Euro 2024: paradoks Southgate’a, czyli czy dobrzy ludzie mogą być dobrymi trenerami

W trakcie szczytu NATO premier Keir Starmer otrzymał notatkę od jednego z doradców. Na wyrwanej z notesu karteczce napisano „Watkins w 91. minucie. Mamy finał”.
Czyta się kilka minut
Trener reprezentacji Anglii Gareth Southgate po wygranym półfinale z Holandią, Dortmund, 10 lipca 2024 r. / Fot. Frank Augstein / Associated Press / East News

Nie wiem, oczywiście, czy wyglądało to dokładnie w ten sposób, choć wiem, że przebywający w Waszyngtonie Starmer żądał, by o wydarzeniach z Dortmundu informować go na bieżąco. Ciekawe, czy przypływ dobrego humoru tego polityka, związany z wygraną Anglików w meczu z Holandią, wpłynął na losy Sojuszu (i Ukrainy) tak, jak apele Mbappé na wynik wyborów we Francji.

Zostawmy jednak sprawy zagraniczne. Najbardziej poruszający w tym wszystkim był przecież widok Garetha Southgate’a po ostatnim gwizdku sędziego. Trener Anglików, którego twarz podczas pierwszych kilku meczów tegorocznych mistrzostw Europy przypominała mi o zmianach zachodzących u tolkienowskich bohaterów po zbyt długim noszeniu pierścienia; trener Anglików obrzucany przez swoich rodaków plastikowymi kubkami z piwem po bezbramkowo zremisowanym meczu ze Słowenią w fazie grupowej; trener Anglików niemiłosiernie poniewierany, wyszydzany wręcz przez media, o coraz bardziej wpływowych influencerach nie wspominając, wstąpił na murawę dortmundzkiego stadionu, jakby ten ostatni gwizdek ujął mu dziesięć lat życia.

A precyzyjniej rzecz ujmując: osiem lat bez dwóch miesięcy, w trakcie których poprowadził reprezentację swojego kraju w równo stu meczach. Wygrany półfinał, dający tej drużynie drugi za jego kadencji awans do finału mistrzostw Europy (a grali jeszcze, przypomnijmy, w półfinale i ćwierćfinale dwóch mundiali)… jest to jakiś sposób na uczczenie jubileuszu.

Kiedy Anglicy przegrywają, wstępuje w nich życie

Paradoksalny to awans. Anglicy rozegrali w Niemczech już sześć spotkań i po każdym z nich byli krytykowani za letargiczną postawę; nieśmiałe oznaki ożywienia w ich grze dały się zauważyć w trakcie jednej połowy ćwierćfinału ze Szwajcarią, a zdecydowanie śmielsze - w trakcie jednej połowy meczu z Holendrami. A może zresztą należałoby napisać: oznaki ożywienia w grze Anglików dały się zauważyć wtedy, kiedy tracili bramkę i musieli gonić wynik? Może Xavi Simons ogrywając Declana Rice’a i uderzając nad rękawicą Jordana Pickforda do angielskiej bramki już w siódmej minucie tego półfinału, tak naprawdę sprawił im przysługę?

„Spokojnie”, pokazywał wprawdzie wówczas Kieran Trippier, którego angielski selekcjoner komplementował w trakcie turnieju głównie z powodu tego, jak komunikuje się z kolegami na boisku, ale o grze Anglików można było powiedzieć wszystko, tylko nie to, że znów była spokojna. Najpierw próbował strzelać Bukayo Saka, później uderzał z dystansu Harry Kane, aż w końcu Anglików podłączył do prądu sędzia Zwayer, dyktując po podpowiedzi VAR kontrowersyjną jedenastkę („Nie sądzę, żeby to był karny, ale to nieważne”, powiedział w angielskiej telewizji były reprezentacyjny obrońca Lee Dixon; nawet na Wyspach większość fachowców uważa, że sędzia podjął pochopną decyzję), którą na gola zamienił Harry Kane.

