą prowincję. Np. na podhalańskich wsiach wiele dzieci korzysta z pomocy korepetytora, by dostać się do szkół m.in. w Nowym Targu, Zakopanem i Krakowie. OECD podaje, że wydatki rodziców na dodatkową edukację prywatną dzieci (podczas badania nie uwzględniono nauki w niepublicznych placówkach oświatowych) wynosiły w Polsce w 2019 r. 0,33 proc. PKB.

Siłaczka wbrew woli

Monika Babula, aktorka teatralna i filmowa, poczuła po czterdziestce, że chce przeprowadzić się z miasta na wieś. Wybrała Uście Gorlickie, miejsce jej bliskie – tu od najmłodszych lat spędzała wakacje. Kiedy zaczynamy rozmowę o jej pracy na stanowisku dyrektorki miejscowego Gminnego Ośrodka Kultury, Babula zaznacza: – Życie pokazało mi, że bywa ironiczne.

Jako młoda dziewczyna nie lubiła pozytywistycznych lektur. Nudziły ją opowieści o misji i poświęceniu Siłaczek oraz Judymów. Aż tu nagle okazało się, że sama trochę jest taką Siłaczką.

Uście Gorlickie to niezwykle malownicze miejsce. Osady domów zatopione w lasach, łemkowskie cerkwie. Mieszkańcy dużych aglomeracji – podobnie jak Babula – chętnie kupują tu ziemię i osiedlają się na niej. – A ja czasem mam ochotę stąd uciec – mówi z irytacją w głosie Krystyna, rdzenna mieszkanka Uścia. – W lecie do oddalonych stąd o 25 km Gorlic dojedzie się nawet rowerem, ale w zimie, zwłaszcza gdy śnieg zasypie drogi, żyjemy jak w areszcie domowym. Wtedy tylko patrzymy przez okno i jak zbawienia wyglądamy pługu. Jeśli się nie pojawi, nasze dzieci nie pójdą do przedszkola i szkoły.

Monika Babula, obejmując funkcję dyrektorki GOK, wiedziała, że duża część mieszkańców Uścia jest wykluczona komunikacyjnie. Autobus z Uścia do Gorlic kursuje rzadko, w dodatku do przystanku trzeba dojechać. W młodych rodzinach wielu ojców pracuje za granicą albo w mieście, tyle że w trybie dwunastogodzinnych zmian. Matki często nie mają prawa jazdy. Zresztą nawet jeśli w domu jest auto i kierowca, to dla dziesiątek rodziców dowożenie dzieci do miasta (szczególnie kilka razy w tygodniu) wiąże się z wydatkiem nie do udźwignięcia. Babula chciała więc, by miejscowy ośrodek oferował dzieciom i młodzieży zajęcia na wysokim poziomie. Miało tu być „jak w mieście”.

Zanim Babula objęła posadę, w ośrodku niewiele się działo. Dzieci mogły co ­najwyżej pograć w ping-ponga albo ­bilard. ­Wieczory spędzały w domu przed telewizorem i z komórką w ręce. – Postanowiłam zafascynować je teatrem, obudzić w nich wrażliwość na sztukę i literaturę. Zorganizować naukę języka angielskiego z prawdziwego zdarzenia – opowiada Babula. – Moją pierwszą decyzją było kupno luster i drążków do ćwiczeń. Stoły do ping-ponga i bilardu wyniosłam.

Babula ze wzruszeniem czyta mowę noblowską Olgi Tokarczuk (to nią się kierowała, składając pierwszy wniosek o dofinansowanie spektaklu). W mowie pisarka wspomina m.in. swoje dzieciństwo. Mieszkała na prowincji. Literaturę, kulturę i otaczający ją świat przyrody mogła poznawać dzięki swoim rodzicom (z zawodu nauczycielom). Olga jako dziewczynka wiedziała, że nie wszyscy rówieśnicy mają podobną szansę. Otaczały ją dzieci wykluczone: pochodziły z rodzin pozbawionych kapitału społecznego i kulturowego, pogrążonych w biedzie. Dyrektorka GOK-u chciała zaprosić do współpracy przede wszystkim dzieci z rodzin podobnych do tej, w której dorastała Tokarczuk, ale także maluchy, których rodzice nie widzieli potrzeby, by ich pociechy uczestniczyły w dodatkowych zajęciach.

