Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Najpierw była Frania

Najpierw była Frania

10.11.2016
Czyta się kilka minut
Mirosław Chojecki, podziemny wydawca: W latach 70. i 80. w PRL ukazywało się w drugim obiegu ponad 5 tys. tytułów gazet, wydano też ponad 6 tys. książek. A zaczęło się od maszyny do pisania i od pralki.
Od lewej: Antoni Roszak, Zenon Pałka, Mirosław Chojecki, Wojciech Onyszkiewicz i Konrad Bieliński w konspiracyjnej drukarni wydawnictwa NOW-a. Konstancin, 1978 r. Fot. Marcin Jabłoński, zbiory Ośrodka KARTA

CEZARY ŁAZAREWICZ: Zamiast gadać, zacznijmy drukować książki i gazety. To chyba był rewolucyjny pomysł w 1976 r.

MIROSŁAW CHOJECKI: Nic nowego. Drukowane ulotki pojawiły się już w marcu 1968 r., podczas studenckich protestów, a później w sierpniu, po inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Sam je drukowałem. Tylko że nie mieliśmy wtedy powielacza. Robiło się to na wyżymaczce od pralki Frania.

Jak?

Matrycę przygotowywało się w maszynie do pisania, pisząc na kredowym papierze z odwróconą specjalną kalką hektograficzną. Tak powstawało lustrzane odbicie tekstu, czyli matryca. Do tej matrycy przykładało się nasączoną w denaturacie kartkę papieru, podkładało tekturkę, przeciągało przez wyżymaczkę. W ten sposób papier z denaturatem odbierał część wydruku z matrycy. Tą prymitywną metodą można było odbić maksimum sto egzemplarzy.

Niewiele, jak się chce robić rewolucję.

Ale jeśli ulotka jest mała, to można na jednej kartce zmieścić trzy teksty. Wtedy zamiast stu, ma pan trzysta ulotek.

Pamięta Pan, kiedy zapadła decyzja, że KOR będzie miał własną poligrafię?

We wrześniu 1976 r. Jeszcze przed powstaniem KOR spotkaliśmy się w warszawskim mieszkaniu Antoniego Libery. Był Antek Macierewicz, Piotr Naimski, Sewek Blumsztajn, Jacek Kuroń, ja i pewno jeszcze ktoś, kogo nie zapamiętałem. Rozmawialiśmy o wydawaniu jakiegoś periodyku, który sami byśmy drukowali. Byłem w grupie osób, z Antkiem i Piotrem, które uważały, że to świetny pomysł. Kuroń nas jednak przestrzegał. Uważał, że nie powinniśmy tak ryzykować, i że lepiej korzystać z metod wypracowanych przez rosyjskich dysydentów. Oni swoje teksty przepisywali na maszynach do pisania i kolportowali wśród znajomych. Tłumaczył, że za drukowanie są znacznie wyższe wyroki.

Przekonał Was?

Ta dyskusja była trochę bez sensu, bo przecież nie mieliśmy powielacza. Nie było na czym drukować. Zaczęliśmy więc tak jak Rosjanie: od przepisywania tekstów na maszynach. I to był bardzo dobry ruch.

Dlaczego?

W ten sposób zaczęła się tworzyć sieć. Każdy, kto otrzymywał egzemplarz, był zobligowany, żeby przepisać go własnoręcznie i podać dalej. Jedną kopię zwracał temu, od którego ją dostał, resztę puszczał w obieg. To budowało sieć kolportażu, powodując, że coraz więcej osób uczestniczyło w tym ruchu. Dzięki temu, gdy na przełomie 1976 i 1977 r. zaczęły docierać do mnie pierwsze powielaczowe egzemplarze „Komunikatu KOR”, bez problemu mogłem je szybko rozkolportować. Było tego ze dwieście sztuk. Nie wiedziałem nawet, kto i gdzie to drukuje.

Nie denerwowało Pana, że to za mało, za prymitywnie, za mały zasięg?

