Lecąc nad Afryką, zastanawiałem się, co będzie, jeśli mnie wystawi do wiatru. Nie znałem go. Raz tylko rozmawiałem z nim krótko przez telefon. Dał mi numer do brata i słowo, że opowie mi swoją historię.
Januszem Walusiem zainteresowałem się pół roku wcześniej, gdy na transparencie przeczytałem, że jest ostatnim żołnierzem wyklętym. Dla mnie był tylko wspomnieniem głośnego newsa, który przeleciał przez media niczym meteor na początku lat 90. Dłużej zatrzymała się tylko „Gazeta Wyborcza”, wysyłając do RPA swojego najlepszego zagranicznego reportera – Wojtka Jagielskiego. To on opisywał tę beczkę prochu, którą stała się nagle w kwietniu 1993 r. Południowa Afryka po zamordowaniu Chrisa Haniego.
Było to trzy lata po tym, gdy zupełnie niespodziewanie nowo wybrany prezydent ostatniego rasistowskiego państwa na świecie, Frederik Willem de Klerk, ogłosił zniesienie systemu segregacji rasowej i zwolnienie wszystkich więźniów politycznych. Dziewięć dni później świat oglądał bezpośrednią transmisję z wypuszczenia najważniejszego więźnia – Nelsona Mandeli. Oglądaliśmy z helikoptera, jak przemierza Południową Afrykę, a wzdłuż drogi przez setki kilometrów stoi niekończący się szpaler ludzi, którzy biją brawo, gdy tylko się pojawia.
Inni ludzie zbierali się natomiast w świętym dla wszystkich Afrykanerów miejscu – pod pomnikiem Voortrekkera w Pretorii, upamiętniającym tych, którzy zbudowali tu cywilizację białego człowieka. Janusz Waluś był wtedy tam – wśród białych, którym nie podobały się demokratyczne przemiany w RPA. Ale tylko on był gotów poświęcić coś więcej niż trochę wolnego czasu.
Janusz Waluś miał tylko pociągnąć za spust
Waluś przyjechał do RPA na zaproszenie swojego brata Witolda, który osiadł tu w połowie lat 70. Witold, inżynier po AGH, ściągnął całą rodzinę, łącznie ze swoim przedsiębiorczym ojcem, który rozkręcił w Południowej Afryce zakład szlifujący kryształy. Janusz, który dociera do RPA pod koniec 1981 r., pomaga ojcu przy produkcji kryształów. Jest kierowcą i rozwozi towar po kraju.
W roku 1984 Waluś trafia na spotkanie Fundacji Stallarda, która właśnie przyjmuje z honorami czołowego angielskiego negacjonistę Holokaustu Davida Irvinga. Po prelekcji poznaje wąsatego prezesa fundacji, Clive’a Derby-Lewisa, który jest ideologiem i założycielem Partii Konserwatywnej. Jej celem jest przeciwstawianie się jakiekolwiek formie liberalizacji państwowego rasizmu. Derby-Lewis wierzy, że to Bóg dał białemu człowiekowi prawo decydowania o losie czarnych i że powinni być oni w większym stopniu separowani od białych. Wkrótce stanie się dla Janusza Walusia mentorem i zapyta, czy może na niego liczyć w momencie próby.
Zapowiedziane w 1990 r. przez prezydenta de Klerka zniesienie apartheidu Partia Konserwatywna traktuje jak zdradę i wszelkimi sposobami próbuje ten proces zatrzymać. Niewiele to daje, choć ścieżka do pierwszych demokratycznych wyborów w RPA, w których decydować będą czarni, jest kręta i wyboista. Wiosną 1993 r. nie ma już wątpliwości, że takie wybory się odbędą. Opornie idzie natomiast dogadywanie terminów i szczegółów bezpiecznego przekazania władzy.
Wtedy Derby-Lewis zaprasza do swojego domu w Krugersdorp Janusza Walusia, by go zapytać, czy dane słowo jest nadal aktualne. Waluś jest człowiekiem honorowym i z raz danego słowa się nie wycofuje. Jest też patriotą, tak jak ten patriotyzm wtedy rozumie, więc gotów jest poświęcić się dla ojczyzny. Resztę bierze na siebie Clive i jego żona Gaye. On dostarcza broń z tłumikiem, ona listę osób do rozpatrzenia. Mówi, że nie można się bezczynnie przyglądać; że trzeba to powstrzymać i że nie jest jeszcze za późno. Powtarza: albo my, albo oni. Janusz ma tylko pociągnąć za spust, nakierowując przyszłość Południowej Afryki na właściwe tory.
Kim był Chris Hani
Ich plan zakładał chaos, rozruchy, rozlew krwi i przejęcie władzy przez wojsko, które będzie ją sprawować tak długo, aż wszystkim białym odechce się myślenia o liberalizacji apartheidu. Waluś ma tylko uruchomić mechanizm, by z czarnych gett na przedmieściach wyprowadzić zagniewanych ludzi. To można osiągnąć, zabijając któregoś z ich ważnych przywódców. Numerem jeden na liście jest Nelson Mandela, który po wyjściu z więzienia cieszy się międzynarodowym szacunkiem, numer dwa to litewski żyd i przyjaciel Mandeli – komunista Joe Slovo.
Clive i Gaye Derby-Lewis postawili na numer trzy – Chrisa Haniego. To popularny wśród czarnej większości wieloletni przywódca zbrojnego skrzydła Afrykańskiego Kongresu Narodowego – Umkhonto we Sizwe. Organizacja ta jest odpowiedzialna za wiele ataków terrorystycznych na terenie RPA, w których zginęło około setki ludzi. Wcześniej rząd w Pretorii traktuje Haniego jak wroga publicznego i próbuje go zabić, ale Hani z kolejnych zamachów wychodzi bez szwanku.
