Gdy śpiew ptaka odmierza godziny

Mieli nadzieję na nowe życie w Australii. Trafili do jednego ze słynnych obozów na wyspach na Pacyfiku. Ich los zwrócił uwagę świata na australijską politykę imigracyjną. Szczególną politykę.

29.01.2018

Czyta się kilka minut

Dezynfekcja – kadr z filmu „Chauka, proszę, powiedz nam, która godzina” / YOUTUBE.COM
Dezynfekcja – kadr z filmu „Chauka, proszę, powiedz nam, która godzina” / YOUTUBE.COM

Co to znaczy – stracić ponad cztery lata życia? Lata spędzone na czekaniu, na udręczeniu poprzez czas, który płynie, ale donikąd nie prowadzi.

W styczniu w Cambridge pokazano film „Chauka, proszę, powiedz nam, która godzina”. Pokazuje on, czym jest czas dla imigrantów przetrzymywanych w australijskim tzw. obozie przejściowym na wyspie Manus na Pacyfiku. Wcześniej film pokazywano na wielu festiwalach, w marcu będzie można obejrzeć go w Berlinie. Jego autor, kurdyjski uchodźca Behrouz Boochani, wciąż nie jest wolny.

Chauka z Manus

Chauka to ptak z rodziny miodojadów, rząd wróblowych. Jest mały, ale bardzo głośny. Żyje tylko na Manus i jest symbolem wyspy. To według jego śpiewu mieszkańcy określają porę dnia. Jego imię nosiła też wyizolowana część obozu dla uchodźców na wyspie. Oraz film, zrobiony przez jednego z nich.

Behrouz Boochani spędził w obozie już ponad cztery lata. Jest kurdyjskim poetą i dziennikarzem, rodem z Iranu, z którego musiał uciekać w 2013 r. Próbował dostać się do Australii – i utknął na wyspie Manus. Stąd niestrudzenie wysyłał informacje do światowych mediów, m.in. do brytyjskiego dziennika „Guardian”. Wysyłał w szczególny sposób: były to fragmenty informacji i zapisków, przekazywane telefonem. Stopniowo, po kawałku, składały się na teksty – bo całości wysłać nie mógł.

Tak samo powstał film: nakręcony telefonem komórkowym i we fragmentach przesyłany do Arasha Kamali Sarvestaniego, mieszkającego w Holandii producenta i współreżysera.

Obóz na Manus – to było ponad tysiąc mężczyzn, trzymanych tam przez miesiące i lata. Nie mogli pracować, nie mogli się uczyć. Mogli tylko trwać. W obozie była przemoc, nadużycia, czasem śmierć. Ale Boochani nie chciał epatować brutalnymi scenami. Chciał opowiedzieć, jak boli czas – ten czas, który nic nie wypełnia, i który nie ma końca.

Obozy na wyspach

Dziś obozu na Manus już nie ma. Sąd Najwyższy Papui-Nowej Gwinei – państwa, któremu Australia płaciła za to, że mogła na jego terenie utrzymywać obóz „swoich” internowanych – uznał, że ograniczenie swobody poruszania się ludzi, którzy nie popełnili przecież żadnego przestępstwa, jest niezgodne z konstytucją kraju.

Obóz został zlikwidowany w listopadzie 2017 r. Towarzyszyły temu protesty przetrzymywanych tam mężczyzn, w tym Boochaniego. Nie odzyskali oni bowiem wolności, ani ich prawna sytuacja się nie zmieniła – z obozu mieli zostać przeniesieni w inne miejsce, na innej wyspie, w ich odczuciu gorsze i mniej bezpieczne.

Protestującym odcięto prąd i wodę, pozbawiono żywności, potem wkroczyła policja z metalowymi prętami. Rząd Australii – mimo trwającej od lat krytyki ze strony ONZ czy organizacji pozarządowych, jak Amnesty International – nie zamierza zmienić zdania co do swojej szczególnej polityki wobec uchodźców, którzy usiłują przybyć do państwa-kontynentu nielegalnie drogą morską.

Polega ona głównie na odstraszaniu. Ci, którzy usiłują dotrzeć do Australii, np. łodziami z Indonezji, mogą być pewni tylko jednego: raczej nigdy nie staną na australijskiej ziemi. Jeśli ich łodzi nie zawróci lub nie odholuje okręt australijskiej marynarki wojennej, to trafią właśnie do eksterytorialnych obozów dla imigrantów – na Nauru czy do niedawna na Manus.

Nie ma żadnego terminu, w którym ich wniosek o azyl miałby zostać rozpatrzony. Ale nawet jeśli zostanie on uznany za zasadny, to będą mogli osiedlić się jedynie w Papui-Nowej Gwinei czy Nauru. Albo w Kambodży. Rząd Australii płaci tym krajom za to, że chcą przyjmować tych, których nie chciała Australia.

Tak zwany program „Pacific Solution” trwa już od lat. Władze australijskie podkreślają, że chodzi im o zwalczanie przemytu ludzi, odebranie zarobku szmuglerom i zniechęcenie imigrantów do niebezpiecznej morskiej przeprawy.

