MICHAŁ SOWIŃSKI: Od ponad dekady fotografujesz amerykański Zachód. Czy masz poczucie, że uchwyciłeś jego istotę – to, czym był i czym stał się dziś?
Bryan Schutmaat: Słowa, jak „istota” czy „prawda”, są w fotografii bardzo ulotne. Pokazuję mój własny, subiektywny obraz tego miejsca – oparty na latach podróży, spotkań, obserwacji. Na początku zachwycił mnie krajobraz: ogrom przestrzeni, surowe piękno natury, romantyzm pustki. Ale z czasem zacząłem dostrzegać coś więcej – społeczną rzeczywistość. Ubóstwo, izolację, ślady niespełnionych obietnic. I wtedy moje spojrzenie się zmieniło. Zacząłem myśleć o Zachodzie jako o micie – o obietnicy nowego początku, która dla wielu okazała się złudzeniem. I to właśnie próbuję pokazać w swoich zdjęciach – nie pełen obraz, ale osobistą opowieść o tym, co ten mit dziś znaczy.
A co z nowymi mitami? Te dawne – o wolności, o pograniczu, o męskości – wydają się dziś martwe. Czy powstały jakieś nowe?
Stare mity wciąż żyją – są głęboko zakorzenione w amerykańskim myśleniu o wolnym rynku, indywidualizmie, samowystarczalności. Wciąż wierzymy, że jeśli tylko się postarasz, wszystko się uda – nawet jeśli rzeczywistość temu przeczy. Popkultura, jak serial „Yellowstone”, wzmacnia te wyobrażenia, szczególnie wokół męskości i mitu Zachodu. Jest w tym piękno, które przyciąga ludzi, chcących zacząć coś od nowa, jak w Paradise Valley w Montanie. Duch Zachodu nie zniknął, choć ekonomiczna rzeczywistość już dawno przestała go wspierać. Dla mnie ten mit to źródło twórczego impulsu. Ludzie są znacznie bardziej złożeni niż te schematy. W moich zdjęciach, choć dokumentalnych, zawsze jest odrobina fikcji – próbuję dotrzeć pod powierzchnię, pod to, jak chcemy się przedstawiać.
Jaką rolę pełni krajobraz w Twoich zdjęciach – i co w nim próbujesz usłyszeć?
Nie interesuje mnie krajobraz sam w sobie – tylko ten, który nosi ślady ludzkiej obecności. Nasze działania, intencje, brak szacunku – to wszystko zapisuje się w tym, jak traktujemy ziemię. W pejzażu widać historię podboju, degradacji, niespełnionych nadziei. Nawet porzucona opona przy drodze może być opowieścią o czyimś marzeniu.

Bardzo bliski jest mi Cormac McCarthy – zwłaszcza jego „Droga”. Myślę o tym pustkowiu bez Boga, o ojcu i synu wypatrujących śladów życia. W moim cyklu „Sons of the Living” pierwsze dwie sale wystawy powstały z tą właśnie książką w głowie. Krajobraz to dla mnie coś więcej niż tło – to przestrzeń o głębokim moralnym wymiarze. To pytanie o to, jak pozostać dobrym w świecie, który zdaje się zupełnie pozbawiony nadziei.
Tematem tegorocznego Festiwalu Ars Cameralis jest strach. Czy pojawia się on także w Twoich fotografiach?
Zdecydowanie tak – szczególnie we wspomnianym cyklu, nad którym pracuję od ponad dekady. To opowieść o niepokoju związanym z naszą współczesnością: przemysłowym światem, kryzysem klimatycznym, przyszłością. Chciałem, by zdjęcia miały niemal biblijny wymiar – pustynia, nadzieja, rozpacz. U ich źródła leży lęk przed tym, co nadchodzi. Poprzez fotografię próbuję go nazwać i natchnąć nas siłą, która pozwoli nam przetrwać. Wierzę, że sztuka może w tym pomóc.
Czy wśród ludzi, których fotografowałeś, częściej widziałeś strach, czy może nadzieję?
Więcej strachu i niepokoju – ale nigdy bez nadziei. Nawet w trudnych sytuacjach widziałem w ludziach jakąś iskrę, coś, co jeszcze się tli. Nikt nie był całkowicie pogrążony w rozpaczy. Trzymali się czegokolwiek, choćby resztek nadziei. W świecie pełnym chaosu i katastrof to właśnie ta zdolność przetrwania, ten ułamek siły stał się dla mnie źródłem twórczej i moralnej inspiracji.
Czy dziś, w październiku 2025 r., można jeszcze być artystą apolitycznym – choćby w szerokim sensie?
