Sposoby, w jakie książki czy kino mówią o śmierci, są jednym wielkim kłamstwem – twierdził ongiś bohater tej opowieści, poirytowany telewizyjnym seansem. Z tego powodu scenarzysta i reżyser Azazel Jacobs prawie w ogóle nie pokazuje, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami sypialni, gdzie chory na raka Vincent (Jay O. Sanders) przeżywa właśnie swoje ostatnie chwile.
W filmie „Jego trzy córki” to kobiety są na pierwszym planie. Czym powinny te chwile wypełnić? Jak wykorzystać przebłyski kontaktu z ojcem, który nadal nie podpisał dokumentu o niezgodzie na reanimację i chciałby odejść w miarę bezboleśnie, w domowym zaciszu? Z racjonalnych dywagacji, z emocji buzujących pod różnymi przykryciami i cierpkiego humoru nowojorski twórca, który piętnaście lat temu filmem „Maminsynek” wygrał krakowski festiwal Off Camera, wydobywa własną prawdę o umieraniu. Choć prędzej o tych, którzy zostają.
- JEGO TRZY CÓRKI – reż. Azazel Jacobs. Prod. USA 2023. Netflix
Prawdziwość odnajdziemy tu przede wszystkim w aktorstwie. Elizabeth Olsen jako Christina, Carrie Coon w roli Katie, a zwłaszcza Natasha Lyonne, czyli filmowa Rachel, unikając bergmanowskiej nadekspresji oddają skomplikowaną dynamikę siostrzanych relacji. Bohaterki łączy co prawda wspólny ojciec, dom z czasów dzieciństwa i parę wspomnień, lecz zdecydowanie więcej je dzieli: obecny status społeczny, życie osobiste, naznaczony skomplikowaną przeszłością stosunek każdej z nich do umierającego.

Okazuje się, że to głównie życiowo zwichrowana i wiecznie upalona Rachel, przysposobiona dawno temu przez Vincenta, dotychczas troszczyła się o niego najbardziej, podczas gdy jej siostry zajęte były karierą czy swoim macierzyństwem. Lyonne, znana głównie z seriali „Russian Doll” i „Orange Is the New Black”, kapitalnie wciela się w tę zadziorną i otwarcie niedoskonałą postać. A kiedy do akcji wkracza jej czarnoskóry partner (Jovan Adepo), okazuje się, że miło już było.
„Jego trzy córki” to kameralne, trochę teatralne kino zbudowane nie z wielkich słów czy tragicznych tonów na miarę „Króla Leara”, ale z drobnych napięć. Dopiero za nimi idą gorzkie oskarżenia i trudne do udźwignięcia decyzje. Na powierzchni jawi się dość sterylna sytuacja, w której rzeczy najbardziej bolesne i drastyczne rozgrywają się za przysłowiowym parawanem. A że mamy do czynienia z „pierwszym światem”, tzw. brudną robotę wykonują hospicyjni pielęgniarze pochodzenia najprawdopodobniej latynoskiego, w tym obdarzony iście anielską cierpliwością Angel (Rudy Galvan).
Reżyser unika jednak zbyt pochopnych ocen i zarazem nie owija w bawełnę. Przygotowania do czyjejś rychłej śmierci to także nerwowe nasłuchiwanie, wyczekiwanie, zagadywanie tudzież przedwczesne pisanie nekrologów czy zapobiegliwe omawianie spraw majątkowych. I gdy już się wydaje, że Jacobs popełnia w finale ten sam błąd, co wielu innych twórców filmowych efektownie kłamiących w temacie umierania, następuje ładna przewrotka. Bez złudnych wyobrażeń czy emocjonalnej szarpaniny przeprowadza Jacobs swoje skłócone i psychicznie wykończone bohaterki przez doświadczenie, które – miejmy nadzieję – nie będzie oznaczało wyłącznie poczucia wiecznej straty.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