Imigracja tak, ale...

Kilka tygodni temu Komitet Praw Człowieka ONZ opublikował raport dotyczący Australii, w którym wyraził zaniepokojenie warunkami panującymi w obozach w Papui-Nowej Gwinei i na Nauru. Na liście zaleceń jest m.in. rozważenie wstrzymania dalszych transferów uchodźców do tych miejsc, zamknięcie ośrodka internowania na Wyspie Bożego Narodzenia oraz ograniczenie maksymalnego czasu internowania.

Ale nie wydaje się, by australijski rząd zmienił swoją politykę. Bo jeśli chodzi o jej cele – czyli kontrolę nad imigracją i odstraszanie uchodźców, którzy próbują dostać się do kraju nielegalnie, drogą morską – jest ona bardzo efektywna.

Opinia społeczna państwa-kontynentu jest co do niej podzielona: mniej więcej połowa Australijczyków uważa, że imigrantom z eksterytorialnych obozów nie należy pozwolić na osiedlenie się w Australii – i niemal tyle samo jest przekonanych, że należy ich przyjąć. Jednak nawet ci przeciwni sprowadzeniu ich do kraju są zaniepokojeni warunkami w obozach.

I to jest sedno całej sprawy: chodzi o sposób traktowania imigrantów próbujących dostać się do kraju nielegalnie. Państwo australijskie przyjmuje chętnie imigrantów – lecz tylko tych, których zechce przyjąć.

Dwa miliony w dziesięć lat

„Co roku Australia, kraj liczący 24 mln ludzi, przyjmuje ok. 200 tys. imigrantów. To, ujmując rzecz inaczej, dwa miliony w ciągu 10 lat” – mówi „Tygodnikowi” australijski pisarz Richard Flanagan.

To ci, którzy starali się o prawo pobytu oficjalną drogą i otrzymali stałą wizę, w ramach legalnego programu migracyjnego. W ramach tego programu, zakrojonego na wielką skalę, Australia dobiera sobie tych, których chce przyjąć. Kryterium doboru mogą być umiejętności zawodowe lub więzi rodzinne. Część z tych 200 tys. nie musi zresztą przybywać na kontynent – oni mogą już tutaj od jakiegoś czasu mieszkać, w oparciu o inne wizy, np. studenckie. Nie są to nowi przybysze, lecz ci, którzy przyjechali tu czasowo, a postanowili zostać na stałe.

Coroczna liczba przyjmowanych w ten sposób, a także dobór zawodów, jakie powinni posiadać (bo czasem bardziej potrzebni od chirurgów mogą być np. ­hydraulicy), czy też odsetek tych, którzy aplikują, powołując się na australijskich krewnych – wszystkie te czynniki mogą się zmieniać. Jeszcze kilkanaście lat temu bywało więc, że kraj przyjmował około 100 tys. imigrantów rocznie, potem ta ­liczba rosła. Teraz oscyluje wokół około 200 tys. rocznie. Najwięcej imigrantów, przyjmowanych tą drogą, pochodzi ostatnio z Indii, Chin i Wielkiej Brytanii.

Australia ma też osobny program humanitarny, w ramach którego co roku przyjmuje oficjalnie kilkanaście tysięcy uchodźców. Np. ze względu na wojnę trwającą w Syrii, w 2015 r. zadeklarowała przyjęcie dodatkowych 12 tys. uciekinierów z tego kraju.

Jak premier z prezydentem

Dlaczego więc problemem okazuje się niewiele ponad tysiąc uchodźców przetrzymywanych na Manus albo w innych wyspiarskich obozach? To przecież liczba bez znaczenia w skali całej imigracji do Australii...

Chodzi o zasadę: za nieustępliwością australijskich władz stoi przekonanie, że danie jakiejkolwiek nadziei ludziom z obozów spowoduje, że w ślad za nimi poprzez morze ruszą kolejni. W ten sposób im gorszy staje się wizerunek Australii w sprawie obozów, tym lepiej dla jej polityki odstraszania... I tutaj nic się chyba nie zmieni.

Historia kurdyjskiego poety Behrouza Boochaniego stała się znana, bo jest on artystą i dziennikarzem. To sprawiło, że jego głos został usłyszany. Mówiono o nim w australijskim parlamencie, wstawili się za nim intelektualiści – w tym Richard Flanagan.

Jednak jego los jest taki sam jak innych internowanych, tych, o których nie mówi się na świecie. To, kim są, jest bez znaczenia. „Jeśli dopłyniesz do Australii łodzią, nawet jeśli myślimy, że jesteś najlepszą osobą na świecie, że jesteś geniuszem z Nagrodą Nobla, nie wpuścimy cię” – tak premier Malcolm Turnbull miał przed rokiem wyjaśniać prezydentowi Trumpowi założenia australijskiej polityki imigracyjnej.

„Jesteś gorszy niż ja” – miał stwierdzić Trump. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach dokumentalnych (np. „Zdobyć miasto” o Powstaniu Warszawskim). Autorka… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 6/2018