W tym czasie samizdatowa „Kronika bieżących wydarzeń” ukazywała się w Rosji tylko w siedmiu egzemplarzach. A komunikaty KOR ludzie przekazywali z rąk do rąk. Zakładaliśmy, że każdy egzemplarz czyta kilkadziesiąt osób, czyli jeden numer czyta kilka tysięcy. To był ogromny sukces, jeśli weźmie się pod uwagę, że wcześniej nie było nic. A my się z każdym miesiącem rozwijamy. Rosną nakłady, sieć kolportażu, uczymy się nowych technik druku.

Ma Pan wtedy 27 lat. Udział w opozycji oznacza w PRL brak możliwości pracy, zarobków, rozwoju. Dlaczego Pan się na to decyduje?

To nie ja zdecydowałem, ale Służba Bezpieczeństwa, gdy wylali mnie z pracy. Byłem wtedy pracownikiem naukowym Instytutu Badań Jądrowych i nagle się okazało, że mam dużo wolnego czasu. Coś z tym czasem trzeba było zrobić.

Nie każdy bezrobotny drukował.

Obciążenie rodzinne. Moi rodzice byli w Kierownictwie Dywersji Armii Krajowej. Mama brała udział w wielu akcjach bojowych i w tej najważniejszej: na Kutscherę [szefa SS i policji w Warszawie; wyrok na nim AK wykonała w lutym 1944 r. – red.]. Miałem więc background rodzinny i teścia – wybitnego pisarza Jacka Bocheńskiego, który brał udział w różnych akcjach pisania listów protestacyjnych do władz PRL. Miałem też wykształcenie chemiczne, więc gdy pojawiła się potrzeba powielania komunikatów i biuletynów KOR, naturalnie się w to włączyłem.

W Pana biogramie w „Słowniku opozycji” przeczytałem, że już w październiku 1976 r. zajął się Pan działalnością wydawniczą. Co to wtedy znaczyło?

Niewiele. Jesienią 1976 r. szukałem ludzi do przepisywania na maszynie komunikatów KOR i marzyłem o powielaczu. Pierwszy powielacz dla opozycji kupił w Paryżu Piotr Jegliński, a przywiózł go do Polski w maju 1976 r. Wit Wójtowicz, obecny dyrektor pałacu-muzeum w Łańcucie. Jegliński był studentem Władysława Bartoszewskiego. Piotr z grupą przyjaciół, m.in. Januszem Krupskim, postanowił drukować książki poza zasięgiem cenzury. Tylko nie mieli na czym. Wymyślili, że przywiozą powielacz z zagranicy. Jeglińskiemu udało się wyrwać na Zachód i tam poprosił o pomoc dyrektora Radia Wolna Europa Jana Nowaka-Jeziorańskiego i redaktora Jerzego Giedroycia z „Kultury”. Odmówili. Ale on nie zrezygnował. Znalazł jakąś pracę w knajpie, odłożył pieniądze i kupił powielacz, a Wójtowicz schował go w scenografii, gdy wracał ze Sceną Plastyczną KUL do Polski. Był to prosty, ręczny powielacz spirytusowy. Drukowali na nim w Lublinie pierwsze biuletyny KOR, które przywozili do Warszawy.

I ten powielacz trafia potem do Pana?

Załatwił to Antek Macierewicz.

Przywiózł Panu do domu?

Nie. Konspiracja była. Takie rzeczy pozostawiało się np. w skrytce bagażowej na dworcu. Dostałem klucz i mogłem zabrać go w wolnej chwili. Tak to chyba było, ale dokładnie już nie pamiętam.
 

Żeby zorganizować drukarnię, potrzebny jest też lokal, ktoś musi przepisać matrycę, dostarczyć papier, odebrać wydruki, przywieźć farbę drukarską.

Nasz pierwszy powielacz był spirytusowy. Nie potrzebowaliśmy farb drukarskich, starczał denaturat. Dużo denaturatu. Jak ktoś kupował większą ilość denaturatu, nie budził podejrzeń. Widać chciał się napić. Nikogo to wtedy nie dziwiło.

A papier?

