Reklama

Kim są dla Kościoła

Kim są dla Kościoła

20.07.2020
Czyta się kilka minut
Już apostołowie naukę Jezusa o nierozerwalności małżeństwa przyjęli z głębokim sceptycyzmem: „Jeśli tak ma się sprawa z mężem i żoną, to nie warto się żenić”. Jednak doktryna o sakralności i nierozerwalności małżeństwa weszła w życie społeczeństw Europy.
Ks. Adam Boniecki. Fot. Maciej Zienkiewicz dla „Tygodnika Powszechnego”
GRAŻYNA MAKARA
J

Już Karol Wielki będzie się starał – nie całkiem skutecznie – wprowadzać zakaz rozwodów. Na Soborze Laterańskim IV (1215 r.) Kościołowi udało się w życie całej chrześcijańskiej Europy wprowadzić kościelną formę zawarcia małżeństwa, jego naturę konsensualną (Consensus facit nuptias, „porozumienie narzeczonych czyni małżeństwo”), charakter sakramentalny oraz nierozerwalność.

Nie miejsce tu na streszczanie historii prawa małżeńskiego. Dość, że od XIII do XV wieku instytucję małżeństwa regulowało prawo kanoniczne (i sądy kościelne). Zaczęło się to zmieniać od wystąpienia Marcina Lutra, który uznał małżeństwo za zwykłą umowę cywilną podlegającą ustawodawstwu świeckiemu, dopuszczającą możliwość rozwodu. Z czasem wprawdzie uznał, że małżeństwo jest instytucją boską, i widział potrzebę udziału władz religijnych w obrzędzie ślubu, negował jednak sakramentalność małżeństwa,...

3644

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Rozumiem, że tekst powstał w nawiązaniu do ponownego ożenku niejakiego Kurskiego. Przyznam, jestem pod wrażeniem unieważnienia, po 20 latach pożycia, trójce spłodzonych dzieci, z powodu niezdolności psychicznych, czy jakoś tak, zawarcia małżeństwa. Orzeczenie to nie zaciążyło na ponownym jego zawarciu, znaczy już owo obciążenie psychiczne nie zagraża kolejnemu małżeństwu. Na mój gust, specyficzna wykładnia moralna, system wartości owego delikwenta, nie mógł się wykrystalizować w normalnej rodzinie, tutaj choćby kłaniają się jego publiczne relacje z bratem. Owa niezdolność psychiczna i wartości wyniesione z domu, musiały się przełożyć na własną rodzinę, o czym dobitnie świadczą ostatnie medialne doniesienia. Nie mnie oceniać ani sądzić, miałem kiedyś przyjemność wątpliwą, osobiście przyglądać się jak ów pan gnoił kilku ludzi wykonujących swe obowiązki, mam więc ugruntowany pogląd na jego morale. W tym całym cyrku bulwersuje rola instytucji kościelnych. Przecież ten kolejny ślub, z pewnością nie wynikał z potrzeby serca, znając cynizm tego koleżki, chodziło tylko, o pokazanie jak się takie sprawy załatwia. Wystarczy pieniądz i władza a nawet biskup schowa honor do kieszeni. Kolejny handelek z Panem Bogiem. Miałem, jeszcze za czasów komuny szefową, która za firmowe, państwowe znaczy, załatwiała kwiaty do Grobu Pańskiego na Wielkanoc do lokalnej parafii i też mała sprawy z Panem Bogiem załatwione na cały rok. Pewnie można było brać ten ślub po cichu, z dala od rozgłosu, ale po co jak można z pompą. Bardzo mocno zbulwersowała się na okoliczność moja małżonka, moje chłopaki na zaczepki w temacie się tylko głupkowato uśmiechają i nie dają się wciągać w polemikę, ja sobie myślę po cichu, że w sumie czemu nie, dzieci na swoim, kredyty spłacone, chałupę da się podzielić jakoś sensownie, może trzeba się za czym świeżym rozejrzeć. Rozumiecie, 35 lat z jedną babą, mniejsza o to ile jej kilogramów i zmarszczek przybyło, najgorsze, że zanim ja czy ona zdążymy coś powiedzieć, drugie już odpowiada. Nic się nie da ukryć, zachachmęcić, zero emocji, całkowita przewidywalność. Zamiast remontu zafundować sobie unieważnienie, oto idea.