Minuty, które nastąpiły po wyrównującej bramce, były najlepszymi minutami Anglii w tym turnieju, a akcja Mainoo, po której Foden znalazł się przed Verbruggenem, zmieścił piłkę między bramkarzem a słupkiem, a później patrzył, jak na linii bramkowej zatrzymuje ją Dumfries - była w wydaniu Anglików najbłyskotliwsza. Owszem, za chwilę tenże Dumfries główkował w poprzeczkę po rzucie rożnym, ale odpowiedzią był strzał w słupek Fodena. Nareszcie Anglicy grali żwawo (słowo „intensywnie” faktycznie zaczęło być na turnieju nadużywane), nareszcie starali się wybiegać za plecy obrońców, nareszcie piłka krążyła między nimi szybciej, choć wciąż z pominięciem lewej strony - w zasadzie tylko środkiem lub prawym skrzydłem, ale i na to Gareth Southgate znalazł sposób, już w przerwie wprowadzając wracającego po kontuzji Luke’a Shawa. Znakomicie pod obiema bramkami prezentował się młody pomocnik Manchesteru United Kobbie Mainoo, zarówno odbierający piłkę Holendrom, jak napędzający akcje swojej drużyny. Wypada Southgate’owi oddać i to, że szybko zmienił ustawienie z trójki na czwórkę obrońców, a w efekcie Xavi Simons nie miał już tyle swobody między angielskimi liniami. Dużo, naprawdę dużo czasu upłynęło od czasów, w których 45 minut meczu z udziałem reprezentacji Anglii minęłoby mi tak błyskawicznie.

Oczywiście druga połowa była już ostrożniejsza - ale to znowu nie znaczy spokojniejsza. Można by nawet powiedzieć, że mecz przybrał oblicze wprowadzonego na boisko w przerwie holenderskiego napastnika Wouta Weghorsta, w sensie ścisłym przyduszającego przy jednym z rzutów rożnych Declana Rice’a. Były wślizgi, jak Walkera w Gakpo w 73. minucie. Była zacięta walka o pozycję w obu polach karnych w trakcie stałych fragmentów gry. Ale w końcu były też zmiany Southgate’a, o których trzeba będzie napisać szerzej. Zmiany, które dały Anglikom finał, bo akcję na wagę awansu przeprowadzili rezerwowi, sporadycznie wykorzystywani dotąd Cole Palmer i Ollie Watkins. Ten drugi - strzelec zwycięskiej bramki - zagrał na tym turnieju zaledwie 20 minut, trzy tygodnie temu podczas spotkania z Duńczykami.

Kiedy Anglicy wygrywają, parasol jest niepotrzebny

Zabawne, jak kilkanaście minut - a może jednak kilkanaście dni? - potrafi wywrócić jakąś narrację do góry nogami. Wydawało się, że to dobiegające już końca Euro pokazuje, że Southgate pracuje z drużyną za długo i że tych parę dni, w trakcie których po mundialu w Katarze zastanawiał się, czy nie zrezygnować z posady, powinno było dla dobra wszystkich zakończyć się inną decyzją. Wydawało się, że presja, jaka wiąże się z funkcją selekcjonera, jest już zwyczajnie nie do uniesienia.

Lato 2024 - czas polaryzacji i terroru mediów społecznościowych, czas krążących w przestrzeni publicznej tyleż mocnych, co jednowymiarowych opinii, którymi wsławiają się na Wyspach choćby promujący swoje podkasty byli reprezentanci Anglii, Gary Lineker czy Alan Shearer - to lato, podczas którego parasol, jaki zawsze próbował rozpiąć nad swoimi piłkarzami ów starannie dobierający słowa, po angielsku powściągliwy dżentelmen (no zrób tu z kogoś takiego bohatera naszych czasów…), stał się równie szczelny jak dach nad stadionem w Dortmundzie. Czytaj: przepuszczał strugi wody.

Ale teraz jego drużyna w trzecim meczu z rzędu znalazła sposób na odwrócenie niekorzystnego wyniku. Przewrotka Bellinghama ze Słowacją. Strzał Saki ze Szwajcarią i późniejsze karne. W końcu Watkins, dający Anglikom awans do finału… Przyznam, że ciekaw jestem, co powiedzą o tym wszystkim ludzie, którzy Southgate’a tyle razy odsądzili od czci i wiary. Oczywiście kiedy już wytrzeźwieją po świętowaniu niespodziewanego, z ich perspektywy, sukcesu.

Znamienne: w jednym z zapowiadających półfinał tekstów na łamach „Independenta” Miguel Delaney zwrócił uwagę, że wszystkie te mecze Anglików przypominały raczej psychodramy niż normalne piłkarskie spektakle. Jakby uczestniczący w nich zawodnicy zmagali się raczej z trudnościami wewnętrznymi niż z przeciwnikiem. „Kiedy ogarnia cię jakieś uczucie, musisz się z nim skonfrontować” - mówił Southgate na jednej z konferencji i przyznajmy, że brzmi to jak coaching natury nieco innej niż futbolowa. - Nie możesz liczyć na to, że samo przejdzie i że więcej nie wróci. Musisz przepracować je na boisku”.