Do Południowej Afryki Hani wrócił po zwolnieniu Mandeli z więzienia. Zamieszkał w Dawn Park, dzielnicy dla białych na przedmieściach Boksburga. Tam w Wielką Sobotę 10 kwietnia 1993 r., został zastrzelony przed swoim domem przez Janusza Walusia. Nie miał żadnych szans – cztery kule wycelowane w głowę padły z najbliższej odległości. Z miejsca zabójstwa Waluś odjechał czerwonym fordem laser i skierował się w stronę Boksburga. „Czuję, że to, co zrobiłem, jest złe, ale też ulgę, że mam to za sobą” – powiedział później dziennikarce Melindzie Ferguson.
Został dość szybko namierzony, bo biała sąsiadka Haniego zapisała numer rejestracyjny samochodu zabójcy i błyskawicznie przekazała go policji. Waluś został zatrzymany z pistoletem, z którego zastrzelił Haniego.
Po zabójstwie Haniego Południowa Afryka stanęła na krawędzi wojny domowej – ale białych i czarnych radykałów powstrzymywali wspólnymi wysiłkami Mandela i de Klerk. Mord, który miał opóźnić demokratyczne przemiany, tylko je przyspieszył. Rok później Nelson Mandela został wybrany pierwszym czarnym prezydentem Południowej Afryki, a władzę w kraju przejął Afrykański Kongres Narodowy. Waluś i Derby-Lewis byli już po wyroku. Obaj zostali skazani na karę śmierci, którą później zamieniono na dożywocie. Wyrok odsiadywali w ciężkim więzieniu Kgosi Mampuru II na obrzeżach Pretorii.
Listy z Polski
Gdy w 2018 r. przyleciałem do RPA, historia Chrisa Haniego był już trochę przykurzona, ale jego imieniem nazwano ulice, dystrykty i szpitale. Clive Derby-Lewis już nie żył, Janusz Waluś zaś był mocno w Południowej Afryce zapomniany.
W więzieniu zbudował coś na kształt pancerza, który pomógł mu przetrwać te wszystkie lata – nigdy nie przestał wierzyć w sens swojego działania. Uważa, że wyeliminował człowieka, który zagrażał Południowej Afryce. Jego zabicie to lekkie pstryknięcie kuli historii, która zmierzała w niewłaściwym kierunku. Swój czyn przedstawia jako poświęcenie. Jest przekonany, że pomógł Południowej Afryce, i rozczarowany, że nikt tego tu nie docenia.
Docenienie przyszło z kierunku, z którego się najmniej spodziewał, czyli z Obozu Narodowo-Radykalnego w Polsce, który dostrzegł w nim kandydata na honorowego patrona. A potem popłynęły w listach z Polski kolejne komplementy: że jest bohaterem, wzorem i nadzieją białego człowieka. Ci młodzi ludzie pomogli mu przetrwać w najtrudniejszym momencie, gdy zaczął wątpić w swoją misję. Dali mu siłę do walki o zwolnienie warunkowe, i pieniądze, które zbierali w całej Polsce na adwokata.
Waluś jest teraz wolnym człowiekiem
W grudniu 2022 r., po sześciu latach walki o zwolnienie warunkowe, Janusz Waluś opuścił więzienie – po 29 latach spędzonych za kratami. Wyrokiem sądu miał spędzić kolejne dwa lata na terenie RPA i dopiero potem zostać odesłany do Polski. Ten dwuletni okres próby właśnie się skończył, więc Waluś wkrótce wróci do kraju.
Gdy kilka lat temu odwiedzałem go w więzieniu w Pretorii, wydawało się to tak nierealne, że nawet zaczął o tym opowiadać. Nie był tylko pewny, czy pojedzie do rodzinnej posiadłości w Gaju pod Krakowem, czy do córki i wnuczki do Radomia. Ale w obu przypadkach miał to być powrót na łono rodziny, budowanie relacji z córką, od której wyjechał, gdy była dzieckiem, i wnuczką, której nigdy nie widział. Z dala od polityki i z dala od kamer. Zdawał sobie sprawę, że będzie wracał po dziesiątkach lat do Polski, której nie zna i nie rozumie.
Ale jestem też w stanie wyobrazić sobie zupełnie inny powrót. W błyskach fleszy, z oświadczeniami na lotnisku, z wywiadami w prawicowych mediach, z konferencjami prasowymi. Pod sztandarami nacjonalizmu, Obozu Narodowo-Radykalnego, skinheadów czy white power. Z Januszem Korwinem-Mikke, z Grzegorzem Braunem lub Krzysztofem Bosakiem.
Przestrzegałem go przed taką drogą.
Nie mam jednak problemu z samym jego powrotem do Polski. Odpokutował swoją winę, godnie zniósł wieloletnie więzienie, próbował przeprosić rodzinę Haniego. Jest teraz wolnym człowiekiem i może ze swoim życiem robić, co chce. Może je nawet zmarnować, ale nie chce mi się wierzyć, by dałby się drugi raz politycznie wykorzystać.
CEZARY ŁAZAREWICZ jest reporterem, laureatem Nagrody Nike 2017 za książkę „Żeby nie było śladów”. „Nic osobistego. Sprawę Janusza Walusia” wydał w 2019 r.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















