Ja, makaroniarz, wzywam Radę Języka Polskiego: zdelegalizujcie słowo „lunch”

Wiem, że obiadu przed lunchem nie wybronię, ale skorośmy tacy otwarci, to niech polszczyzna przyswoi sobie inne ważne dla mnie słowo – „aperitif”.
Czyta się kilka minut
Canederli // Fot. Olga / Adobe Stock
Canederli // Fot. Olga / Adobe Stock

Przez pięćdziesiąt kilka lat żyłem niepewny swej wielkości. Jako makaroniarz, owszem – połowiczny, byłem przekonany, że to słowo, służące umniejszeniu, powinno się pisać raczej małą literą. Ale w takim razie dlaczego Ruska widywałem w druku wyróżnionego wielkim jak kremlowska wieża R? Aż dopiero Rada Języka Polskiego (pisana literami wielkimi jak Giewont) orzekła już urzędowo i z pieczęcią, że można będzie tak lub siak. Aż się w głowie kręci od tej swobody, szkoda, że w innych, o wiele ważniejszych dziedzinach (np. „nie” z imiesłowami) nie dano nam ani trochę luzu.

Nie wiem, jak wymienione razem z nami szkopy, żabojady i kitajce (to martwe słowo paniom i panom radnym podsunął chyba, w ramach okrutnego żartu, duch Doroszewskiego). Ale my, makaroniarze, jesteśmy dumni z naszej kluszej tożsamości i nie mamy problemu z tym, że się nas kojarzy z zaiste genialnym wynalazkiem. Nawet jeśli nie jest wcale nasz, bośmy tak naprawdę z dziada pradziada polenciarze, polentoni. Jeszcze sto lat temu północ włoskiego buta żarła wyłącznie kukurydzianą mamałygę, a nie pszenne kluski. Ale fakt ten uległ szybko zapomnieniu w miarę przemian obyczaju i powojennego triumfu makaronu w neapolitańskiej postaci, bo z polentą wiąże się pamięć biedy, upokorzeń i ciał zeszpeconych pelagrą. Dotkliwa ta choroba, powszechna na wsiach niziny padańskiej – coś jak skrzyżowanie trądu z biegunką i demencją – jest skutkiem diety złożonej wyłącznie z kukurydzy i po polsku zwaliśmy ją nieprzypadkowo rumieniem lombardzkim.

Chleba musiało chyba brakować żołnierzom armii austriackiej, którzy stacjonowali nieproszeni w Mediolanie, Weronie i Wenecji za czasów istniejącego ledwie pół stulecia Królestwa Lombardzko-Weneckiego, czyli ichniejszej Kongresówki, tyle że podległej Wiedniowi, a nie Moskwie. Kiedy powiało tam Wiosną Ludów, rządzący twardą ręką w imieniu Najj. Pana marszałek Josef Radetzky straszył mediolańskie elity, że podburzy przeciw nim chłopstwo – to od polenty – i urządzi jaśniepanom patriotom taką samą rzeź, jaka dwa lata wcześniej wycięła w pień polskie dwory w Galicji. Część podległej mu armii stanowili rekruci chorwaccy, którzy, szukając chleba, wołali nań po swojemu: „kruh!”. Tak się to wbiło w uszy miejscowych, że podjęli to słowiańskie słowo, by przezwać germańskiego okupanta. Tam, gdzie my mówimy: szkop, Włosi mówią: crucco. Ewentualnie krauto, od niemieckiego słowa na duszoną kiszoną kapustę. Czyli bigosiarze.

Może nie powinienem być tak ortograficznie zuchwały, bo mam do Rady interes. Coś, co może podnieść nie najlepsze o niej mniemanie. Bardzo was proszę, zdelegalizujcie słowo lunch. Wiem, że różni uznani poloniści z poradni językowej PWN zdjęli już z tego słowa kursywę, czyli znamię obcości, poddając bez walki kolejny szaniec polszczyzny. Wiem, że wielu bliźnich, którzy mówią na ogół ładnie i nie ulegają cudzoziemskim snobizmom, hołduje wyglądającej na spójną teorii, że to są całkiem inne rzeczy: obiad to taki z rosołem, drugim, surówką i kompotem u babci, zaś lunch to z kolegą w przerwie w pracy, w biegu, nieformalnie, na ogół jednodaniowo i lekko, sałatka, makaron, tarta.

Bzdura. W słowie „obiad”, gdy się choćby z grubsza pogrzebie w słownikach i własnej pamięci językowej, nie ma nic uroczystego, formalnego, ciężkiego, co by przeszkadzało traktować go jako okoliczność powszednią, lekkostrawną, nieformalną. Słowniki etymologiczne wskazują, że tkwi w nim rdzeń *ěd obecny w tuzinach słów związanych z j-ed-zeniem w tuzinach języków, ale są też badacze, którzy sądzą, że konkretne słowo bliższe jest „ob-chodzeniu” i wskazuje na wspólnotowy aspekt posiłku. I bardzo mi szkoda tej wspólnotowości. Tak łatwo ją odpuszczamy na rzecz jakiegoś lunchu, któremu anglosascy etymolodzy dorabiają rodowód ze starego słowa oznaczającego połeć mięsa. Sami wybierajcie, co dla was ważniejsze.

Wiem, że obiadu nie wybronię, ale skorośmy tacy otwarci, to niech polszczyzna przyswoi sobie powszechnie inne ważne dla mnie słowo – aperitif. Nie zawsze los pozwala mi na ten rytuał, ale kiedy mogę, czuję się lepszym człowiekiem. Ten kieliszek białego wina lub czegoś gorzkiego i drobny, przyjemny kąsek, choćby grzaneczka, w południe, kiedy definitywnie wychodzimy z prywatnej strefy poranka i pieleszy na szeroki świat. Słowo pochodzi od łacińskiego aperire – otwierać, i jest w tym głęboki sens. Oto otwieramy szeroko okiennice naszej osoby na sprawy i działania, z widokiem na rychły obiad i tak aby do wieczerzy.

Austriacy zostawili też po sobie co nieco dobrego, np. kluchy z chleba zwane canederli, w którym to słowie każdy i każda z nas usłyszy po prostu knedle. Np. na zielono. Kroimy w drobną kostkę 150 g czerstwego chleba, moczymy chwilę w mleku, odciskamy. Dodajemy po kolei 250 g szpinaku, podduszonego i drobno posiekanego, cebulę posiekaną i zeszkloną na maśle, 30 g mąki, 2 jajka, garść parmezanu, sól i pieprz, mieszamy aż do uzyskania ciasta, które musi z godzinę odpocząć w lodówce . Potem lepimy z niego nieduże kulki, które gotujemy ok. 10 min we wrzącym bulionie warzywnym. Na wydaniu dobrze jest polać masłem z szałwią.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 21/2024

W druku ukazał się pod tytułem: W obronie obiadu