Najważniejsze to się lubić”, taki przepis na udane wspólne życie zdarza się czasami słyszeć w wypowiedziach par świętujących imponujące jubileusze. Proste i praktyczne, ale – jak się okazuje – również intuicyjnie filozoficzne. Seniorzy wyrażają innymi słowami tę samą myśl, co niegdyś Fryderyk Nietzsche.
Nietzsche miał przepis na dobry związek
Filozof znany w powszechnej świadomości za sprawą nieprzychylnych kobietom sentencji, którymi lubi imponować każdy mizantrop w wieku studenckim, zapisywał i skrzydlate słowa pochwalające szczere partnerstwo między żoną a mężem. Bo tak właśnie brzmi wizja przyjaźni jako solidnej bazy dla miłości i związku, w którym dobrze się razem nie nudzić i mieć o czym pogadać.
„Najlepszy przyjaciel dostanie prawdopodobnie najlepszą małżonkę, ponieważ dobre małżeństwo opiera się na talencie do przyjaźni”, pisał, i dodawał radę skierowaną do mężczyzn: „Wstępując w związki małżeńskie, należy postawić sobie pytanie: czy sądzisz, że będziesz mógł z tą kobietą do późnego wieku z przyjemnością prowadzić rozmowy? Wszystko inne jest w małżeństwie przejściowe, ale przeważna część obcowania przypada na rozmowę” (przeł. Konrad Drzewiecki).
Spędzenie życia z kimś, kogo się lubi, długo musiało brzmieć i dla żyjących w czasach Nietzschego (czyli rówieśników moich prapradziadków), i jeszcze kilkadziesiąt lat później, jako wielka życiowa wygrana. W świecie, w którym przeżyć w pojedynkę przeciętnemu człowiekowi nie było łatwo, a samotnych czekał niewesoły los społecznego outsidera, sformalizowane związki miały często praktyczne motywacje.
Romantyczne potrzeby i czekanie na wymarzonego kandydata czy kandydatkę musiały zejść na daleki plan wobec bardziej palących kryteriów, takich jak pracowitość i gospodarność, a czasami uzasadniona obawa przed samotnością.
„Lepiej ożenić się źle, niż nie ożenić się wcale”, podsumowywał standard obyczajowy przełomu wieków pionierski socjolog Florian Znaniecki. A zważywszy na to, że jeśli nie prawo, to obyczaj znacząco utrudniały, a może nawet uniemożliwiały rozejście się, oznaczało to scenariusz na resztę życia.
„Kto dzisiaj kocha”: jak to było w PRL-u
Nawet po przewrocie obyczajowym i prawnym, jaki przyniosły czasy powojenne, podobny stan rzeczy w zależności od regionu mógł utrzymywać się jeszcze w latach 60. i 70. XX w. Konieczność, by nie zostać samemu czy samej, sprawiała, że ludzie odkładali preferencje i wymagania do kieszeni – tak wynika np. z historii mówionych z Bielska Podlaskiego, zebranych przez Ewę Kępę w książce „Historie wydobyte z cienia”.
Pojawiały się i inne skrzeczenia rzeczywistości, już typowo PRL-owskiej, gdzie równość równością, ale pewne czynniki pomagały przesunąć się naprzód w kolejce po mieszkania czy meble, ślub brano więc czasem w celach praktycznych.
„Niby jest emancypacja, ale spróbuj pójść gdzieś sama. Potem sama zdobądź mieszkanie. Nawet pomijając aspekt finansowy, zawsze ktoś ma dzieci i trudne warunki, to znaczy ma pierwszeństwo. Spróbuj się utrzymać za ileś tam po dyplomie. To się zdarza – samodzielność, wolność, równouprawnienie, ale najlepiej, jeśli zdarzy się małżeństwo”, zwierzała się Ewie Szemplińskiej bohaterka reportażu, który można znaleźć w smutnej antologii obrazków z lat 70., „Kto dzisiaj kocha”.
Tę samą nutę smutku da się wysłyszeć na nieco zapomnianej płycie „Dwanaście godzin z życia kobiety” Haliny Kunickiej, na którą słowa napisał Wojciech Młynarski. Przeważa tu cień rozczarowania i zmęczenie, ten nieodłączny, nękający cień szarego człowieka. I co gorsza – uczucie obcości, nawet gdy zaserwowane półżartem: życzenie, by „ustanowić towarzystwo przyjaźni męża z żoną”, kwituje się puentą, że jest to absolutnie niemożliwe, i że nie da się „kłótni stanu unieważnić”.