Można było kupić w papierniczym. Jak rzucali do sklepów, to różni ludzie kupowali nam po ryzie lub dwie. Z czasem udało nam się wejść w porozumienie z dwoma sklepami, które dawały nam cynk, gdy dowozili towar. Podjeżdżaliśmy autem od zaplecza i wieźliśmy towar do magazynu. Zwykle był to jakiś garaż, gdzie po zamknięciu drzwi, aby nikt niepożądany nie zaglądał, wszystko zrzucaliśmy z auta. W PRL trzeba było wszystko „organizować”, znaczy kupować na lewo, kradzione. Ciągle ocieraliśmy się o nielegalność. Nie można było kupić legalnie większej ilości papieru, więc podawaliśmy się za działaczy Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej lub PZPR. Z podrobioną pieczątką jeździliśmy do fabryk papieru i kupowaliśmy od razu kilka palet.

Skąd mieliście wiedzę? Uczył Was ktoś technik druku?

Obsługa powielacza spirytusowego jest prosta. W latach 60., gdy byłem harcerzem, drukowałem na takim powielaczu biuletyny 16. Warszawskiej Drużyny Harcerzy im. Zawiszy Czarnego. Nie było to trudne. Problemy zaczęły się, gdy przeszliśmy na bardziej wyrafinowane metody druku: powielacz białkowy, sitodruk, offset.

Jakie problemy?

Do powielacza białkowego potrzebne są matryce białkowe. Pierwsze przywiózł nam z Tokio Yoshiho Umeda. Ale one były niestandardowe, Japończycy mają inne wymiary papieru. Przycinaliśmy je. Wydrukowaliśmy na nich „Czarną księgę cenzury”. A do sitodruku potrzebna jest specjalna tkanina sitodrukowa, którą w Polsce trudno zdobyć. Łatwo ją za to było przemycić do kraju, bo białe płótno nie budziło podejrzeń celników. I jeszcze jedno: farba. Do każdej techniki drukarskiej potrzebny jest trochę inny rodzaj farby.

Jak sobie z tym radziliście?

Jestem absolwentem chemii UW. Robiliśmy ją z farby offsetowej, którą kupowaliśmy na lewo od drukarzy.

Mieliście przepis?

Kombinowaliśmy. Metodą prób i błędów. Do powielaczy trzeba ją było rozcieńczyć olejem. Ważny jest rodzaj oleju i proporcje. Słonecznikowy się nadaje, rzepakowy nie. A może odwrotnie – nie pamiętam. Gdy drukowaliśmy „Czarną księgę cenzury”, nie wiedzieliśmy jeszcze, że farbę wlewa się do środka powielacza, a my smarowaliśmy nią bęben. Natomiast przy sitodruku na genialny pomysł wpadł wybitny historyk prof. Adam Kersten, który mieszał farbę offsetową z pokostem i pastą do prania Komfort. Drukarze byli tak zachwyceni tym wynalazkiem, że nazywali profesora Lordem Komfortem.

Dostawaliście sygnały zwrotne, że Wasza praca jest potrzebna?

 W czasie kolejnej rocznicy zamachu na Kutscherę jakiś starszy pan przekazał mi karteczkę z prośbą o konspiracyjne spotkanie. Był to powstaniec, przyszedł na to spotkanie z walizeczką. Miał w niej powielacz z czasów wojny z kompletem matryc. Niestety, po ponad 30 latach matryce nie nadawały się do użycia. Ale wykorzystaliśmy ramkę.

Sitodruk: to chyba była bardziej skomplikowana technika?