Polemika, w jaką Harry Kane wdał się z krytykującymi reprezentację jej dawnymi ikonami, wspomnianymi Shearerem i Linekerem, wskazywała, że owe trudności wewnętrznie nie były niczyim wymysłem. Ale Gareth Southgate także w tym punkcie wyciągnął wnioski: płynące w ostatnich dniach doniesienia z obozu reprezentacji świadczyły o tym, że im dalej w turniej, tym lżejsze treningi, tym mniejsze obciążenie graczy informacjami na temat kolejnych rywali i tym więcej zabawy. Z Holandią widzieliśmy to już ewidentnie: tu nie było przemotywowania, spętanych nóg, koszulki z trzema lwami przygniatającej do ziemi ciężarem związanych z nią oczekiwań.

Kiedy Anglicy zmienili trenera (osiem lat temu), ich świat stał się lepszy

Próbuję, jak widać, oddać Southgate’owi sprawiedliwość. Przy okazji jego setnego meczu z reprezentacją chciałbym zresztą zauważyć, że nigdy nie palił się do jej objęcia. Jako trener klubowy nie utrzymał Middlesbrough w Premier League. W angielskiej federacji długo pracował na zapleczu, nie tylko z drużyną U-21, ale także nad tworzeniem tzw. Angielskiego DNA i budową ośrodka szkoleniowego St George’s Park - skądinąd fakt, że wśród obecnych reprezentantów Anglii jest tylu świetnych technicznie i dobrze czujących się z piłką przy nodze zawodników, a angielskie drużyny juniorskie i młodzieżowe również nieźle się prezentują na wielkich turniejach, jest po części efektem reform podjętych przy jego udziale.

Kiedy krótka kadencja Sama Allardyce’a zakończyła się skandalem, podjął się pracy na cztery mecze, żeby uspokoić atmosferę. Ostatecznie został na dłużej i przez kolejne osiem lat dostarczył Anglikom najpiękniejszych futbolowych wspomnień od czasu wygranego przez nich mundialu 1966. Na mistrzostwach świata w Rosji zerwał ciążącą nad Albionem klątwę rzutów karnych - sam, jako reprezentant kraju, nie wykorzystał jedenastki w meczu z Niemcami na Euro 1996 - i doszedł aż do półfinału. Podczas Euro 2020 zremisował w finale - wtedy jednak to Włosi lepiej strzelali karne. W Katarze stoczył wyrównany bój z przyszłymi finalistami, Francuzami. Przez sześć lat wygrał osiem meczów w fazie pucharowej mundiali czy Euro - wynik, jaki poprzednicy w fotelu selekcjonera musieli ciułać przez pół wieku.

A jakby tego było mało: odbudował więź między kibicami i piłkarzami, był dla tych drugich jak ojciec, a przy okazji uczył rodaków nowoczesnego patriotyzmu. Wystarczy przejrzeć nie tak znów zakurzone roczniki gazet lub cofnąć się nieco w internetowych archiwach: będą pełne np. relacji z West Endu, gdzie James Graham, zainspirowany jego listem do „Drogiej Anglii”, napisanym przed poprzednimi mistrzostwami Europy, wyreżyserował sztukę, w której w rolę angielskiego selekcjonera wcielił się Joseph Fieness.

Paul Hayward, autor opublikowanej także po polsku historii reprezentacji Anglii, portretuje Southgate’a jako dzielnego altruistę, który z poczucia odpowiedzialności podjął się także strzelenia rzutu karnego w tamtym spotkaniu z Niemcami, choć wcześniej nigdy tego nie robił - po prostu bał się mniej od kolegów. „Gdy narobi się takiego bigosu, to człowiek rozumie, że w życiu zawodowym zapewne nie spotka go już nic trudniejszego. To niemal wyzwolenie, po którym dochodzi się do wniosku: no dobrze, czas wziąć byka za rogi” - mówił po latach w rozmowie z księciem Williamem. O tym, jaką rolę zaczął odgrywać w kraju jako selekcjoner, wiele mówi początek rozdziału 39. książki Haywarda, traktującego, uwaga, o „resecie kulturowym Garetha Southgate’a”: „Podczas jego pierwszego turnieju ludzie mówili, że powinien być premierem. Podczas jego drugiego turnieju, Euro 2020, >>The Times<< na pierwszej stronie wydrukował dużą czcionką: >>Jak być Garethem – dlaczego porządni faceci są sexy?<<”.