Życie udane, szczęśliwe i w pełni: czy to się da połączyć?
Godzenie się z losem w kwestii życia osobistego przynosiło różne efekty. Czasami – przymus życia pod jednym dachem z największym wrogiem czy wręcz katem, o czym wiele już napisano; czasem – okazywało się zwyczajną koleją życia, którą jakoś trzeba zaakceptować.
Badacz kultury Włodzimierz Pawluczuk pisał o różnych oczekiwaniach wobec życia, które ludzie w danym miejscu i czasie podzielają i uważają za oczywiste (nazwał je mitonemami, czyli „pomniejszymi mitami”). Wyodrębnił wśród nich „życie udane”, „szczęśliwe” i „w pełni”. Gdy naszym horyzontem oczekiwań jest życie udane, najważniejsze jest – mówiąc nieco językiem „Koncertu życzeń” – zdrowie, spokój w domu i pociecha z dzieci.
Mąż czy żona w takiej perspektywie to nawet nie nasz własny wybór, ale pomoc od losu, by móc zrealizować te cele; wystarczy więc, że będą w porządku. Dążąc do życia szczęśliwego, zakładamy dodatkowo, że to my sami zdecydujemy, z kim chcemy dzielić los.
Życie w pełni zakłada, że samodzielnie kształtujemy jego kurs i mamy do wyboru różne możliwości; taka opcja dla wielu ludzi do niedawna nie tyle była niemożliwa, ile po prostu nawet nie przychodziła im do głowy.
Bywało jednak, że trafiano na człowieka, z którym żyć było raźniej, a oprócz wspólnej pracy dało się jeszcze razem pośmiać i ponarzekać. Tak życie udane samo przeobrażało się w szczęśliwe: konieczność zmieniała się w zażyłość i szczerą bliskość. Jedna z wiekowych rozmówczyń Ewy Kępy dzieli się wspomnieniem o swoim mężu; połączył ich jedynie fakt, że oboje byli stanu wolnego, ale okazali się dla siebie dobrymi kompanami.
„Jeszcze jak mąż żył, to zbudziłam się: »Chodź oglądać Gołotę«. (...) Ja poszłam do kuchni. Kanapki zrobiłam. Na talerzu. Jemy. Przyniosłam sobie i jemu. I jemy, i śmiejemy się oboje [śmiech]. I herbatę zrobiłam. I jego zbudziłam. Niech ogląda razem”. Trochę przypomina to pełne serdeczności dialogi jednej z najbardziej wzruszających „zwyczajnych” filmowych par, Marge i Norma z filmu „Fargo” braci Coen: „Musisz zjeść śniadanie, zrobię ci jajka”.
Miłość nieromantyczna i pożycie małżeńskie: historia upodobania
Historyk Tomasz Wiślicz, który od lat bada dzieje życia osobistego w dawnej Polsce, przekonuje: nie jest prawdą, że miłość bywała w czasach naszych przodków zjawiskiem rzadkim czy że jest kaprysem nowoczesności; by właściwie zrozumieć to zjawisko, należy używać właściwych dla swoich czasów kategorii.
Nie jest też oczywiście tak, że w życiu Polaków przeszłych wieków zupełnie brakowało romansu w znaczeniu, jakie utrwaliły powieści i filmy: silnego nasycenia emocjami, konglomeratu uczuć, w którym pragnienie i uwielbienie sąsiadują z tęsknotą i zazdrością.
Historyk poświęcił tej problematyce książkę o urokliwym tytule „Upodobanie”, skupiając się tam na dokumentach sądowych dotyczących wsi XVII i XVIII w. (czyli przed uwłaszczeniem chłopów, co znacząco wpłynęło na obyczajowość). Wynika z niej jednak, że uczucia romantyczne w zapisach historycznych pojawiają się albo w kontekście młodzieńczych znajomości, albo jako źródło nieszczęścia, a nawet, niczym w balladzie, jako siła fatalna, wiodąca nieraz nawet i do zbrodni, a nie do udanego życia we dwoje.
To nie znaczy jednak, że związki małżeńskie były pozbawione komponentu uczuciowego, choć w inny sposób o nim mówiono. Przywoływany już Znaniecki pisał, że w zgodnym małżeństwie miłość, nawet jeśli nie absolutnie konieczna, była dobrze widziana. Wszak „miłość i zgoda – domu ozdoba”, głosiły niegdyś nawet kuchenne makatki.