Na pierwsze zorganizowane przez Monikę Babulę spotkanie przyszło około siedemdziesięciu osób. Dyrektorka zaproponowała im realizację spektaklu rodzinnego. – W Uściu rodziny są wielopokoleniowe. Dziadkowie, młode małżeństwa i dzieci żyją pod jednym dachem. Opiekunowie, żeby zdecydować się posłać dzieci na moje zajęcia, sami musieli się najpierw przekonać, że ta moja „zabawa” w teatr ma sens: otwiera na sztukę, zapewnia kontakt z żywą kulturą – opowiada Babula. Przez dwa lata dyrektorka „docierała” do miejscowych (nie tylko z Uścia, ale i pobliskich gmin) posiłkując się mediami społecznościowymi. Korzystała z marketingu szeptanego. I odniosła sukces. W jej teatr zaangażowane jest aż czterdzieści osób, trzysta stanowi widownię. W salach ­GOK-u odbywają się lekcje języka angielskiego i zajęcia muzyczne.

Niestety, świat, w którym żyją wiejskie dzieci w Beskidzie Niskim, nie różni się tak bardzo od tego, w którym czterdzieści lat temu dorastała Tokarczuk. Babula spotkała np. uzdolnioną aktorsko dziewczynkę, wrażliwą i chętną do uczestnictwa w jej zajęciach. – Powiedziała mi, że mieszka zbyt daleko Uścia, a rodzice nie mają możliwości, by ją do mnie dowozić – mówi.

Dziecko zostało w domu.

Kto ma dzieci, ten płaci

Na wieś trafiają podobni do Babuli fanatycy, którzy nasycili się już wielkomiejskim życiem i chcą zejść na boczny tor. Zająć się pracą społeczną. Albo ludzie młodzi, dla których praca z wiejskimi dziećmi jest możliwością sprawdzenia się, wypróbowania umiejętności zdobytych na studiach. Jeśli jednak zabraknie fanatyków, często panuje pustka. Wtedy w gminnych ośrodkach kultury i szkołach o godzinie 15 gasną światła.

Krystyna Adamenko nazywana jest w Sieniawie Żarskiej kobietą-instytucją. Organizacja pozarządowa (Fundacja Pięknolesie), którą założyła sześć lat temu, przerodziła się w przedsiębiorstwo społeczne. Dziś zatrudnia trzy osoby.

Sieniawa leży w województwie lubuskim. Centrum wioski stanowi miejscowa szkoła. Jeśli rodzice chcą, by ich dzieci uczestniczyły w zajęciach muzycznych lub sportowych, muszą dowozić je do najbliższego miasteczka – Żar.

Adamenko być może w ogóle nie zajęłaby się działalnością społeczną, gdyby szkole w Sieniawie, do której wówczas uczęszczał jej syn, nie groziła likwidacja. Rodzice postanowili zawalczyć o placówkę. – Udało nam się ją obronić. Pomyślałam: „Dlaczegóżby nie robić więcej?” – opowiada Adamenko.

Założyła organizację pozarządową, której celem było zapewnianie zajęć dodatkowych dla dzieci i młodzieży. Wyspecjalizowała się w pisaniu wniosków o dofinansowanie. Składała je, gdzie tylko się dało: do Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej, Ministerstwa Sportu i Turystyki, Ministerstwa Edukacji i Nauki. Jako pierwsze ruszyły półkolonie i lekcje pływania. Później fundacja organizowała warsztaty teatralne, zajęcia przyrodnicze (m.in. spacery ornitologiczne) oraz zajęcia z fizyki zwane „szalonym światem nieważkości”. Ponieważ Sieniawa przed wojną nosiła nazwę Schönwalde, nawiązano kontakty z Niemcami, a te zaowocowały polsko-niemiecką wymianą młodzieży. Zdaniem Krystyny Adamenko, na wsi wszystko opiera się na czyimś entuzjazmie, więc zajęcia pozalekcyjne dla dzieci najczęściej trzeba zorganizować oddolnie.

Jest takie powiedzenie: „Kto decyduje się na dzieci, ten za nie płaci”. Nabiera ono dodatkowego znaczenia w kontekście faktu, że na polskiej prowincji państwo wspomaga wychowanie dziecka w małym stopniu. Wyrównywanie szans uczniów z „Polski B” staje się więc zupełną fikcją, a wiejski Janko Muzykant nie ma szans w konkurencji z dzieckiem z miasta. Jeśli na jego życiowej drodze nie staną pedagodzy-zapaleńcy, pozostanie bez dobrego wykształcenia. Zostanie we wsi, wykonując proste prace, albo wyjedzie za granicę. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka, reporterka, ekspertka w tematyce wschodniej, zastępczyni redaktora naczelnego „Nowej Europy Wschodniej”. Przez wiele lat korespondentka „Tygodnika Powszechnego”, dla którego relacjonowała m.in. Pomarańczową Rewolucję na Ukrainie, za co otrzymała… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 3/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Terminatorzy