Kiedy Anglicy są w finale, trzeba uderzyć się w piersi

Przyznaję: polubiłem go w tamtym czasie bardzo, ale polubiłem za kwestie, by tak rzec, pozafutbolowe. Zostawiając już na boku odwagę, z jaką podejmował w swoich publicznych wypowiedziach kwestie społeczne, w tym - ryzykując np. ironiczne uwagi premiera Johnsona - dotyczące problemu dyskryminacji rasowej (zacytujmy: „Od zawsze uważam, że nie wolno nam zamykać się w piłkarskiej bańce. Obowiązkiem reprezentantów Anglii jest angażowanie się w publiczne dyskusje dotyczące takich zagadnień, jak równość, inkluzywność czy uprzedzenia rasowe. Piłkarze powinni wykorzystywać swoją pozycję i autorytet, by inicjować debatę, pracować nad zwiększaniem świadomości i edukować”…), zapytany w 2021 r. przez Jacka Humphreya w „The High Performance Podcast” o kwestie niepodlegające u niego negocjacji, mówił o „szacunku” – dla etosu zespołu, „dla pani pracującej w recepcji”, dla zawodnika, który wchodzi z ławki rezerwowych. Następnie wymienił punktualność i porządne przygotowywanie się do meczów, a na koniec wspomniał o „zaufaniu”, rozumianym jako „wzajemna uczciwość”.

Ziewnęliście? A mnie się, przyznam, ta fraza o szacunku dla zawodnika wchodzącego z ławki przypomniała właśnie wtedy, kiedy o zwycięstwie nad Holandią zdecydowała akcja Palmera i Watkinsa. Od dawna zresztą miałem poczucie, że - wbrew dominującej opinii o tym, że Southgate nadmiernie przywiązuje się do ludzi - angielski selekcjoner potrafi podejmować również niepopularne decyzje o odsunięciu od składu zawodników, którzy stracili formę czy przestali pasować do jego koncepcji; w gruncie rzeczy niewiele znam we współczesnym świecie (także politycznym) przypadków równie merytokratycznego podejścia do sprawowanej przez siebie funkcji. Ani Foden, ani Kane nie sprawiali wrażenia zadowolonych, kiedy opuszczali boisko, w dodatku wiele argumentów przemawiało za wprowadzeniem w miejsce tego ostatniego Toneya raczej niż Watkinsa. Naprawdę, selekcjoner Anglików wiele ryzykował.

Brak elastyczności to jedna z łatek, które przez lata mu przyklejono, pamiętając np., jak nie umiał zareagować na przejęcie przez Włochów inicjatywy w finale Euro 2020 - ale tutaj w każdym kolejnym meczu reaguje odpowiednio. Zmagający się z urazem pleców Harry Kane, kapitan i legenda drużyny, nie jest nietykalny - Southgate zmienia go nawet, kiedy wiele wskazuje na to, że mecz rozstrzygnie się w karnych, a zespół potrzebuje zimnej krwi lidera. Kiedy trzeba, z boiska schodzi człowiek, którego gol przedłużył szanse Anglików na ten półfinał, Bukayo Saka.

Oczywiście stylu gry, jaki prezentowała aż do dzisiaj na Euro „droga Anglia”, bronić nie zamierzam. Nawet jeśli turnieje zachęcają selekcjonerów do ostrożności (Southgate nie był zresztą jedynym, dość oszczędnie zezwalającym swoim piłkarzom na swobodną ekspresję, weźmy choćby Francuza Didiera Deschampsa), zachowawczość Anglika wydawała się zbyt daleko posunięta. Grupa niezwykle utalentowanych zawodników ofensywnych prosiła się o trochę więcej swobody - i faktem jest, że dostawała ją dopiero wtedy, kiedy Anglicy przegrywali. Faktem jest jednak i to, że Deschampsa i tylu innych szkoleniowców na Euro już nie ma. Zostali tylko Luis de la Fuente i Gareth Southgate.

Miałem na jego temat przygotowaną parafrazę zdania Czesława Miłosza o Annie Kamieńskiej: „Nie była poetką wybitną. Ale to sprawiedliwe. Dobry człowiek nie nauczy się podstępów sztuki”. Przyznam jednak, że dziś nie potrafię z czystym sumieniem napisać, że nie jest wybitnym trenerem człowiek, który znów awansował z Anglikami do finału mistrzostw Europy.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”