„Gemma”: nowa proza Pawła Sołtysa

Byłem mężem, ojcem i synem, byłem wszystkim, czym powinienem być, między Cerkwią, Synagogą i Bazyliką w Tykocinie.
Czyta się kilka minut
Kościół p.w. Trójcy Przenajświętszej w Tykocinie od strony rzeki // Fot. madredus / Adobe Stock
Kościół p.w. Trójcy Przenajświętszej w Tykocinie od strony rzeki // Fot. madredus / Adobe Stock

„Gemmo, magiczna moja, stworzona ku zdrowiu, ku uciszeniu histerii, czarnej macicy, wędrującej po ciele kobiecym w postaci długorękiej żaby, w ciemnościach wnętrzności, dusząc to serce, to wątrobę, to myśl”. Taką sobie powtarzałem w głowie heretycko-bizantyjską mantrę, łażąc po Tykocinie. A chodziłem od cerkwi św. Mikołaja do wielkiej, największej zachowanej na Podlasiu synagogi i potem do kościoła Świętej Trójcy z freskami mistrza Ecksteina, które w ciszy pustej świątyni patrzą za tobą z tęsknotą przynależną tylko świętym baczącym na grzeszników.

Ta gemma w moich myślach dziś zwana jest przemyską. Choć stworzono ją z górą tysiąc lat temu, w sercu świata, w Konstantynopolu. Z jednej strony patrzy z niej meduza, okolona wężami, z krzyżem nad głową, dwiema kreskami okrutnej dobrej nowiny. Z drugiej strony Matka Boska, czyli Theotokos, czyli Bogurodzica przygląda się gapiom, w maforionie – szacie maryjnej otoczonej kultem w Bizancjum od V wieku. Tej samej, którą przy pierwszej wyprawie Rusów na Carogród zanurzono w Bosforze i sztorm potopił napastników. Wokół Dziewicy wije się grecki napis: „Hystero czarna uczerniona, uspokój się jak wąż, ucisz jak morze, ułagódź jak owieczka i jak kot odpocznij”. Bo gemma jest amuletem, chroni od kobiecych chorób, łagodzi połóg, wiąże ramiona wędrującej w czerni ciała demonicznej żaby.

Więc chodziłem po Tykocinie w towarzystwie przyjaciół, wąchałem Narew podchodzącą do domów i myślałem o kobietach, które zostawiłem w Warszawie, o mojej żonie, która piękna i mądra uratowała mi życie, o mojej córce na progu nastolęctwa z nienapisaną jeszcze mapą życia, o mojej spopielonej matce pod płytą grobowca na wolskim cmentarzu. W myślach brałem gemmę w palce i prosiłem ją słowami tysiącletniego zaklęcia o spokój i zdrowie dla moich żyjących dziewczyn, o opiekę nad moją bezcielesną już matką. Byłem mężem, ojcem i synem, byłem wszystkim, czym powinienem być, między Cerkwią, Synagogą i Bazyliką zbudowaną przez Jana Henryka Klemma, saksońskiego architekta, pułkownika wojsk polskich, totumfackiego Branickich.

Wielka Synagoga w Tykocinie, 3 maja 2025 r. // Fot. Agnieszka Cynarska-Taran

Towarzyszył nam Mirek Naumiuk, cieśla, artysta, aktor lokalnego awangardowego teatru. Syn największego chyba artysty ludowego Podlasia. Człowiek poważny, dobry, nietuzinkowy. Pracownik muzeum tykocińskiego, który w synagodze odtworzył to, co Wehrmacht zniszczył nienawiścią, stajniami, niemieckim parszywieniem świata. Mirek nauczył się hebrajskiego, nie na tyle, by przekładać Torę, ale na tyle, by nikt z odwiedzających nie zarzucił mu blagi, wiedział wszystko i umiał to opowiedzieć językiem nieakademickim. Szedłem obok niego, jak obok mądrego, statecznego brata, którego nigdy nie miałem, z heretycką gemmą w myślach, z rozżarzonym węglem heliotropu, najpewniej indyjskiego.