Wiślicz dla opisania modelu relacji typowych dla polskiej wsi XIX i wczesnego XX w. używa sformułowania „miłość nieromantyczna”, na którą składały się wzajemne poszanowanie, solidarność i, last but not least, więź seksualna, której dowodem istnienia były na ogół dzieci. Oczywiście autor zastrzega, że taka pragmatyczna perspektywa nie przynosiła złotej formuły zapewniającej harmonię i zgodę niczym na makatce, chroniącej od konfliktów czy przemocy – ale założenie, że niestosowanie pojęcia „małżeństwo z miłości” nie oznacza wcale braku miłości, należy uznać za przytomne i odświeżające.
To zresztą definicja całkiem podobna do tego, jak współcześnie polskie prawo rozumie termin „pożycie małżeńskie”, czyli jako więź uczuciową, fizyczną i gospodarczą (choć w wielu związkach któregoś z tych trzech elementów, dobrowolnie lub nie, nie ma, lecz na ogół nikt tego nie sprawdza aż do sprawy rozwodowej).
Miłosne fazy rozwoju: jak nie stracić głowy
To historia – kusi jednak przymierzenie modelu miłości nieromantycznej do dzisiejszych realiów, które nie wymagają od ludzi tak dalece posuniętego pragmatyzmu. W odmianie miłości, o której tu mówimy, najbardziej charakterystyczne jest, że zaczyna się jakby od środka, a może wręcz biegnie kursem odwrotnym niż ten znany z utartych wyobrażeń o budowaniu więzi.
Według znanej, ale też często kwestionowanej teorii psychologa Roberta Sternberga, miłość ma swoje typowe fazy rozwojowe i powinna zaczynać się od zakochania, czyli opanowującej człowieka bez reszty obsesji na czyimś punkcie, wręcz utraty głowy pod wpływem intensywności uczuć. Może ono minąć bez śladu lub przy pomyślnych wiatrach przeobrazić się w bardziej stabilną formułę bycia razem, opartą na zaufaniu i intymności. Na końcu zaś straszy związek pusty, smętne zobojętniałe współlokatorstwo, sklejone ewentualnie siłą przyzwyczajenia.
Koncepcja miłości Sternberga przypomina gwałtownie wzbierającą, a później opadającą falę. Nieco inne spojrzenie znajdziemy w obserwacjach Elaine Hatfield, która od lat 60. XX w. zajmowała się badaniami odmian więzi między ludźmi i ich specyfiki. Hatfield z grubsza zakreśliła kategorie miłości namiętnej (passionate love) i partnerskiej, przyjacielskiej (companionate love), dla których opracowała nawet skale pomiarowe. Mogą one nakładać się na siebie lub występować osobno, niekoniecznie za to następują po sobie.
W miłości partnerskiej podstawą jest wzajemne zaufanie, pewność, że można polegać na sobie nawzajem, i satysfakcja z przebywania razem – gadając, jak u Nietzschego, czy milcząc bez uczucia niezręczności. Raczej ulubione kanapki (zwłaszcza właśnie te, o których wiemy, że on czy ona je lubi najbardziej) niż kolacja przy świecach.
Status osoby najbliższej: tak będzie w sam raz
W zakochaniu źródłem ekscytacji jest tajemnica czy wręcz element niewiedzy: spada ono na człowieka znienacka niczym kowadło w kreskówce i czyni ukochaną osobę doskonalszą niż w rzeczywistości. Miejsca niewiadomego, białe plamy wypełniają się cechami ideału.
Miłość nieromantyczna zaś, zamiast od nagłego olśnienia, zaczyna się od uznania, że skoro ktoś wydaje się w porządku i chyba całkiem się lubimy, to możemy spróbować razem ciągnąć ten wózek. Dobre poznanie kogoś nie przeszkadza jej istnieniu, nie sprawia, że uczucie się rozwiewa; brak dreszczyku tajemnicy jej wręcz służy. Kochana osoba nie musi być ideałem. Wystarczy, że będzie w sam raz.
Taka miłość może się oczywiście zakończyć – lecz przynajmniej nie z powodu rozczarowania czyjąś nieidealnością. Bywa i tak, że rozwija się z już dłuższej znajomości, gdy ktoś lubiany staje się tym ulubionym. Możemy zilustrować taką miłość nie jako falę, lecz jako względnie równomierną linię, czasem cieńszą, czasem się pogrubiającą. Nic też nie stoi na przeszkodzie, by wyobrazić sobie, że na jakimś etapie może pojawić się w niej nawet element romantyczny.