Ale dzięki temu zamiast 1,5 tys. sztuk, mogliśmy wydrukować 30 tys. Tak drukowaliśmy „Robotnika” [pismo KOR – red.]. Ramkę sitodrukową można kupić w każdym sklepie dla plastyków, bo jest to tzw. blejtram, na który naciąga się i przybija płótno malarskie, a w przypadku sitodruku specjalną tkaninę. Trudniej z emulsją sitodrukową, ale jak był taki geniusz jak Witek Łuczywo, który to rozpracował, to nie było problemu. Do sitodruku potrzebny jest też diapozytyw, który przygotowuje się na powiększalniku w ciemni fotograficznej. My mieliśmy fajną ciemnię w domu Stanisława Barei przy ul. Fitelberga w Warszawie. Pewnego razu Staszek przyszedł nas odwiedzić w piwnicy, popatrzył na nas, na sprzęt i się zdziwił: „Na takim rzęchu pracujecie?”. I zanim usłyszał odpowiedź, dodał: „Jadę na Zachód, to wam coś przywiozę”. I przywiózł nam z Wiednia nowiusieńki offset. Żeby go zmieścić do auta, musiał rozebrać maszynę na części. To już była prawdziwa maszyna drukarska. Kilka tysięcy odbitek w godzinę. To była najcenniejsza maszyna, którą mieliśmy.

Dokształcał się Pan z technik druku?

Z offsetem nie było takiej potrzeby. Jak każe pan profesjonalnemu drukarzowi pracować na ramce, powielaczu czy sicie, to się będzie krzywił, bo oni nie znają takich prymitywnych technik. Ale offset to żaden problem, każdy drukarz się w szkole tego uczył. A my mieliśmy zawodowca: Bogdana Grzesiaka, który był po szkole poligraficznej i pracował w drukarniach.

Gdzie drukowaliście?

Zwykle był to wolnostojący budynek pod Warszawą. Jedną z drukarni mieliśmy w domku letniskowym aktora Mariusza Dmochowskiego, który był wtedy ważnym działaczem PZPR. Ale najlepsze miejsce było w Konstancinie, 150 metrów od posterunku milicji. Działało to tak: do drukarni najpierw zwoziło się papier potrzebny do drukowania książki, potem maszynę, a na końcu drukarzy z matrycami. Zwykle było ich trzech: dwóch drukowało, jeden spał. Pracowali bez przerwy przez sześć-siedem dni. Nie mogli w tym czasie wychodzić z lokalu, aby nie wzbudzać podejrzeń sąsiadów. Jak skończyli, zabierało się maszynę i przewoziło w inne miejsce, gdzie czekał już papier i nowa ekipa pracowała nad następną książką.

A wydruki?

Wywoziliśmy do punktów introligatorskich. Zwykle były to mieszkania w bloku na Stegnach lub Służewcu, gdzie młode małżeństwa, po położeniu dziecka spać, składały książkę kartka po kartce, zszywając ją dużymi zszywkami. Jedna grupa introligatorska dostawała do złożenia zwykle po jednej ryzie wydrukowanych kart, czyli po 500 egzemplarzy książki.

Potem z punktów introligatorskich książki były przerzucane do magazynów, zwykle w piwnicach bloków. Stąd odbierali je kolporterzy. Kolporter miał swój klucz, więc sam decydował, kiedy po towar przyjedzie. Dawało mu to swobodę, a także chroniło drukarzy. Bo najłatwiej bezpiece było namierzyć kolportera, który obracał się wśród ludzi. A tak, nawet jeśli go namierzyli i trafili za nim do magazynu, to traciliśmy tylko część nakładu, drukarnia pozostawała zaś bezpieczna.

Pamięta Pan swoją pierwszą książkę?

To raczej broszura: Marek Tarniewski, to był pseudonim Jakuba Karpińskiego, tytuł „Pochodzenie systemu”, wydana przez NOW-ą [Niezależną Oficynę Wydawniczą – red.]. Sam ją drukowałem.

A ja mam zanotowane, że były to mowy obrończe z procesów radomskich.

Zgoda. To było jeszcze przed powstaniem NOW-ej. Drukowałem je w marcu i kwietniu 1977 r. w mieszkaniu Bogdana i Soni Pigłowskich przy ul. Wałbrzyskiej w Warszawie. To były dwie broszury: sprawozdania z procesów radomskich i ursuskich. „W imieniu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Mowy obrończe adwokatów” – tak to się chyba nazywało.

Ma Pan swoje ulubione przez siebie wydrukowane książki z tamtego okresu?