Droga tego kamienia z Indii przez Bizancjum do Przemyśla rymowała się z naszymi ścieżkami. Dłuższą część jego podróży trzeba sobie domyślić. Sam heliotrop, zielony z krwawymi nakropieniami, już dużo wcześniej uważano za magiczny, miał ofiarowywać niewidzialność tym, którzy nosili go na sercu. Jak dostał się do Bizancjum, można tylko domniemywać, ale nie takie cuda za dynastii macedońskiej, za największego rozkwitu, spływały do miasta. Tam rzemieślnicy, i to niepośledni, biegli w swojej robocie, w mistyce, w greckiej – pogańskiej na poły jeszcze tradycji, z kamienia zrobili amulet. Przedziwny mieszaniną dawnych wierzeń i prawosławnej ikonografii.

Nad San musiała gemma przybyć z Włodzimierzem Wielkim, a pewniej jeszcze: z Jarosławem Mądrym i jego synami, którzy władali miastem prawie 40 lat. A może jeszcze później: kiedy Ruryk Rurykowicz, a potem jego brat Wołodar, rządzili przemyskim księstwem.

Ciemności kryją następne, bagatela, 800 lat. Czy złożony był w jakiejś świątyni, co wątpliwe, czy nosił go ktoś ku ochronie, czy raczej przeleżał w ziemi, po którejś ze zmian władztwa, po którymś z pożarów, po którymś z upadków?

Gemma bizantyjska (awers i rewers) pochodzi ze zbiorów Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej w Przemyślu, na co dzień prezentowana jest na wystawie stałej // zbiory Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej

Jacek Błoński prześledził i opisał jej „współczesną” wędrówkę. W 1897 r. grupka dzieci bawiła się na kopcu żwiru przywiezionego z rzeki. Wśród nich była Hania Szumańska. I czy miała szczęście, czy amulety co pewien czas chcą poczuć ciepło ludzkiego ciała, to wykopała gemmę z pryzmy. Są tacy, którzy mówią, że ten żwir to przypadek, a amulet leżał w ziemi, gdzie wcześniej była cerkiew. Tego też się już nikt nie dowie. Hania zachwycona kamieniem z wizerunkami i pismem, którego nie umiała odczytać, zaniosła go do domu, schowała w pudełku po cukierkach, w pojemniku na skarby, które wszystkie dziewczynki od zarania dziejów mają.

Moja żona miała taki w Milanówku, moja córka ma podobny: wypełniony morskimi muszelkami, przypinkami AC/DC i kamykami z Sardynii, moja matka miała taki w Gliwicach, wyściełany łzami dziewczynki porzuconej przez rodziców.

Hania miała brata Alojzego. Starszego, poważnego już gimnazjalistę i gdy wyjawiła mu swój sekret, dokonali wymiany. Gemmę magiczną wymieniono na kilkanaście kostek cukru. Gdy chodziłem po Tykocinie, gdy słyszałem szum Narwi, gdy słuchałem opowieści, czułem smak tych cukrowych sześcianów, tak jak pamięta się pierwszą watę cukrową, kupioną przez mamę na placu Unii Lubelskiej. Słodkie nic, znikające pod językiem szybciej, niż da się o tym pomyśleć.

Alojzy, jako mężczyzna wykształcony, miał przecież za sobą kilka klas klasycznego gimnazjum, wiedział już, jakim skarbem rozporządza. I kilka dni później zainteresował znaleziskiem Kazika Osińskiego, kolegę ze szkoły, o którym wiedziano, że zbiera stare rzeczy, taką ma przypadłość, pasję. Tu już doszło do transakcji, za niebagatelną sumę, dziesięciu halerzy.

Taki początek miała historia zbiorów braci Osińskich: Kazika i Tadeusza, która do dziś jest sercem kolekcji przemyskiego muzeum. Podobne amulety ma dziś tylko Maastricht i Efez. Bo stare zaklęcia działają paradoksalnie, stymulują szalone pomysły, każą braciom poświęcić życie przeszłości, gnieżdżą się w moich tykocińskich myślach, odmieniają drwiący z nich świat wężowym wizerunkiem, zaklęciem martwego języka.

