Euro 2024: Cierpienia młodego Jude’a

Wśród drużyn, które zagrają w ćwierćfinałach, trudno znaleźć bardziej bezbarwną niż Anglia. Wśród trenerów trudno znaleźć bardziej krytykowanego niż jej selekcjoner. Tym razem Garetha Southgate’a uratował Jude Bellingham.
Czyta się kilka minut
Jude Bellingham, strzelający przewrotką wyrównującą bramkę w meczu Słowacja-Anglia, Gelsenkirchen, 30 czerwca 2024 r. / Fot. KENZO TRIBOUILLARD / AFP / EAST NEWS

Zdecydowanie nie powinno się tego robić. Nie powinno się siadać do pisania o meczu Anglików w trakcie spotkania, które nadeszło kilkanaście minut po jego zakończeniu – spotkania Hiszpanów z Gruzinami. Trudno o większy kontrast, zarówno w tym, jak faworyci obu pojedynków je rozpoczynali, jak i w tym, jak zbierali się do odrabiania strat, gdy rywale wychodzili na prowadzenie. Z jednej strony hiszpański rozmach, fantazja, technika i wiara we własne umiejętności, żywe srebra sunące ze skrzydeł - Yamal i Williams – i złoty spokój Rodriego w środku pola; komfort posiadania piłki i zabójcza bezpośredniość. Z drugiej angielski, no cóż, jesteśmy w Niemczech, więc inne słowo nie chce jakoś przyjść mi do głowy – Weltschmerz. Melancholia, smutek, apatia, z której tak trudno się podźwignąć. Cierpienia młodego Jude’a, daremnie próbującego zerwać się do sprintu z nogami po kolana w puddingu.

Anglia jak parowóz Stevensonów

Na stadionie w Kolonii Hiszpanie oddali na bramkę Gruzinów 32 strzały, z czego 12 celnych – wygrali 4:1; Anglicy w trakcie ponad dwugodzinnego meczu w Gelsenkirchen uderzali na bramkę Słowaków tylko 12 razy, z czego celnie zaledwie dwa. Aż do 95. minuty wyglądało na to, że spakują się i wrócą do domu po rozczarowaniu porównywalnym chyba jedynie z katastrofalnym występem przeciwko Islandii w trakcie Euro 2016; skądinąd wkrótce po tamtym, traumatycznym dla nich doświadczeniu, miała się rozpocząć obecna epoka w dziejach ich futbolu, epoka Garetha Southgate’a.

Niemal każda akcja jego dzisiejszych podopiecznych – może z wyjątkiem tej, w której Foden był na spalonym tuż po rozpoczęciu drugiej połowy – rozwijała się w tempie parowozu Stevensonów umieszczonego między pociągami Alta Velocidad Española. Najlepszy piłkarz ligi hiszpańskiej, najlepszy piłkarz Premier League wraz z kilkoma innymi objawieniami minionych sezonów na Wyspach, a do tego król strzelców Bundesligi, przywdziawszy trykot z trzema lwami, stracili cały rezon: kiedy futbolówkę przy nodze mieli zawodnicy klasy Declana Rice’a czy Bukayo Saki, Phila Fodena czy Jude’a Bellinghama, kiedy cofał się po nią Harry Kane, kiedy prosił o nią młody Kobbie Mainoo, wszyscy oni zapominali nagle, co to znaczy zagranie z pierwszej piłki i szybka wymiana podań. Każdy z nich musiał najpierw przyjąć, potem podnieść głowę i się rozejrzeć, a kiedy już wybrał, do kogo ma zagrać, na odbiór czekał dobrze ustawiony Słowak.

Pressing? Podejście wyżej do przeciwnika? Niebezpieczne dośrodkowanie odważnie sunącego skrzydłem bocznego obrońcy? Ba, wielopodaniowa akcja, która z ataku pozycyjnego ewoluuje w błyskawiczne wyjście zakończone świetnym podaniem do pojawiającego się za plecami stoperów napastnika, strzelającego swojego trzeciego gola w tym turnieju? Wszystko to zobaczyliśmy, owszem: w wydaniu drużyny, w której występują Stanislav Lobotka, Ondrej Duda, Lukas Kucka.