Samodzielnie wiele nie wydrukowałem. Było jeszcze „Niedrukowane” Andrzeja Kijowskiego. I to był koniec. Zamiast stać przez tydzień przy maszynie, zająłem się organizowaniem druku: papier, farba, matryce, ludzie. Mnóstwo roboty.

Mieliście hity wydawnicze?

„Obywatel a Służba Bezpieczeństwa” – taka broszurka przygotowana przez Jana Olszewskiego, jak zachować się przy aresztowaniach, przesłuchaniach, rewizjach, jak unikać inwigilacji. Tego wydrukowaliśmy 40 tys. egzemplarzy. A jeśli chodzi o literaturę, to „Mała apokalipsa” Tadeusza Konwickiego. Nakład 14 tysięcy.

Nie mieliście kłopotów ze znalezieniem pracowników?

Nie. Sami się zgłaszali.

Płaciliście?

To było normalne, dobrze prosperujące przedsiębiorstwo, tyle że nielegalne. Pieniądze dostawały maszynistki, korektorki, składacze, kolporterzy. Drukarze zarabiali za tydzień pracy tyle, żeby mogli bez problemu przez miesiąc się utrzymać. To były dobre zarobki. Ale też to była naprawdę ciężka fizyczna praca, za którą należało się godziwe wynagrodzenie. Najbardziej narzekali ci, którzy musieli wnosić te ciężkie wielkie torby wyładowane książkami do mieszkań w blokach, gdzie rzadko działały windy.

Pod warunkiem, że nie było wpadki.

Dlatego był fundusz ubezpieczeniowy. Drukarze sami się na niego zrzucali. Gdy któregoś zamknęli, fundusz wypłacał odszkodowanie rodzinie, by miała z czego żyć.

Duże mieliście zatrudnienie?

Tych, którzy zajmowali się drukiem, było w sumie ok. 50 osób. Jakieś 200 osób zajmowało się składaniem książek. Ludzi związanych z kolportażem nie potrafię zliczyć. Mam też problem, jak liczyć współpracowników. Czy kogoś, kto udostępnił nam raz mieszkanie, też powinienem liczyć? Czy liczyć Bronisława Geremka, Jana Łomnickiego, Adama Hanuszkiewicza, którzy czasem wozili nam papier i książki swoimi autami?

W latach 1977-79 zatrzymywano Pana 44 razy na 48 godzin. Trudno prowadzić działalność wydawniczą, skoro się nie wie, czy dotrze się do klienta.

Nie zawsze na 48 godzin, czterokrotnie dostałem sankcje prokuratorskie i siedziałem dłużej, kilka miesięcy. Nigdy nie miałem pewności, czy zamykają mnie na 48 godzin, czy na 10 lat. W Związku Sowieckim za podobne sprawy dysydenci dostawali 25 lat łagru. W Czechosłowacji Havel został skazany na cztery lata więzienia za ułamek tego, czym my zajmowaliśmy się w Polsce.

Gdy trafiałem na dołek, to ustępowało całe napięcie. Wiedziałem, że nic już ode mnie nie zależy. Mogłem się wreszcie wyspać. Wie pan, jaki to był stres z dopinaniem tych wszystkich terminów, ludzi, spotkań, transportów? I to w sytuacji, gdy nie można było korzystać z telefonów, bo były na podsłuchu. Ale przecież nie byłem sam, pracowaliśmy w zgranej ekipie.

Wiosną 1980 r. został Pan aresztowany i oskarżony o kradzież powielacza. Czy nie sparaliżowało to działalności NOW-ej?

Gdy mnie aresztowali, zaczęły płynąć protesty z całego świata przeciw aresztowaniu szefa Niezależnej Oficyny Wydawniczej, ale szefem nigdy nie byłem. Wydawnictwo prowadziliśmy kolektywnie. Konrad Bieliński odpowiadał za infrastrukturę: druk, lokale, ludzi, sprzęt i w ogóle był złotą rączką. Jak się maszyna psuła, jechał i naprawiał. Grzegorz Boguta zajmował się głównie organizowaniem składania i pracami introligatorskimi, kolportażem. Adam Michnik miał ogromny wpływ na profil wydawniczy NOW-ej.

