Ciekawy i zasadniczy jest obecny spór papieża Franciszka z wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych J.D. Vance’em, o którym pisze w tym numerze Andrzej Kohut. I w dodatku bardzo przypomina nasze ostatnie spory. Chodzi o imigrantów. Dla Vance’a „miłość chrześcijańska jest koncentryczną ekspansją interesów, które stopniowo rozszerzają się na inne osoby i grupy”. Tak wiceprezydent rozumie chrześcijańskie ordo amoris – porządek miłości. Aplikacje polityczne nauki Chrystusa bywają czasem trudne do pojęcia i oczywiście trudne do przyjęcia. Bywają też niesłychanie trudne do zastosowania. Dlatego reakcja papieża Franciszka jest słuszna i z pewnością potrzebna.
Ordo amoris według Ewangelii obowiązuje wszystkich i zawsze. Owszem, obowiązuje inaczej ludzi z dużymi możliwościami finansowymi i politycznymi, a inaczej wdowę, która ofiarowała ostatni grosz, bo nic więcej nie miała. Ale obowiązuje wszystkich. Tak myślimy o ludziach, którzy pomagają w lasach nieszczęsnym imigrantom przerzuconym przez granicę: spełniają obowiązek ludzki i chrześcijański. Możliwe, że z punktu widzenia litery prawa są nie w porządku, ale instynkt moralny każe im iść z pomocą do ludzi w ekstremalnej biedzie. Trzeba chronić nasze granice, ale też nie wolno pozostawiać w lesie ludzi, którzy mogą umrzeć z głodu, zimna i wyczerpania. Nie można dokładać własnego okrucieństwa do tego, co wymyślili inni ludzie bez sumienia. Także z naruszeniem aktualnego prawa. Nikt też nie twierdzi, że to dobro ma być świadczone kosztem naszych najbliższych, choć chrześcijaństwo jednak wymaga od nas wyrzeczenia się jakiegoś dobra, jeśli tego wymaga sytuacja bliźniego.
Tak, wskazania ewangeliczne są czasem sprzeczne z naszymi przepisami i prawem. Myślę o tych ludziach, którzy w lasach szukali bezradnych bliźnich. Szukali i znajdowali. Pomagali im, nieraz ratując ich życie i ryzykując własny konflikt z prawem. Podziwiam ich i wiem, że to ich w przyszłości będziemy czcili jako bohaterów, choć dziś wielu boi się pisać o nich i o tym, co robią. Operacja nielegalnego przerzutu ludzi przez granicę była organizowana z chłodnym namysłem cynicznych dyktatorów i odniesienie się do niej nie mogło być takie, jakby nic się nie stało. Ale ofiary tej operacji, ludzie umierający w lesie z głodu i wyziębienia...
J.D. Vance chyba czegoś w chrześcijaństwie nie dostrzegł, jak zresztą wielu z nas, katolików starej daty: mianowicie tego elementu szaleństwa, daru bezwarunkowej miłości bliźniego, bez którego nie ma chrześcijaństwa. Nie byłoby go, gdyby nie ci niedostosowani, męczennicy, wygnańcy, „ludzie nie z tej epoki” – jak się zwykło o nich mówić. Bo miłość bliźniego to w pierwszym rzędzie współczucie, a nie osąd. Miłość każe najpierw podać jadło, ogrzać, ubrać, a potem roztrząsać sytuację prawną, legalność itd. Oczywiście, jest tu możliwy konflikt z zarządzeniami państwa. Chyba można by je skorygować, choć może nie jest to realne. Tak czy inaczej, akcja podejmowana przeciw aktom godzącym w miłość bliźniego – nawet nielegalnie – nie może być traktowana tak jak inne rodzaje łamania prawa.
Zasady Ewangelii czasem może nie są całkiem jasne, jednak te, które dotyczą miłości bliźniego, są klarowne. Porządek miłości w żaden sposób nie rozgrzesza z egoizmu, z egoistycznej miłości własnej, z obojętności na los brata czy siostry w człowieczeństwie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