Drugi ślub kościelny państwa Kurskich to nic innego jak symonia. Jeśli obydwie strony mogły uzyskać rozwód kościelny (co ponoć jest niezwykle rzadkie), to taki precedens sprawi, że inni też go będą chcieli dostać. I w ten sposób do nauki kościelnej wchodzi Herr Luter. Zatem najlepszym wyjściem z tej sytuacji byłoby przyjęcie opcji prawosławnej, która dopuszcza rozwody po odbyciu jakiejś pokuty, o ile mi dobrze wiadomo. A z powodu symonii, przypomnijmy, doszło do 95 tez Lutra przybitych do kościoła w Wittenberdze.

@oportunista w środa, 22.07.2020, 12:46. Chłopaki pewnie za młode, żeby coś im mówił tytuł "Dziewice konsystorskie", ale małżonka powinna pamiętać przynajmniej tę scenę z popularnego serialu [https://dai.ly/x70jsgb?start=1551]. Sam znam jeden przypadek orzeczenia nieważności niemal za friko (jakieś tam niewielkie opłaty kancelaryjne), chodziło jednak o przypadek krótkotrwałego, młodego i bezdzietnego małżeństwa, gdzie niedojrzałość psychiczna co najmniej jednej ze stron była całkiem oczywista (i to właśnie ta strona podała sprawę do kościelnego trybunału). Generalnie jednak jest to lukratywny biznes dla prawników-specjalistów, takich jak Barbara G., prywatnie żona znanego niekościelnego adwokata. Ciekawe, czy pomogła Kurskiemu i jego wybrance, bo to te same... ehm, sfery. Oburzony nie jestem. Gdybym miał być, to oburzyłbym się już dawno (maturę posiadam i Boya czytałem), zabawne natomiast wydaje mi się kluczenie ks. Nadredaktora, który widać, że chce potępić, ale otwarcie nie może. No bo to przecież umiłowany Franciszek luzując odnośne przepisy powoływał się na "Łagodnego Sędziego Pana Jezusa". Czy przypadek państwa Kurskich nie zwiastuje franciszkowej wiosny w tradycjonalistycznym polskim kościele? W wyszukiwarce na stronach TP wystarczy wpisać słowo kluczowe "rozwodnicy", żeby zobaczyć, co pisano na tych łamach na temat dopuszczania rozwodników do sakramentów, a przecie małżeństwo to też sakrament, nie? Chwalono też stanowisko kościoła luterańskiego, który wprawdzie głosi nierozerwalność małżeństwa, ale tylko do momentu orzeczenia rozwodu przez sąd powszechny, po czym pastor błogosławi kolejny związek i z całą powagą przyjmuje nowe zapewnienie, "że cię nie opuszczę, aż Bóg przez śmierć nas rozłączy". W sumie reakcje są przewidywalne - od kpiny do prawdziwego lub udawanego oburzenia - może z wyjątkiem żądania byłego wojewody mazowieckiego, żeby z tego powodu rozwiązać kościół. Najciekawsza z tego wszystkiego wydała mi się wypowiedź wicenaczelnego Wyborczej, Bartosza Wielińskiego, który ubolewa, że jako jedyny wierzący w redakcji będzie jeszcze bardziej wyśmiewany. Jeszcze bardziej - a więc i przedtem się śmiali. Gdybym ja trafił między ludzi, którzy sprawialiby mi przykrości w ten sposób, to nie chciałbym z nimi pracować ani chwili. Cierpliwość Bartosza W. budzi we mnie politowanie, ale nie znam jego sytuacji życiowej i nie będę go sądził. Kurskiego zresztą też nie.

