Autobus 116, jazda ku Śródmieściu. Matka i synek twarzą w twarz ze starszym kiele osiemdziesiątki. Dosiadam się. Starszy do małego: „A dałeś mamie kwiatka?”. „Nie, a co?”. „Mamy Dzień Matki”. Starsza z sąsiednich: „Niech pan chłopca nie zawstydza”. „Eee, nie zawstydzam, ale mamie byłoby miło”. Mrugnął do matki. Do małego: „A ty wiesz, że kiedyś byłem taki mały jak ty?”. „Nie”. „Ładny byłem”. „To kiedy pan zbrzydł?”. Matka: „Zachowuj się!”. Starszy: „Hehe, kiedy? Na starość”. Mały po namyśle: „Nie, musiał pan to zrobić wcześniej”. „Myślisz?”. Mały fachowo: „Tak, potem tylko zmarszczki doszły”.
Wypalenie
Metro, jazda z Bródna. Dwie z grubsza w moim wieku: „Rozumiesz, nie mam pary na kolejną ankietę”. „Ale co ty tam wypełniasz?”. „Już sama nie wiem. Umiejętności, aktywności…”. „Nie masz gotowca?”. „Za każdym razem robię od nowa”. „Głupia jesteś”. „Może. Ale wiesz, za każdym razem chcę zapomnieć. A kolejny formularz nigdy nie jest taki sam, zawsze coś zmienią”. „Ale po co tyle ankiet?”. „Doskonalenie”. „Przecież to fikcja”. „Wiadomo”. „To po co bierzesz w niej udział?”. „Nie mogę nie”. „Zmień pracę”. „Tam też będą ankiety”. „Może nie?”. „Będą. Dużo ankiet. Do końca życia się nie wypiszę”. „A nauczanie? Musisz mieć czas”. „Po co? Czas to ja muszę mieć na ankiety”. „Ej, ludzi trzeba uczyć!”. „Nie. Trzeba podpisywać”. „Wypaliłaś się”. „Wypalono mnie”.
Buczenie przez sen
Autobus 172, jazda poranna na dworzec. Wskakuję przy Dolnej. Obok dwie starsze z walizkami, wymieniamy porozumiewawcze. Pierwsza: „Co do tych pozycji…”. Druga: „Nono?”. „Ja ci powiem, to ma znaczenie”. „Ba”. „Jak śpię na wznak, to śnię o Polsce. Dzisiejsze problemy albo historia”. „Oj”. „Koleżanka poradziła, żebym podkładała poduszkę. Śpię na lewym boku i od razu relaksy: las, zwierzęta, dzieciństwo”. „Lewy, mówisz?”.
„U mnie się sprawdza”. „Ja snów nie pamiętam”. „Aaa, to nie dla ciebie”. „Nie wiem, stary mówi, że buczę przez sen”. „Buczysz? Śpij na lewym”. „Podobno śpię”. „I co?”. „No, buczę”. „To dawaj na wznak”. „Nie chcę”. „Bo?”. „Dość mam Polski”.
Granie grobem
Pociąg do Wałbrzycha. Kilka siedzeń dalej: „Matka chce grób rodzinny”. „A to ona umiera?”. „Nieee, ale żyje cmentarzem”. „Znam to”. „Wiesz, mamy z Pawłem kasę, ale on nie chce z nią leżeć”. „Z matką?”. „To nie jego matka”. „Fakt”. „Podejrzewam szantaż”. „Gdzie?”. „Matka grobem ciągnie do ślubu”. „Co?!”. „No, ostatnio wrzuciła, że jak załatwimy kwaterę i podmurujemy, to się życie na kocią łapę skończy, bo nie da się z niesakramentalnymi zakopać”. „Ej, ale ona umrze i tak przed wami, a potem se może gadać”. „Póki żyje, będzie grać grobem”. „Współczuję. A ty chcesz ślubu?”. „Paweł nie chce. A teraz mi powiedział, że z tej cmentarnej intrygi będzie rozwód”.
Trochę kartą, trochę gotówką
Warszawskie Bemowo, spożywczak. Staję za trójką: dziewczynka i chłopcy. Pierwsza przy kasie: paznokcie, krok w kolanach, bluza-namiot. Potem wysoki na grubej platformie adidasów. Izotoniki, batony, sałatka. Trzeci przede mną: „Idźcie na zewnątrz. Mnie to zajmie…”. Wzruszyli ramionami, wyszli. Przez sklepową szybę przebija ich dobrostan. Jedzą czipsy, śmieją się. Chłopiec wyciąga dwie kajzerki. „Można kartą?”. Sprzedawczyni: „No, próbuj”. Operacja odrzucona. „Chyba nie masz środków”. „Mam! Ale może za mało. To zapłacę drobnymi”. W kolejce startuje zniecierpliwienie. „Ile można się chrzanić?” – komentarz z ogonka.
Przez szybę koledzy dają znaki. Chłopiec liczy drobne: „A może mi pani rozbić za te bułki? Trochę kartą, trochę gotówką?”. „Nie uzbierasz?”. „Nie”. Wcinam się gestem, płacę za niego. Patrzy w bok, szybko wychodzi.
Koniec szurania, z kolejki wychodzi gość kiele sześćdziesiątki, daje znak, że chce zagadać. Idziemy między półki. „Padło na panią”. „Często tak?”. „Czasem kupuję jemu i bratu jedzenie. Teraz jest z kolegami, wstydzi się”. „Nie ma rozwiązań…?”. „Tak, pomagam załatwić. Rodzice się wstydzą. Ojciec chory, zdezorientowani. Chłopcom się należą posiłki”. „Pewnie”. „To dobre dzieci”. „Widać”. „Młodszy bardzo zdolny muzycznie. Ale wie pani, rodzice w to nie wierzą”. „?”. „Sami podupadli, traktują dzieci jak przegranych”. „Ta, to się dziedziczy”. „Jak widać”.
Keczup czy musztarda?
Autobus 119, dosiadają się dziadek z wnuczkiem. „Dziadek, dlaczego nie jedziemy samochodem z tatą?”. „Mieliśmy z ojcem różnicę zdań”. „A o co?”. „Jak ci to wyjaśnić… Mamy inne poglądy na wojnę”. „Ale my przecież jedziemy do ogrodu, na grilla”. „Tak, co mnie nie cieszy”. „Nie lubisz kiełbasek?!”. „Nie lubię grilla”. „Tato lubi”. „No i znów się różnimy”. „Dziadek, ja tak nie chcę. Możesz polubić grilla dla taty?”. „Nie, ale dla mamy się postaram”. Mały się rozczmuchuje: „Dziadek, a ty wolisz keczup czy musztardę?”. „Wszystko mi jedno”. „Ja i tata wolimy keczup”. „No to mi zostanie musztarda”.
„Dziadek, a o co chodzi z wojnami?”. „Nie będę ci w autobusie tłumaczył”. Mały patrzy na mnie: „O co chodzi z wojnami, pszepani?”. Dziadek ucina: „Pani nie jest twoją znajomą”. Mały: „To mi powiedz”. „Świat oszalał, kiedyś ci wytłumaczę”. „Teraz”. „Nie”. „Dziadek, a pamiętasz, jak mi powiedziałeś: »ty szalejesz, jak cię tata spuści z oka«?”. „Bo to prawda. I co?”. „To może Bóg spuścił nas z oka?”. „Ojoj, mądrala”. „Ty powiedz, jak jest”. „Kiedyś, nie w autobusie. Nie szalej”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














