Breyten Breytenbach nie żyje. Pożegnanie poety i wojownika z RPA

Jako przeciwnik apartheidu Breytenbach stał się więźniem politycznym i wygnańcem. Największy obok Nadine Gordimer, André Brinka i Johna M. Coetzeego współczesny pisarz południowoafrykański umarł w Paryżu, przeżywszy 85 lat.
w cyklu STRONA ŚWIATA
Czyta się kilka minut
Breyten Breytenbach podczas Festiwalu Poezji w Berlinie, 2013 r. // Fot. Gezett / Getty Images
Breyten Breytenbach podczas Festiwalu Poezji w Berlinie, 2013 r. // Fot. Gezett / Getty Images

„Mój ojciec, poeta i malarz Breyten Breytenbach umarł spokojnie w niedzielę, 24 listopada” – ogłosiła córka poety, Daphnée. – Był wielkim artystą i bojownikiem przeciwko apartheidowi. Do ostatnich swoich dni walczył o lepszy świat”.

Francja była dla południowoafrykańskiego poety ojczyzną przybraną. Przyjechał tu na początku lat 60., gdy w jego kraju, Republice Południowej Afryki, królował apartheid, ustrój rasowej segregacji oznaczający w praktyce rządy białej mniejszości (czwarta wówczas, mniej niż dziesiąta dzisiaj część ludności) nad czarną większością (około trzy czwarte ludności), pozbawioną obywatelskich praw i sprowadzoną do roli taniej siły roboczej. Porządki te poetę zawsze głęboko oburzały.

Młodość w krainie niesprawiedliwości

Był dziewięcioletnim chłopcem, gdy afrykanerscy nacjonaliści wygrali wybory i ogłosili apartheid ustrojem południowoafrykańskiego państwa. Na początku lat 60., jako młodzieniec, studiował w Kapsztadzie malarstwo i filologię, gdy białe, rasistowskie władze brutalnie zdławiły ruch oporu czarnych, zmasakrowały protestujących w Sharpeville (69 zabitych, prawie 200 rannych), zdelegalizowały afrykańskie ruchy wyzwoleńcze, a ich przywódców przegnały z kraju lub osadziły w więzieniach i na wyspie skazańców Robben.

Breytenbach, pochodzący z rodziny Afrykanerów, potomków pierwszych białych osadników, dawnych Burów, uciekinierów przed wojnami religijnymi w Niderlandach, Francji i Niemczech, uważał porządki apartheidu za niesprawiedliwe, a jego wrażliwość poety tylko ten sprzeciw nasilała.

Na początku lat 60., coraz bardziej krytyczny wobec apartheidu i policyjnego państwa stojącego na jego straży, Breytenbach uczestniczył w studenckich protestach przeciwko segregacji rasowej na uczelniach i zamykaniu ich dla czarnej młodzieży. W 1961 roku, jeszcze jako student, ale już początkujący i dobrze się zapowiadający poeta, wraz ze starszym o cztery lata przyjacielem André Brinkiem (umarł w 2015 roku) założyli Sześćdziesiątników, bractwo pisarzy tworzących w języku afrykanerskim, afrikaans, ale sprzeciwiającym się apartheidowi i rasizmowi, których afrikaans stał się symbolem.

Rozczarowany brutalnym oporem reżimu apartheidu, a także by odnaleźć własną artystyczną, poetycką, a zwłaszcza malarską drogę, na początku lat 60. Breytenbach zaczął podróżować do Europy, do Wielkiej Brytanii, a głównie do Francji, szczególnie ulubionej przez Sześćdziesiątników.

Paryż, miłość i wojna

Właśnie w Paryżu, na ostatnim piętrze w kamienicy przy rue Malebranche, niedaleko Ogrodów Luksemburskich, Panteonu i Sorbony, osiadł na dłużej. Ale nie tyle z powodu artystycznych poszukiwań, co miłości, którą tam spotkał. Miała na imię Yolande Ngo Thi Hoang Lien i była córką ambasadora Wietnamu Południowego we Francji.

Wietnam, dawna kolonia francuska, ogarnięty był już wówczas wojną między komunistyczną Północą, wspieraną przez Związek Sowiecki i Chiny, a Południem, nad którym, po Francji, opiekę przejęły Stany Zjednoczone. W Wietnamie Południowym działała też partyzantka Vietcongu, wspierana przez komunistyczną Północ.

Yolande przyszła na świat w Wietnamie, ale wychowała się na obczyźnie, we Francji, która wkrótce miała się stać jej przybraną i jedyną ojczyzną. Aby wyplątać Amerykę z wojny, która wykrwawiała jej armię i której wygrać było nie sposób, prezydent Richard Nixon podpisał w 1973 roku układ pokojowy z Wietnamami Północnym i Południowym oraz Vietcongiem i nakazał swoim wojskom odwrót z Indochin.