swoje lata mam, staż małżeński również, i dziś po tych doświadczeniach życia i małżeństwa nikt mnie nie przekona, że choć jeden na tysiąc młodych ludzi stających przed księdzem i powtarzających idiotyczne słowa ślubowania jest na tyle dojrzały, doświadczony, mądry by uznać, iż jest świadom tego co mówi i czyni - w tym wieku nie dość, że o sobie samych mało co wiemy, tym bardziej o drugiej osobie, o życiu w ogóle i o życiu z kimś szczególności, napędzają nas i sterują naszym zachowaniem hormony, tak zwana 'wolna wola' zwłaszcza w tych okolicznościach to zwykły biologiczny zew do kopulacji i rozmnażania się wtłoczony w ramy tradycji i innych uwarunkowań społecznych i kulturowych - że kościół sobie taką formułę wymyślił, jak wiele innych równie albo i bardziej bzdurnych, to nic dziwnego, że konfrontując się z powszechnym ignorowaniem kościelnych 'ślubów' znalazł prostą i także dochodową formułę dostosowawczą pt. 'unieważnienie' też mnie wcale nie dziwi

nie sprowadzaj malżeństwa do kopulacji. Wziąłem z moją ukochaną ślub kościelny 46 lat temu (mając 32 lata) i bardzo sobie oboje cenimy złożoną wówczas przysięgę. Gdy para ludzi zbliża się do 80-tki, to sex jest czymś już odległym, a przecież kocha się drugą osobę nad życie.

proszę jeszcze raz przeczytać co napisałem, myślałem, że jasno - decyzje o związaniu się i ślubowaniu podejmują osobniki zazwyczaj młode, bez wątpienia nieświadome do końca na co się decydują, a jedynym isotnym motywatorem, inicjatorem zakochania się itede, jest wysoki poziom hormonów regulujących popęd płciwy i rozród, stąd i kopulacja - a samo małżeństwo to zazwyczaj ciężka orka, często połączona z dramatami i zakończona rozstaniem, rzadko długie lata w spokoju i zadowoleniu - Panu Szanownemu i małżonce szczerze gratuluję i zazdroszczę, jeśli sprawy się mają jak pisze, jest w mniejszości tych, co się im powiodło [p.s. kopulacja małżeńska, szczególnie po latach, to już radykalnie nie to samo co za kawalera czy za panny, w ogóle nie ma o czym mówić;)]

@AL & eddiepolo. "decyzje o związaniu się i ślubowaniu podejmują osobniki zazwyczaj młode". Dość powierzchowna obserwacja. Decyzję o małżeństwie do niedawna podejmowały osobniki starsze, przeważnie rodzice przyszłych małżonków, kierując się wszystkim, tylko nie popędem płciowym. Dopiero w ciągu ostatnich dziesięcioleci postępujące zmiany struktury społecznej, z atomizacją więzi rodzinnych i masową migracją do miast na czele, spowodowały, że za aranżowanie małżeństw zabrali się młodzi we własnym imieniu. I, patrz pan!, równolegle z postępem tamtego zjawiska systematycznie i wyraźnie rośnie przeciętny wiek nowożeńców do tego stopnia, że trudno już mówić o braku świadomości. Dzisiaj na ślubnym kobiercu stają nierzadko 30-latkowie, którzy za dawnych czasów już by w tym wieku myśleli o małżonku/małżonce dla własnego, dorastającego potomstwa. Czyżby w naszych czasach popęd płciowy odzywał się po dwudziestce? A gdzie tam! Wiek inicjacji właśnie spada. Otóż wszelkie popędy mają to do siebie, że chcą być zaspokojone tu i teraz, a ten płciowy znajduje ujście w kopulacji (by tak rzecz) oportunistycznej, samozaspokojeniu, a czasem w gwałcie czy innych społecznie nieakceptowanych formach, np. molestowaniu bezbronnych osób, dzieci itp. w swoim otoczeniu. W trwalszych związkach pomaga (lub jego brak przeszkadza, co na jedno wychodzi), ale nie stanowi o ich istocie. W gruncie rzeczy, tam, gdzie mężczyzna wiąże się z kobietą tylko po to, żeby móc regularnie i bez większych kłopotów oraz wydatków zaspokajać seksualną potrzebę, przeważnie nie jest on młodzikiem i unika trudnych rozmów z gatunku "no to wreszcie kiedy?". Małżeństwo jest przede wszystkim instytucją społeczną, a zjawisk społecznych nie tyle nie da się zredukować do biologii (czy tego, co kto w prostocie ducha bierze za "naukową biologię"), ile zachodzą one w zupełnie innym porządku rzeczywistości. Jak mówi Levi-Strauss: "Niezależnie od tego, w jaki sposób społeczeństwo ujawnia swój udział w małżeństwie - poprzez poszczególne grupy, do których należą małżonkowie, czy bardziej wprost przez interwencje władzy publicznej - pozostaje jednak faktem, że małżeństwo nie jest, nigdy nie było i być nie może sprawą prywatną".

