„Zeus to bowiem człeka wwiódł na rozumu drogę: cierp i cierpieniem ucz się – rzekł”. Nad zgromadzonymi na Kapitolu uczestnikami inauguracji Trumpa wisiał cień sinolicej Hybris, tej wiecznie nienażartej pychy zwanej przez Rzymian Petulancją, zapamiętajmy to słowo. Ale ja kartkowałem „Oresteję” (w przekładzie Stefana Srebrnego) nie z jego powodu. O słowach Ajschylosa przypominał mi inny obecny tam imperator, władca feedów i rolek, pan każdej mojej i twojej minuty zmarnowanej na scrollowaniu.
Przemianę stylówy Marka Zuckerberga media zauważyły już jesienią. Teraz kreuje się na luzaka. Mało kto jednak zwrócił uwagę na greckie i łacińskie słowa na jego nowych koszulkach. Jeśli sam je dobrał, to znaczy, że zanim rzucił Harvard, zajmował się nie tylko projektowaniem strony do oceniania urody koleżanek. Nie są to zresztą jakieś rzadkie sentencje, za to straszne. „Aut Zuck aut nihil”, „Albo Zuck (w łacińskim oryginale: Cezar), albo nic”. No i sławne zdanie z Katona o burzeniu Kartaginy – w slangu politycznym to się tłumaczy: „dojechać ich!”. Do tego łańcuch z plakietką, a na niej słowa żydowskiej modlitwy „Mi shebeirach”, którą sam tak streścił w wywiadzie: „obyśmy mieli odwagę sprawić, by nasze życie było błogosławione”.
Piękne słowa, jeśli zachowamy pokorę w codziennym podejmowaniu ich sensu. Taką, jakiej nauczał wielki XIX-wieczny cadyk z Góry Kalwarii Juda Lejb Alter. Otóż zachęcał on, by ludzie brali przykład z aniołów – nie zapominając o swojej niższości, nie bali się jednakowoż kroczyć blisko Boga. Tego cadyka noszę we wdzięcznej pamięci, bo sporo czasu poświęcił dociekaniom, jak i dlaczego wino prowadzi człeka ku mądrości. Ale tym razem rebe Juda przypomniał mi się z powodu jabłek. Przez instagram mogłem obserwować, jak spod Grójca śmiga do Brukseli furgonetka z jabłkami (na moje oko golden delicious i gala) dla przywódców dużych i małych, którzy w tym półroczu mają obradować w Unii pod światłym okiem polskiej prezydencji. Żeby łatwiej było im rozplątywać węzły gordyjskie, nasze władze będą karmić ich jabłkami.
Grójeckie jabłka – wyrosłe w największym zagłębiu sadowniczym kontynentu – mają swój znak handlowy, który żem właśnie dojrzał po raz pierwszy. Ze skrzynek łypie nie kto inny, jak Bona Sforza. Drugorzędna włoska szlachcianka przez nasze kompleksy znów wyniesiona na piedestał! Owszem, królowa dostała dobra w okolicach, które obsadziła owocowymi drzewami, więc na siłę da się dorobić legendę dzisiejszym jonagoldom i szampionom. Ale fenomen grójeckich sadów to zasługa całkiem nowoczesnych uczonych, a przede wszystkim kolejki piaseczyńsko-grójeckiej, zbudowanej na przełomie XIX i XX wieku, która zapewniła sadownikom łatwy zbyt i umożliwiła przejście na skalę przemysłową. Ten proces dziś zaszedł na pewno za daleko, ale wówczas był to dobroczynny dla ludzi i okolicy postęp. Kolejkę zainicjowali i finansowali krawiec nazwiskiem Paszkowski, pewien książę z Lubomirskich, tudzież inni przedsiębiorcy. Ale w tym towarzystwie znalazł się też cadyk Alter, którego interesowała odnoga torów do Góry, dokąd tłukli się po wybojach tysięczni pielgrzymi.
Logistyka jabłek, cegieł, tarcicy i dusz – dostawcy, tragarze i pielgrzymi pod ramię z aniołami. Taką bym wolał marketingową opowiastkę. Wielu nostalgików tęskni za „starymi sadami” i dobrze ich rozumiem, bo te dzisiejsze karłowate bieda-drzewka to widok zaiste smętny, a jabłka wprawdzie dobrze znoszą czas, ale kosztem charakteru. Ale nawet teraz są to najsmaczniejsze jabłka w Europie i o tym tylko chce być ten dzisiejszy felieton. Bez względu na to, że choćby w Brukseli zjedli ich tonę, to i tak nas to nie wybawi przed pychą nowych cezarów. Cierp i cierpieniem ucz się.
Niewidzialne ciasto jabłkowe
Niewidzialne, bo to taki inteligentnie przebudowany racuch.
- 1 kg renet
- 4 łyżki stopionego masła
- 100 g cukru (albo nieco więcej, jeśli lubicie mocno słodkie)
- 3 jajka
- 120 g mąki pszennej
- 110 ml mleka
- pasta waniliowa
- sól
Obieramy jabłka (zamiast renet użyłem ostatnio odmiany finezja), usuwamy gniazda nasienne i kroimy na plastry grubości 3 mm. Skrapiamy cytryną, by nie pociemniały. Mieszamy masło z cukrem i szczyptą soli, dodajemy jajka po jednym, ciągle mieszając, i stopniowo mąkę. Kiedy znikną grudki, dolewamy mleko i odrobinę pasty waniliowej. Zalewamy tą masą jabłka, delikatnie mieszamy palcami, żeby były jednorodnie pokryte. Foremkę o wymiarach co najmniej 10x22 cm smarujemy masłem, dno i dłuższe brzegi wykładamy papierem. Układamy jabłka w dachówkę, ścisłymi warstwami, wypełniając każde puste miejsce mniejszymi kawałkami, aż do 1 cm poniżej brzegu. Pieczemy w 180 st. C ok. godziny, aż wnętrze będzie suche. Jeśli zacznie się od góry za wcześnie rumienić, osłaniamy folią. Podajemy po wystudzeniu, kiedy osiądzie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