Dwa lata później, już po ustąpieniu Nixona po aferze Watergate, armia Wietnamu Północnego przypuściła atak na Sajgon, zdobyła go i przyłączyła Wietnam Południowy do Północy. Ojczyzna ukochanej Breytenbacha przestała istnieć i Yolande nie miała już dokąd wracać. Za bezdomnego wygnańca uważał się też południowoafrykański poeta. Jego kraj wciąż istniał, ale reżim, który w nim panował, sprawiał, że Breytenbach nie uważał już RPA za swój dom.

W 1962 roku Breyten i Yolande pobrali się, ale gdy on chciał przyjechać do Południowej Afryki, do rodzinnej osady Bonnievalle, żeby przedstawić żonę rodzicom i czworgu rodzeństwa, rząd z Pretorii odmówił mu prawa wjazdu, twierdząc, że poślubiając Azjatkę, złamał apartheidowskie prawo zakazujące mieszanych rasowo małżeństw. Wpuszczono go – wraz z żoną – dopiero dziesięć lat później na kongres pisarzy, urządzony na kapsztadzkim uniwersytecie – wpływowi przyjaciele wyprosili u władz specjalną studniową przepustkę dla poety.

Działalność w podziemiu, więzienne kraty i wolność

W 1975 roku, gdy był już uznanym i sławnym na cały świat poetą, Breytenbach odwiedził Południową Afrykę ponownie. Tym jednak razem sekretnie, pod fałszywym nazwiskiem Christiana Galaski i legitymując się fałszywym, francuskim paszportem. Na wszelki wypadek zgolił też brodę i kaleczył angielski francuskim akcentem. Podstęp się powiódł. Południowoafrykańska ambasada w Rzymie wydała mu wizę, bez przeszkód doleciał do Johannesburga i przekroczył granicę.

Ukrywał się, bo tym razem celem podróży nie były spotkania z czytelnikami ani wykłady z poezji na uniwersytecie, lecz werbunek białych ochotników do ruchu oporu przeciwko apartheidowi. W Europie Breytenbach przystał do ruchu antyapartheidowskiego i szybko wyrósł na jego zagorzałego działacza. Przyłączył się do organizacji Okhela, której nazwa w mowie Zulusów znaczy „iskra”. Zrzeszała tych przeciwników apartheidu, którzy jednocześnie sprzeciwiali się nadmiernym wpływom komunistów w ruchu wyzwoleńczym i przewodzącym mu Afrykańskim Kongresie Narodowym (ANC), zakazanej partii Nelsona Mandeli. Ponoć błogosławieństwa Breytenbachowi i jego sekretnej misji udzielił sam Oliver Tambo, przywódca ANC na wygnaniu. Ostrzegł jednak poetę, że jeśli wpadnie w ręce policji, ANC nie przyzna się, że miał z nim cokolwiek wspólnego.

Przez kilka miesięcy Breytenbach bez przeszkód podróżował po kraju, uczestniczył w potajemnych naradach. Został aresztowany, gdy szykował się do lotu powrotnego do Rzymu (zdradził go ponoć jego towarzysz z ruchu wyzwoleńczego, a południowoafrykańska policja o tajnej misji wiedziała, zanim jeszcze wyruszył z Paryża na lotnisko w Rzymie). Prokurator Percy Yutar, ten sam, który domagał się kary śmierci, a potem dożywocia dla Nelsona Mandeli, oskarżył poetę o zdradę, działalność wywrotową i terroryzm. Groziła za to kara od pięciu lat więzienia do wyroku śmierci.

Breytenbach przyznał się do winy, a nawet przeprosił przywódców białego reżimu za nazbyt ostre słowa i szyderstwa, gdy mówił o nich podczas międzynarodowych konferencji – także w ONZ – i wygłaszając wykłady na najbardziej prestiżowych uczelniach świata.

Jeśli liczył, że dzięki skrusze sąd wyda łagodniejszy wyrok, a może sława poety w ogóle uchroni go przed karą, to spotkało go gorzkie rozczarowanie. Został skazany na dziewięć lat bezwzględnego więzienia, a jego apelacja od wyroku została natychmiast odrzucona.

Dwa lata później znów stanął przed sądem pod zarzutem knucia w więzieniu spisku przeciwko południowoafrykańskiemu państwu. Prokurator twierdził, że poeta i jego towarzysze zamierzali przy pomocy sowieckiego okrętu podwodnego zaatakować wyspę skazańców Robben i uwolnić osadzonych na niej więźniów z Mandelą na czele. W te zarzuty nie uwierzyli nawet apartheidowscy sędziowie, którzy skazali poetę jedynie na 50 dolarów grzywny za to, że przemycał z więzienia listy i pisane w celi wiersze.