Jako fotograf, który portretuje rzeczywistość, nie sądzę, że można być całkowicie apolitycznym. Nawet jeśli zrobiłbym zwykłe zdjęcie domu naprzeciwko, ktoś może w nim zobaczyć komentarz na temat ekonomii, przedmieść, nierówności. Taki już jest ten język – pokazując świat, mimowolnie odsłaniasz napięcia społeczne i polityczne.
Więc tak, w szerokim sensie moja praca bywa polityczna. Ale to nie jest zaplanowane. Nie wstaję rano z intencją: „dzisiaj zrobię polityczne zdjęcie”. Wstaję z ciekawością: „co dzisiaj zobaczę, co mnie poruszy?”. Dla mnie fotografia nie jest narzędziem polityki – raczej odwrotnie: polityka czasem trafia do fotografii. Noszę ją w sobie, bo jestem wrażliwy na świat, ale nie tworzę sztuki dla idei czy sprawy.
Mam też świadomość, że aparat nie zmieni świata. Jeśli ktoś naprawdę chce to robić, może bardziej nadają się do tego filmy dokumentalne czy teksty z mocą argumentu. Dla mnie fotografia to inna forma – subtelna, bardziej poetycka. I dlatego czasem silniejsza. Ale nie służy do naprawiania rzeczywistości – jak wiolonczela nie służy do leczenia złamanej stopy.
Jak chciałbyś, żeby Twoje fotografie działały na ludzi?
Nie mam jasnej agendy. Chciałbym, żeby moje zdjęcia po prostu poruszały. Jeśli ktoś patrzy i widzi świat, który trzeba zmienić – to dobrze, ale to wynika z samego świata, nie z moich intencji. Nie fotografuję po to, by głosić idee – tylko dlatego, że coś mnie porusza, że coś jest wizualnie mocne, fascynujące. To nie ucieczka od odpowiedzialności – po prostu nie jestem aktywistą. Jestem artystą, który szuka znaczenia.
W dzisiejszym świecie presja zaangażowania jest ogromna. Ale obok krzywdy, przemocy i politycznych podziałów potrzebujemy też piękna. Uważam, że samo tworzenie obrazów, które niosą sens lub wzruszenie, to wystarczający powód, by je robić. Często powtarzam studentom: jedno zdjęcie nie zmieni świata, ale może przypomnieć, że świat jest wart, by o niego walczyć.
W Europie z niepokojem obserwujemy to, co dzieje się dziś w Stanach. Czy Ty sam odczuwasz strach wobec kierunku, w jakim zmierza Twój kraj? Jak zmieniła się amerykańska prowincja, którą fotografujesz od lat?
To, co dzieje się obecnie, budzi realny strach – i nie mam tu na myśli tylko polityki, ale całościową atmosferę w kraju. Działania służb imigracyjnych, nowe przepisy, zatrzymywanie ludzi bez procesu – wszystko to przypomina coś, co trudno sobie wyobrazić w demokratycznym państwie. Ulice pełne są uzbrojonych funkcjonariuszy bez oznaczeń, ludzie są wyciągani z domów i samochodów – to wygląda jak sceny z państwa policyjnego. I niestety, to nie jest przesada.
A jeśli chodzi o prowincję – zmieniła się, ale nie w sposób, w jaki często przedstawiają to media. Owszem, Trump ponownie wygrał wybory, zaskakująco zwiększając poparcie wśród mniejszości. W dużej mierze dlatego, że Demokraci zawiedli. Wiele osób poczuło się opuszczonych, niezauważonych – i stąd te wybory. Ale prowincja to nie jest jeden obraz. Jeżdżę po tych małych miasteczkach od lat i spotykam ludzi naprawdę życzliwych, otwartych, zróżnicowanych. Nie wiem, na kogo głosują – i nie pytam. Bo to nie o to chodzi. Rzeczywistość jest bardziej zniuansowana, niż pokazują to statystyki i komentarze.

To, co obserwuję, to raczej pęknięcie – poczucie, że coś się rozpadło. Ale jednocześnie jest też wiele osób, które starają się żyć uczciwie, z nadzieją. Myślę, że podobne napięcia można znaleźć w wielu krajach, nie tylko w USA.
Zostawiając na moment politykę – zastanawiam się, czy myślałeś o opuszczeniu Zachodu. Nie tylko geograficznie, ale też symbolicznie. Czy widzisz siebie jako fotografa innej części Stanów – albo zupełnie innego świata?
Zawsze o tym myślę. Z dwóch perspektyw: po pierwsze – jako fotograf, chciałbym kiedyś pracować w miastach na wschód od Missisipi. Jest tam inna energia, inna szorstkość, inny rodzaj piękna. Ludzie są tam bardzo wyjątkowi. Mam w głowie projekt fotograficzny z tamtego obszaru.