O zabitych językach rozmawialiśmy z Mirkiem: jakie to dziwne, że jeszcze niedawno pół miasta nazywało, kochało i przeklinało w mowie, której już nikt tu nie zna. Ja pewnie mówiłem więcej, zawsze gadam z naddatkiem, żeby wyciągnąć coś od rozmówcy. Mirek był powściągliwy, mówił tyle, co wie, nie bajdurzył dla samej rozkoszy gadania.

Są takie dni, gdy niebo, zapach, wiatr i gęste trawy aż do linii lasu zabierają wszystkie przymiotniki, dla ludzi już zostaje mało, jakaś nędzna resztka. A przecież chciałoby się Mirkowi dodać jeszcze kilka, najlepiej niezwykłych, podlaskich, wydłubanych z sęków starych ludowych rzeźb, wytrąconych z modlitw w starocerkiewnym języku, wyszperanych na łęgach Narwi, w korzeniach olch.

Kościół p.w. Trójcy Przenajświętszej w Tykocinie od strony rynku // Fot. Artur Bociarski / Adobe Stock

Ale akurat brak, musi wystarczyć tyle, bo przy zmierzchu zeszliśmy do domu przyjaciół, piliśmy wino, ptactwo znad rzeki wtórowało naszym śmiechom, a każdy papieros wypalony na ganku przedrzeźniał księżyc wiszący nad Podlasiem jak amulet spraw najistotniejszych.

Odebrałem telefon, którego wolałbym nigdy nie odbierać, bo w telefonie głos cichy i pewny siebie zawiadamiał, że umarł Marcin Wicha i zrozumiałem, że amulety drwią z nas na tysiąc sposobów, bo gemma magiczna nie obroniła najlepszego z nas, tego, który całą tę historię umiałby opowiedzieć prościej i piękniej. Zrozumiałem, że prosiłem przedmiot o władzę nad światem, a i to niecelnie. Że przestrzeliłem tym razem.

Następnego dnia poszedłem na spacer sam, wzdłuż bezsensownie zabetonowanej Narwi, bardzo wcześnie, obudziłem się przed wschodem słońca. I szedłem na wskroś, otumaniony rozpaczą i widziałem, że na krawędzi wzroku, za kącikiem oka, idzie ze mną Hilary Nussbaum, urodzony jako Hilel, ojciec i dziadek wielkich polskich naukowców, rabin. Jeden z tych, którzy uwierzyli w mit asymilacji,  dobroczyńca styczniowych powstańców, głęboki przeciwnik chasydyzmu, piszący o nim tak pięknie, że można mieć serię wątpliwości, gdzie jego serce powinno znaleźć ukojenie. Rzeka szumiała jego głosem:

„Nie da się odtworzyć bólu, nie da się pamiętać bólu, można tylko go wspominać. Tak jest z bólem dziąsła, barku, nerek. Ale jest inny ból, którego cień jest cięższy od niego samego. Ból wstrzyknięty w serce jak felczerską igłą, kropla czarnej krwi wstrychnięta na zawsze. Niosą ją w sobie rodzice umarłych dzieci, beznodzy tancerze, ocalali z pogromów”.

Nie umiałem mu nic odpowiedzieć, jego wnuków zabili Niemcy, zabili Rosjanie, jego martwe serce biło dla całych pokoleń. Ja miałem tylko swoją boleść, nic więcej. Suchą jak chrust. Od wielu dni nie padało.

PAWEŁ SOŁTYS jest pisarzem, opublikował m.in. „Mikrotyki” (Nagroda Literacka Gdynia 2018), „Nieradość” i „Sierpień”, za który został w 2025 roku nominowany do Nagrody Literackiej Nike. Jako wokalista i autor piosenek posługuje się pseudonimem Pablopavo.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 24/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Gemma