Z zasądzonych dziewięciu lat odsiedział siedem – w Pretorii i podkapsztadzkim więzieniu Pollsmoor, dokąd z wyspy Robben przeniesiono przed uwolnieniem także Mandelę – z czego dwa pierwsze w pojedynczej celi w budynku, gdzie przetrzymywano skazanych na śmierć i gdzie wykonywano wyroki przez powieszenie.

Wolność wytargował mu w 1982 roku francuski prezydent François Mitterrand i wyprosili pisarze całego świata. Uwolniony poeta wrócił do Paryża, który stał się jego domem na resztę życia, a francuski prezydent przyznał mu francuskie obywatelstwo.

Breytenbach: poeta pięknej, bękarciej mowy

Jako poeta pisał po afrykanersku. Kiedy przyszedł na świat w 1939 roku, język afrykanerski uważany był w Południowej Afryce za mowę ludzi prostych, chłopów, Burów, samozwańczego, białego plemienia Afryki (słowo „boer” w języku niderlandzkim oznacza właśnie chłopa, rolnika), dobrą do codziennej komunikacji, ale zupełnie nienadającą się do wysokiej sztuki. Do niej używano w Południowej Afryce wyniosłej angielszczyzny, mowy Brytyjczyków, pogromców Afrykanerów, którzy pobili ich w wojnach z przełomu XIX i XX stuleci, odebrali burskie republiki i wcielili je do imperium.

Po wyborach w 1948 roku Afrykanerzy wzięli odwet i władzę w Południowej Afryce (noszącej wówczas jeszcze nazwę Unii; dopiero w 1961 roku ogłosiła się Republiką i zerwała z brytyjską monarchią) przejęła reprezentująca ich Partia Narodowa, która wyniosła apartheid do rangi ustroju państwa – język afrykanerski stał się wówczas symbolem brutalności policyjnego państwa oraz rasowej dyskryminacji i ucisku.

Występując przeciwko utopii czystości rasowej, Breytenbach nazywał Afrykanerów „ludem bękartów”, w których żyłach płynęła krew zarówno pierwszych, białych osadników, jak rdzennej ludności afrykańskiej, a także przybyszów z Bliskiego Wschodu i Azji. „Językiem bękarcim” nazywał też mowę Afrykanerów, pełną rozmaitych, obcych naleciałości.

Był czas, gdy uwolniony z więzienia Breytenbach, afrykanerski poeta, chciał zerwać z ojczystą mową. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” wspominał, że czuł rozżalenie, że wolność odebrali mu ludzie, z którymi dzielił język i pochodzenie, i że nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. W innym wywiadzie, wcześniejszym, dla „New York Timesa”, wyznał jednak, że „nigdy nie odrzucił afrykanerskiego jako mowy”. „Odrzuciłem go jako część afrykanerskiej tożsamości politycznej – powiedział. – Nie jestem już Afrykanerem”.

Przyznawał, że poetą mógł być tylko pisząc po afrykanersku (doceniali to nawet jego prześladowcy, którzy uznając jego zasługi dla afrykanerskiej poezji i literatury, pozwalali mu tworzyć w więzieniu), po angielsku pisał zaś prozę, a w domu rozmawiał po francusku.

Wydał pół setki książek, w tym tomy wierszy, powieści i dzienniki, z których największe uznanie przyniosły mu więzienne pamiętniki wydane w 1984 roku pod tytułem „The True Confessions of an Albino Terrorist”. W Polsce ukazały się tomy poezji „Cały czas” (1980, przeł. Andrzej Dąbrówka), „Refren podróżny. Wiersze wybrane” (2016, wielu tłumaczy), a także „Ciało wędrowne” (2018, przeł. Jerzy Koch). Był gościem Festiwalu Miłosza w Krakowie, a w 2017 roku został laureatem Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Zbigniewa Herberta.

„Mój mąż zawsze podkreślał, że o formacie pisarza świadczy nie tylko jego talent, ale również, a może nawet przede wszystkim, charakter, moralna postawa – powiedziała wtedy Katarzyna Herbert, wdowa po poecie. – Cieszę się, że kapituła nagrody wybrała twórcę, który połączył wybitny talent z tak bezkompromisową postawą, opowiedzeniem się po stronie krzywdzonych”.