Przewrotka zmęczonego geniusza

Ponure dowcipy na temat gry Anglików, przychodzące do głowy ich kibicom w trakcie tego meczu, są zbyt okrutne do cytowania. Słabość defensywy, nieistnienie lewego skrzydła, nieumiejętność ruszenia do sprintu zawodników z głębi pola, kiedy Kane cofał się po piłkę z myślą o uruchomieniu ich jakimś celnym podaniem – problemy tej reprezentacji wyliczać by można długo. Pewnie zresztą w 95. minucie, gdy wszystko wskazywało na to, że Słowacy obronią jednobramkowe prowadzenie, był już gotowy niejeden tekst na ten temat – o tyle zresztą łatwiejszy do napisania, że będący repetycją tych powstających w trakcie fazy grupowej, bo sposób gry reprezentacji Anglii nie poprawił się od tamtej pory. To, że Anglicy grają dalej, zawdzięczają jedynie zmęczonemu geniuszowi Jude’a Bellinghama.

21-letni piłkarz Realu Madryt, mający w nogach już ponad pięćdziesiąt meczów w barwach reprezentacji i klubu w tym sezonie, a w ciągu ostatnich dwóch lat zmuszony do rozegrania już dobrze ponad stu spotkań, aż do 95. minuty nie błyszczał – tak jak nie błyszczała cała Anglia. Akcja, którą zakończył wyrównującą bramką, również należała do raczej standardowych: Kyle Walker wyrzucił piłkę z autu, Marc Guéhi przedłużył ją, wygrywając pojedynek powietrzny w polu karnym, zapewne z nadzieją, że trafi do Harry’ego Kane’a, ale zanim kapitan Anglików zdążył poczuć na sobie presję, Bellingham ją z niego zdjął: odskoczył od kryjącego go obrońcy, ustawiony tyłem do bramki wybił się w powietrze i uderzył przewrotką.

Miecze, które nie spadły

Czy była to najpiękniejsza bramka turnieju? Dla Anglików na pewno najważniejsza, nawet jeśli zwycięskiego gola i awans do ćwierćfinału dał im w pierwszej minucie dogrywki wspomniany Harry Kane. I tym razem zresztą nie było mowy o jakiejś płynnej akcji: dośrodkowanie Palmera z rzutu wolnego bramkarz Dubravka wypiąstkował przed pole karne, Eberechi Eze spróbował strzału, ale nie trafił czysto w piłkę, która trafiła jednak na głowę Toneya, a ten przedłużył do kapitana drużyny.

Od samego początku Euro angielscy fani liczą na to, że drużyna się obudzi – albo że trener Gareth Southgate zwolni krępujący ją hamulec. Ale te gole – choć muszą smakować wyjątkowo, jak każde strzelone w doliczonym czasie gry oraz w dogrywce, i choć dają awans do ćwierćfinału – trudno uznać za zapowiedź odrodzenia. Ostatni kwadrans dogrywki znów należał do Słowaków, Anglicy – podobnie jak w meczach fazy grupowej – nie byli w stanie utrzymać kontroli nad meczem. Dla Szwajcarów, z którymi spotkają się w sobotę, a którzy wcześniej zabiegali równie jak oni apatycznych Włochów, wydają się wymarzonym rywalem.

W gruncie rzeczy jedyne, co może w tym kontekście cieszyć, to fakt, że medialne miecze, wiszące już od dawna nad głową selekcjonera Garetha Southgate’a, zostały na jakiś czas powstrzymane. O czym pewnie będzie okazja napisać szerzej w sobotę, podsumowując osiem lat jego pracy z drużyną; osiem lat, które najlepiej streszcza tytuł biografii słynnego angielskiego trenera Briana Clougha (któremu skądinąd nigdy nie było dane poprowadzić reprezentacji kraju). „Nobody ever says thank you”, Gareth: w tym fachu faktycznie nikt ci nigdy nie podziękuje.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”