Kto decydował o linii wydawniczej?

Decyzje zapadały na posiedzeniach kolegium wydawniczego. Najważniejsza była wartość literacka książki. Kiedyś toczyliśmy spór o Miłosza. Ja godziłem się, żeby wydać „Zdobycie władzy” i „Zniewolony umysł”, Michnik – że powinniśmy wydać całego Miłosza, łącznie z wierszami, które były absolutnie cenzuralne. Zostałem przegłosowany. Wydaliśmy całość Miłosza, zanim dostał Nobla. Byliśmy jego jedynym wydawcą w Polsce. Miałbym się z pyszna, gdyby mi się wówczas udało przekonać kolegów.

Mieliście prawa do wydawania Miłosza w Polsce?

Kiedyś byłem u Adama i zobaczyłem na fotce, jak stoi z jakimś facetem. „Ten to kto?” – pytam. „Miłosz” – odpowiedział. Gdy Michnik wyjechał w latach 70. z Polski, spotkał się na Zachodzie z Miłoszem. Miłosza wydawał Giedroyc w paryskim Instytucie Literackim. Mieliśmy porozumienie z Giedroyciem w sprawie przedruków.

Ze wszystkimi autorami o tym rozmawialiście?

Tak było od początku. Zawsze płaciliśmy autorom honoraria, choć były różnej wielkości. Kurtowi Vonnegutowi za „Matkę noc” zapłaciliśmy złotówkę, bo tyle od nas zażądał.

A Günterowi Grassowi za „Blaszany bębenek”?

Z Grassem akurat ja negocjowałem. Było to w Gdańsku w 1978 r., gdy Volker Schlöndorff kręcił tam film na podstawie jego książki. Grass miał nadzieję, że „Bębenek” wyda legalnie Wydawnictwo Literackie. Książka leżała tam z 10 lat i ciągle były powody, by jej nie drukować. A to, że sowieccy żołnierze gwałcili kobiety, a to, że Armia Czerwona bez sensu zbombardowała Gdańsk, a to, że jeden z Sowietów ma wesz na kołnierzu. On się godził na kolejne skreślenia, a książka wciąż się nie mogła ukazać. Wyjaśniłem mu, czemu w PRL nie ma szans na publikację. Jedynym uzasadnieniem dla stacjonowania wojsk sowieckich w Polsce jest zagrożenie niemieckie. Jest to dla Sowietów i polskich komunistów alibi. On natomiast stara się budować porozumienie polsko-niemieckie. Nie ma w literaturze piękniejszych scen obrony Poczty Polskiej w Gdańsku w 1939 r. aniżeli w „Blaszanym bębenku”. I przekonałem go.

Ile wziął?

Kazał się zaprosić na kolację.

Z Hrabalem i Brodskim też takie rozmowy prowadziliście?

Hrabala załatwił nam tłumacz Paweł Hartman, a Havla – Andrzej Jagodziński.

Wydawaliście rocznie 25 książek, przy druku i kolportażu których pracowało kilkaset osób. Jak to możliwe, że SB Was nie rozbiła?

Były dwa powody. Pierwszy: nie było woli politycznej. Posiadanie więźniów politycznych utrudniłoby władzom PRL walkę o kolejne kredyty na Zachodzie. Drugi: jeśli w PRL nic nie funkcjonowało dobrze, to z jakiego powodu inaczej miało być w SB? Przeczytałem 18 tys. stron w Archiwum IPN, na których pojawia się informacja o mnie. Dowiedziałem się, że przez pięć lat SB próbowało założyć w moim mieszkaniu podsłuch, ale im się to nie udało, bo przyszli na akcję nie z tym kluczem, co trzeba. Innym razem przeszkodził im pies, a potem moje dziecko, które nie poszło do przedszkola, bo się rozchorowało. Tacy to byli profesjonaliści.

Czytając te dokumenty, nie rozczarował się Pan, odkrywając nieznaną przeszłość kolegów z opozycji?