Po drugie – ciągnie mnie też do innych krajów, głównie ze względu na pejzaże. Nie wiem, czy odnalazłbym się w opowiadaniu historii społecznych poza USA, bo nie znam wystarczająco dobrze tych kultur. To nie znaczy, że nie można – jeśli masz serce i rozum, możesz odnaleźć się wszędzie. Ale ja po prostu czuję się bardziej naturalnie w miejscach, które znam.
A poza tym – jestem z Teksasu. A Teksas to miejsce, gdzie Południe staje się Zachodem – ten kulturowy przełom dzieje się w samym środku stanu. I chciałbym zrobić coś bliżej wybrzeża Zatoki Meksykańskiej – ten rejon ma własną tożsamość, własne tempo.
Jeśli chodzi o moją tożsamość – czuję się zakorzeniony w Stanach Zjednoczonych. Pomimo wszystkich problemów, pomimo całego bałaganu czuję radość i odpowiedzialność płynącą z tego, że mogę tu być. Chcę, żeby ten kraj stał się lepszy – i mam nadzieję na lepszą przyszłość.
Czy kiedykolwiek myślałeś o zrobieniu czegoś zupełnie innego – o fotografowaniu miejsc, których kompletnie nie znasz?
Chętnie przywiózłbym swój aparat do Polski i zobaczył, co się wydarzy. To rzeczywiście mogłoby być coś zupełnie innego – spotkać się z czymś, czego się nie rozumie, nie zna. Bo choć dużo mówiłem o znaczeniu znajomości miejsca, to czasem właśnie brak tej znajomości działa jak katalizator. Patrzysz wtedy świeżym okiem, wszystko cię ciekawi. W każdym miejscu są rzeczy, które dla mieszkańców są zwyczajne, ale dla fotografa – fascynujące. Filmy osadzone w Europie Wschodniej miały dla mnie zawsze coś z egzotyki – nie wiem dokładnie co, ale to byłby bardzo ciekawy kierunek. Chętnie bym spróbował, choć nie wiem jeszcze, jak by to wyglądało.
Twoje fotografie ogląda cały świat – podobnie jak obrazy Ameryki, które znamy z filmów czy muzyki. Jak odbierasz reakcje widzów? Czy któraś szczególnie Cię zaskoczyła?
Bywa, że mam z tym pewien problem – bo moje spojrzenie na Zachód jest mroczne, melancholijne. A to przecież piękne miejsce, zamieszkane przez fantastycznych ludzi. Mieszkam w Teksasie i Montanie, ale nie jestem przewodnikiem turystycznym – jestem artystą. I pokazuję to, co sam czuję i widzę. Czasem, gdy wchodzę do europejskiej galerii i widzę na ścianie zdjęcia przedstawiające mój kraj w trudnym świetle, pojawia się niepokój – nie z powodu patriotyzmu, tylko z poczucia odpowiedzialności. To nadal moje miejsce.
Ale wiem też, że amerykański krajobraz jest jednym z największych kulturowych „eksportów” w historii – znają go wszyscy, nawet jeśli nigdy tam nie byli. I właśnie to mnie fascynuje – jak pokazać coś tak dobrze znanego w nowy sposób? Jak opowiedzieć na nowo mit, który każdy zna z westernów czy pocztówek? Dlatego tak bardzo interesuje mnie gra z gatunkiem – przełamanie estetyki, wprowadzenie melancholii, smutku. Tak jak w zdjęciu z Canyonlands – zrobiłem je podczas burzy, w czerni i bieli, z dwójką chłopaków na tle tego „ikonograficznego” widoku. To był mój sposób, by na nowo opowiedzieć znany obraz.
Ostatecznie wiem, że to tylko moje spojrzenie – fragmentaryczne i osobiste. I może to mnie trochę usprawiedliwia. Jeśli coś wygląda na smutne, to dlatego, że takie właśnie było w tamtym momencie.
Bryan Schutmaat – amerykański fotograf, mieszka w Teksasie i Montanie. Znany z melancholijnych obrazów amerykańskiego Zachodu. Jego prace były wystawiane i publikowane na całym świecie.
Artysta będzie gościem tegorocznego Festiwalu Ars Cameralis. Wernisaż wystawy 6 listopada o godz. 18.00. Więcej informacji na arscameralis.pl
Dodatek do „Tygodnika Powszechnego” 44/2025
Redakcja: Michał Sowiński
Okładka: Aleksandra Grunholz / Studio Chaotyczne
TP typografia: Andrzej Leśniak
Fotoedycja: Grażyna Makara, Katarzyna Bułtowicz
Parnterami dodatku są Województwo Śląskie oraz Ars Cameralis Silesiae Superioris
Ars Cameralis jest instytucją kultury samorządu województwa śląskiego
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