że jeszcze 10 lat temu śluby aranżowali w Polsce rodzice to Pan po prostu głupoty wypisuje - że średnia wieku nowożeńców rośnie to prawda, ale po pierwsze niekoniecznie ich dojrzałość w stopniu wystarczającym do podjęcia świadomych ślubów, decyzji kształtujących całe życie, a po drugie dziś już mało kto się ślubami kościelnymi przejmuje więc temat się sam zamyka, rozwody są na porządku dziennym i krk też je wprowadza pod nazwą 'unieważnienie' o czym pisałem, do tego najważniejsza w kontekście wieku i popędu kwestia seksu przedmałżeńskiego który dawniej niemal zakazany, dziś jest powszechny i powszechnie akceptowany - a co do kwestii kopulacji itede, prezentuje Pan klasykę ambonalnej propagandy - proszę przemyśleć, instytucje społeczne w szczególności małżeństwo też niczemu innemu de facto i ostatecznie jak rozmnażaniu nie służą, podobnie jak stada, mrowiska czy ule, bez eksplozji hormonów nie byłoby par przed ołtarzem ani rodzin, bez hormonów nie ma Pana, nie ma mnie, nie ma rodzin i nie ma człowieka, a jego biologiczny sens i zdolność istnienia jako gatunku zasadza się w tej samej co u bakterii czy mrówek niepohamowanej dążności do rozmnażania - p.s. zwykle staram się pisać dla inteligentnych i wykształconych, bez tłumaczenia od podstaw tabliczki mnożenia itepe bo to zwyczajnie nudne - mam wrażenie, że stać Pana na więcej niż tylko szukanie z przekory wydumanych 'argumentów' kontra

@eddiepolo w czwartek, 23.07.2020, 09:23. "W ciągu ostatnich dziesięciolecie" to nie to samo, co "jeszcze dziesięć lat temu", a w kontekście tego samego zdania "... postępujące zmiany struktury społecznej, z atomizacją więzi rodzinnych i masową migracją do miast na czele" powinno być jasne, że chodzi o procesy długotrwałe i oczywiście w niektórych częściach świata sięgające nawet kilkunastu dziesięcioleci. Jeśli nie ogarnia się takich różnic semantycznych, to rzeczywiście lepiej pogadać z inteligentnymi i wykształconymi na relewantnym poziomie. Dlatego też reszty kocopołów nie komentuję, zauważając tylko, że redukowanie instytucji małżeństwa do (niepotrzebnie) skomplikowanego narzędzia prokreacji też można obrócić w oręż "ambonalnej propagandy", jako że według katechizmu pierwszym celem małżeństwa katolickiego jest spłodzenie i wychowanie dzieci, a jeśli uda się "udowodnić", że przynajmniej jedna ze stron w momencie składania przysięgi nie podchodziła do tego zobowiązania szczerze i poważnie lub zataiła obiektywną niezdolność do rodzicielstwa, to orzeczenie nieważności jest niemal pewne.