RPA: gorycz nowych czasów

Apartheid podzielił rodzinę Breytenbachów. Breyten, jako jego przeciwnik, stał się więźniem politycznym i wygnańcem. Jego starszy brat Jan (umarł w czerwcu), jako oficer południowoafrykańskiego wojska, bronił w tym czasie apartheidu przed jego zagranicznymi wrogami. Trzeci z braci, Cloete (umarł w 2019 roku), był dziennikarzem, korespondentem wojennym i kronikarzem czasów apartheidu, pierwszym fotografem, któremu pozwolono zrobić zdjęcie Mandeli na zesłaniu na wyspę Robben.

Więzienne doświadczenie wcale nie odstręczyło poety od walki z apartheidem. Wprost przeciwnie, w 1987 roku był jednym z pomysłodawców i organizatorów przełomowego spotkania w senegalskim Dakarze przedstawicieli Afrykańskiego Kongresu Narodowego i afrykanerskich polityków, intelektualistów i liberałów, białych przeciwników apartheidu. Poza Breytenbachem wzięli w nim udział m.in. Frederik van Zyl Slabbert, Alex Borraine, André du Toit, Jakes Gerwel, André Brink, a po stronie Kongresu przyszły prezydent Thabo Mbeki i przyszli ministrowie Kader Asmal, Pallo Jordan, Penuell Maduna, Mac Maharaj, Alfred Nzo i Steve Tshwete.

Konferencja dakarska (9-12 lipca 1987) stała się pierwszym krokiem w długim marszu ku likwidacji apartheidu (dwa lata później ówczesny biały prezydentem Pieter W. Botha spotkał się z Mandelą) i południowoafrykańskiego „okrągłego stołu”, który doprowadził do pierwszych wolnych wyborów w 1994 roku, w których głos czarnych po raz pierwszy liczył się tak samo jak białych, a wskutek elekcji czarna większość przejęła władzę w kraju, Mandela zaś został jego prezydentem.

Ale nowe czasy i porządki rozczarowały Breytenbacha. Odwiedzał Południową Afrykę, prowadził zajęcia z literatury na kapsztadzkim uniwersytecie, jednak rządy nowych przywódców podobały mu się coraz mniej i mniej. Krytykował je nawet wtedy, gdy prezydentem pozostawał Mandela (1994-99).

Surowo oceniał następcę Mandeli, Thabo Mbekiego. Jesienią 2009 roku w Nowym Jorku, podczas naszego jedynego spotkania, mówił mi, że jest rozczarowany, bo rewolucyjna zmiana, jaką zapowiadano, sprowadziła się do tego, że rewolucjoniści i buntownicy uwłaszczyli się i po prostu zajęli miejsce swoich dawnych ciemiężycieli. Zarzucał Mbekiemu, że aby ukryć błędy i niepowodzenia swojego rządu, szermuje czarnym nacjonalizmem i próbuje obsadzić białych w roli kozłów ofiarnych. „Mówi, że walczy z rasizmem, a tak naprawdę używa go do politycznych celów – stwierdził. – Czarny rasizm nastaje w miejsce białego, a Lud Tęczy zdycha”.

Jeszcze mniej dobrego miał do powiedzenia o Południowej Afryce pod rządami następcy Mbekiego, Jacoba Zumy. Mówił w wywiadach o „zdającej się nie mieć końca paradzie pajaców i złodziei”, a ANC, dawny ruch wyzwoleńczy, nazywał organizacją do szpiku kości skorumpowaną.

Pod koniec 1999 roku, gdy w rocznicę bitwy z 1838 roku nad Krwawą Rzeką (Burowie pokonali w niej znacznie liczniejszych Zulusów), obchodzoną jako jedno z najważniejszych świąt Afrykanerów, grupa białych, afrykanerskich liberałów zaproponowała, by w imieniu całego narodu przeprosić za zbrodnie i krzywdy z przeszłości, Breytenbach z pogardą odmówił. Podpisania apelu z przeprosinami i prośbą o wybaczenie odmówił też Frederik van Zyl Slabbert, Tony Leon, ówczesny przywódca liberalnej, opozycyjnej partii Sojuszu Demokratycznego oraz ostatni biały prezydent kraju Frederik de Klerk.

Breytenbachowi nie w smak było towarzystwo de Klerka, niegdysiejszego dygnitarza apartheidowskiego reżimu, ale uważał, że przymuszanie do zbiorowych przeprosin służyć będzie jedynie wzmocnieniu rasowych stereotypów i podziałów. „Ma poprawić samopoczucie garstki białych, a innym zamknąć usta, by w obawie przed oskarżeniem o rasizm nie śmieli krytykować rządu, w którym najwięcej do powiedzenia mają czarni – powiedział afrykanerski poeta. – Tak czy siak, ze sprawiedliwością nie ma to nic wspólnego”. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”