Można zaryzykować parafrazę Znanieckiego, że o ile dla XIX-wiecznego związku miłość była elementem „pożądanym, choć nieobowiązkowym”, to w nieromantycznej miłości czasów dzisiejszych najważniejsza jest szczególna, wyróżniająca więź i poczucie bliskości, do osobistej negocjacji pozostają zaś wspólne gospodarowanie czy stopień fizycznej zażyłości (tak najszerzej można rozumieć debatowany obecnie status osoby najbliższej).
Taka perspektywa, w której akceptujemy migotliwość ludzkich uczuć i uzgodnień, pozwala też podpowiedzieć salomonowe rozwiązanie w kwestii niekończących się retrospektywnych sporów co do statusu licznych postaci historycznych: para czy przyjaciele – nawet gdy to niemożliwe do ustalenia, nie trzeba przecież odmawiać komukolwiek prawa nazywania tych więzi miłością.
„Love Story”: gdyby Jenny nie umarła
Nośnikami współczesnych mitów, mniejszych i większych, są opowieści fabularne. Przeglądając słynną listę „100 years... 100 passions” Amerykańskiego Instytutu Filmowego, poświęconą najbardziej legendarnym filmom o miłości, znajdziemy przewagę opowieści o jej namiętnej odmianie.
Jednocześnie łatwo dojść do wniosku, że w kinie, niemal jak w baśni z morałem, romantyczne doświadczenie jest czymś niewykonalnym, krótkotrwałym, skazanym na porażkę albo zakazanym, a na pewno wykluczającym się z trwałością i codziennością. Cóż, film jest także od tego, by opowiadać o pięknych, lecz niemożliwych przygodach i by móc na chwilę dotknąć niemożliwego właśnie.
Kamera wydaje się mniej lubić opowieści o solidnej prozie życia, kompromisie czy relacjach rozwijających się powoli (choć są i wyjątki – Harry i Sally z komedii Nory Ephron po kilkunastu latach wyboistego kumpelstwa mówią sobie „tak”). Widzowie tłumnie odwiedzali kina, by wypłakiwać oczy na „Love Story”, wiedząc, że to opowieść bez happy endu i że historia miłości przełamującej bariery pochodzenia skończy się źle. Ale czy film ten stałby się równie legendarny, gdyby Jenny nie umarła i wspólnie z Oliverem doczekaliby konfrontacji z kryzysem wieku średniego w domku pod miastem? Albo gdyby Francesca i Robert z „Co się zdarzyło w Madison County” spędzili razem więcej niż cztery dni?
Więcej przykładów wzajemnej akceptacji i stabilizacji, która zakłada wybaczanie sobie i machanie ręką na niedoskonałości, znajdziemy raczej w sitcomach. Albo w filmach animowanych: trudno o dobitniejszy przykład relacji pełnej wzajemnej wyrozumiałości niż Shrek i królewna Fiona. Albo bohaterowie „Ulicy Sezamkowej” – Ernie, akceptujący marudne usposobienie Berta, i Bert przyjmujący do wiadomości kolejne zwariowane pomysły Erniego. Co prawda twórcy „Ulicy Sezamkowej” zadeklarowali kiedyś, że te postacie nie mogą mieć orientacji seksualnej, gdyż są lalkami – ale szanują i doceniają, że w oczach widzów Ernie i Bert stali się wzorem zgodnego życia razem. Bo też faktycznie harmonii i wzajemnej serdeczności można im pozazdrościć.
Można się zastanawiać, dlaczego o partnerskiej czy przyjacielskiej miłości, wcale nie tak chyba rzadkiej w rzeczywistości, opowiadają nam najdobitniej postacie fantastyczne. Być może dlatego, że więź bliskiej przyjaźni, jak pisał C.S. Lewis w „Czterech miłościach”, ma w sobie coś przekraczającego biologiczne czy materialne uwarunkowania i jako oparta na dobrowolności jest ze wszystkich odmian miłości „najmniej naturalną”. Jest zatem prozaiczna i fantastyczna zarazem. Zupełnie jak porządny talerz ulubionych kanapek.
Tekst pochodzi z wydania specjalnego „Moc relacji”, które ma swoją premierę 25 marca 2026.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