Skora stara się Pan pisać do "inteligentnych i wykształconych", to dlaczego redukuje Pan złożone ludzkie motywy wyłącznie do hormonów? Wykorzystywanie płatów czołowych jest charakterystyczne dla istot ludzkich, niezależnie od wieku. Oczywiście popęd płciowy jest tu znaczącym wsparciem, w sensie jak najbardziej pozytywnym, dlatego problemy w tym temacie utrudniają wejście w bliską,, intymną relację. Małżeństwo to nie tylko biologia i nie tylko umowa społeczna. To także związek psychologiczny i jako taki z różnych powodów może się nie udać (albo odwrotnie)

małżeństwo to w y ł ą c z n i e biologia i umowa społeczna, a wszelkie przy okazji stosowane ozdobniki i egzegezy są funta kłaków warte jeśli mówimy o jego genezie i istocie - płaty czołowe, kora itede bez hormonów nawet by się nie ukształtowały, nie mówiąc o ich prawidłowym funkcjonowaniu, a rola popędu seksualnego, przymusu rozmnażania jest największą i najważniejszą w funkcjonowaniu każdej istoty żywej, stanowi wręcz o jej istnieniu

Napisałem o swoim małżeństwie. Pobierając się, mieliśmy oboje ponad 30 lat, znaliśmy się dość długo (choć nie intymnie)i wiedzieliśmy, że łączy nas głęboka miłość, wspólne zainteresowania i wspólne poglądy na życie. Czy to takie rzadkie? Może dziś, ale przed 40 laty?

tak zwana "miłość", proszę Pana, zwłaszcza w młodym wieku, nie ma innego niż hormonalny [czytaj: narkotyczny] fundamentu

@Aleksander Litewka w piątek, 24.07.2020, 16:18. Wprost przeciwnie. Ponad 30 lat to właśnie dziś w Europie przeciętny wiek zawarcia pierwszego małżeństwa (w Polsce nieco mniej - 29. Jeszcze w 1990 roku połowa mężczyzn żeniła się przed 25 rokiem życia. Poprzedzający długi okres wstrzemięźliwości - zakładając, że zakochani/narzeczeni nie mają w tym czasie innych intymnych relacji シ - nie jest czymś typowym teraz ani nie był kiedyś, ale platoniczna miłość się zdarza, jak widać. Zresztą, by zacytować skrzydlatą myśl Nadieżdy Krupskiej: "Miłość miłością, a żeby żyć z sobą potrzeba jedności poglądów. Bez tego nie może istnieć prawdziwie szczęśliwa rodzina". [https://diletant.media/articles/39885909/]

"i nie opuszczę Ciebie aż do śmierci". W ustach niektórych osób brzmi to paskudnie.

Być może historia, potoczyłaby się inaczej. W Kościele nie byłoby schizmy a tysiące katolików zamordowanych przez anglikańskie watahy, za wierność biskupowi Rzymu, ocaliłoby swe życie. Niestety małżonka króla miała pecha, rodziła same dziewczynki, które do tego szybko umierały, albo roniła. Biedny Henryk, tak bardzo pragnął męskiego potomka a dookoła tyle było młodych i chętnych białogłów.....No i sam rozwiązał, to czego nie chciał rozwiązać papież. Kiedyś papież przyznał mu tytuł obrońcy katolickiej wiary, więc Henryk bronił, jak mógł i jak umiał.

Kiedyś w trakcie mszy Ksiądz podkreślał, że człowiek jest naznaczony grzechem i stworzenie jest naznaczone grzechem. Człowiek zakładamy, wiadomo. Ale tak sobie pomyślałam co winne jest to słońce, te korony drzew itd. No, ale tamten ksiądz w trakcie tej mszy był nieubłagany. I pomyślałam jak w Starym Testamencie ludzie błogosławili świat, przyrodę, jako dar. A my krytykujemy ten świat, bo to nie raz się spotkałam z jakimś takim stwierdzeniem umniejszającym dzieło stworzenia. Celem jest oczywiście podkreślenie tzw. "dzieła odkupienia".

Kiedyś inny Ksiądz mówił o jednej z relacji Staro/Nowotestamentalnych, że to relacja matki z synem, która następnie staje się relacją oblubienicy z oblubieńcem, by przejść w relację ojca z córką. Chodziło o jedną relację dwóch osób. Oczywiście tego nie rozumiem. Ale jest to z lekka przerażające. Co zaś do owego ślubu - spotkałam się z tym, że brak stwierdzenia nieważności małżeństwa dawał niewiarygodne pole do manipulacji innymi osobie, której nieważności małżeństwa nie stwierdzono.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]