Choć w czasie lektury się pocieszałem, że niektóre obserwacje nie odnoszą się do naszego polskiego, katolickiego duszpasterstwa, to jednak trudno było nie przyznać racji, że problem istnieje. Przecież w znacznym stopniu nasze kościoły zapełniają jednak kobiety. Na pytanie „dlaczego nienawidzą?”, autor odpowiada tak: „Ponieważ Kościół nie potrzebuje talentów mężczyzn, oni sami czują się odrzuceni”. Myśl tę rozwija wywiad z Alem Perkinsem, praktykującym członkiem wspólnoty religijnej: „Kiedy odrzucacie rzeczy, które są dla mnie istotne, takie jak: doskonałość, myślenie strategiczne, postęp, wydajność, wizja, kontrolowane ryzyko, osiągnięcia – to znaczy, że jednocześnie odrzucacie mnie” (cytat za Maciejem Janowskim, „Dlaczego w grupach modlitewnych brakuje mężczyzn?”). Pytanie, czy w gruncie rzeczy my sami stylem naszego duszpasterstwa nie tworzymy Kościoła dla kobiet, wydaje się zasadne. Znany warszawski kaznodzieja, ks. Piotr Pawlukiewicz, rolę wiernych podczas liturgii określił jako trzy „S”: stój, śpiewaj, słuchaj, czego podobno mężczyźni w naszym modelu kulturowym nie znoszą. A kobiety? W liturgii uczestniczy ich więcej niż mężczyzn (w mojej parafii na mszach niedzielnych kobiety stanowią 6o proc., znacznie więcej na innych nabożeństwach), może więc mniej im to przeszkadza niż mężczyznom.
Dorota Masłowska w rozmowie z „Tygodnikiem” tłumaczy to – mówiąc o ks. Rydzyku i jego fankach – „fluktuacją jakichś molekuł erotyzmu, fascynacji męską siłą” oraz empatią, która cechuje inicjatywy księdza dyrektora: Radio Maryja jest pocieszeniem dla starszych kobiet, o których zapomniał świat konsumpcji. Jeżeli w tej interpretacji jest jakaś doza słuszności, to trudno nie zauważyć, że zarówno status kobiet, jak sposób bycia i postrzegania siebie przez kobietę już się zmienił i wciąż się zmienia. Tak więc nasuwa się pytanie, co będzie, gdy także kobietom w kościele przestaną wystarczać trzy „S”, wymienione przez księdza Pawlukiewicza?
Jan Paweł II pośród win popełnianych przez ludzi Kościoła wymienił grzech biernego przyzwolenia na zachowania godzące w godność kobiety. Więc te grzechy były, ale kobiety zniosły to, i w Kościele pozostały. Czy teraz, gdy z coraz większą determinacją stanowczo protestują przeciw nieuszanowaniu ich godności, wytrzymają? Co wtedy zrobimy? Przecież najczęściej to kobiety przychodzą do kaznodziei z wnikliwą i krytyczną oceną kazania, to z ich zdaniem liczy się proboszcz przy wprowadzaniu jakiejkolwiek zmiany, to one animują życie naszych parafii.
Niektórych ludzi Kościoła niepokoi domaganie się kapłaństwa kobiet, nie mówiąc już o perspektywie wprowadzenia kobiet do Kolegium Kardynalskiego (bez niekoniecznych do kardynalatu święceń kapłańskich). Dyskutuje się o miejscu kobiet w strukturach kościelnych władz, nawet w Watykanie. A ja się obawiam, że nadejdzie moment, w którym będą miały dosyć duszpasterstwa z termostatem nastawionym na kobiety. I co my wtedy zrobimy? ©℗
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