Nie było takiego przypadku. Jedynym, który na nas ciągle donosił, był dawny żołnierz AK i więzień stalinowski Tadeusz Stachnik. Ale to wiedziałem już w latach 70., gdy przyprowadził na spotkanie ze mną człowieka, który miał odpowiadać w AK za organizowanie kontrwywiadu. Powiedział, że nam pomoże, tylko musi najpierw poznać naszą strukturę. Sprawdziłem jego nazwisko i pseudonim, którym rzekomo się posługiwał w AK, i okazało się, że nikt taki nie istniał. Wtedy Stachnik został wyłączony. Po 30 latach, czytając dokumenty w IPN, potwierdziłem tylko moje podejrzenia.

Po strajkach w 1980 r. było już więcej wolności. Nie próbowaliście się zalegalizować?

Nie, bo cenzura wciąż istniała. Zostaliśmy w konspiracji. Nasi drukarze rozjechali się po Polsce i budowali poligrafię w regionach Solidarności. Początkowo nasze drukarnie wspomagały budowanie Solidarności, a potem związek zaczął dostawać własne powielacze i offsety, i się wycofaliśmy.

A drukarze, którzy odeszli do Solidarności, wrócili do Was?

Oni nie pracowali dla nas, tylko dla siebie: pracowali w NOW-ej, a nie dla NOW-ej. I wrócili, gdy Solidarność okrzepła. Ja z NOW-ą rozstałem się wiosną 1981 r., gdy padł pomysł utworzenia przy Solidarności wydawnictwa związkowego. Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych był normalnym jawnie funkcjonującym wydawnictwem. Kierował nim dyrektor Robert Trzeciecki i on z entuzjazmem podszedł do propozycji współpracy z Solidarnością. Chodziło o to, aby tak skonstruować program wydawniczy, by nie zajmować się tylko bezpieczeństwem i higieną pracy, ale wydawać istotne książki, także literaturę.

Jesienią 1981 r. pojechał Pan do Frankfurtu nad Menem, by pokazać polski drugi obieg na Targach Książki, największych w Europie. Jak im się podobały książki wydane na powielaczach?

Ekspozycja wydawnictw podziemnych robiła duże wrażenie. To była pierwsza taka wystawa w RFN. Miałem „list żelazny” od Wałęsy, że reprezentuję Solidarność i wiozę książki na Targi we Frankfurcie. Dla bezpieczeństwa jechałem przez Szwecję. Bogutę, który na te Targi próbował dotrzeć z książkami NOW-ej, zatrzymali pogranicznicy na Okęciu.

Czuć było, że wolność już się kończy?

Skądże. Na wiosnę 1982 r. były zapowiedziane wybory samorządowe. Myślałem, że przejmiemy samorządy, a potem pójdzie dalej. Byłem optymistą.

Z tych Targów wrócił Pan do Polski dopiero po kilku latach, bo wprowadzono stan wojenny.

Ale z wydawnictwami niezależnymi miałem styczność do końca, do 1989 r. Podziemna Solidarność powołała za granicą swoje biuro, którego zostałem „ministrem transportu”, i koordynowałem przerzuty do Polski sprzętu poligraficznego. Przerzuciliśmy wtedy do Polski co najmniej pięćset maszyn drukarskich.

Jak?

Zwykle szmuglowaliśmy je z transportem charytatywnym, ukrywając wśród paczek. Ale wysyłaliśmy też ze Szwecji i Francji transporty wyraźnie szmuglerskie. Jeździł z tym Francuz Jacky Challot, a ze Szwecji bracia Sven i Lennart Järnowie. Prowadzili ciężarówki z wbudowaną ślepą ścianą, za którą mieściło się sporo maszyn.

Można sprawdzić w Bibliotece Jagiellońskiej, która ma największy zbiór podziemnych publikacji, ile wydrukowano na nich książek i gazet. W latach 70. i 80. w Polsce zostało wydanych ponad 6 tys. książek i ukazywało się ponad 5 tys. tytułów podziemnych gazet. To była potężna siła wydawnicza. A zaczęło się od takiego małego przepisywania na maszynie. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]