Zdecydowanie nie powinno się tego robić. Nie powinno się siadać do pisania o meczu Anglików w trakcie spotkania, które nadeszło kilkanaście minut po jego zakończeniu – spotkania Hiszpanów z Gruzinami. Trudno o większy kontrast, zarówno w tym, jak faworyci obu pojedynków je rozpoczynali, jak i w tym, jak zbierali się do odrabiania strat, gdy rywale wychodzili na prowadzenie. Z jednej strony hiszpański rozmach, fantazja, technika i wiara we własne umiejętności, żywe srebra sunące ze skrzydeł - Yamal i Williams – i złoty spokój Rodriego w środku pola; komfort posiadania piłki i zabójcza bezpośredniość. Z drugiej angielski, no cóż, jesteśmy w Niemczech, więc inne słowo nie chce jakoś przyjść mi do głowy – Weltschmerz. Melancholia, smutek, apatia, z której tak trudno się podźwignąć. Cierpienia młodego Jude’a, daremnie próbującego zerwać się do sprintu z nogami po kolana w puddingu.
Anglia jak parowóz Stevensonów
Na stadionie w Kolonii Hiszpanie oddali na bramkę Gruzinów 32 strzały, z czego 12 celnych – wygrali 4:1; Anglicy w trakcie ponad dwugodzinnego meczu w Gelsenkirchen uderzali na bramkę Słowaków tylko 12 razy, z czego celnie zaledwie dwa. Aż do 95. minuty wyglądało na to, że spakują się i wrócą do domu po rozczarowaniu porównywalnym chyba jedynie z katastrofalnym występem przeciwko Islandii w trakcie Euro 2016; skądinąd wkrótce po tamtym, traumatycznym dla nich doświadczeniu, miała się rozpocząć obecna epoka w dziejach ich futbolu, epoka Garetha Southgate’a.
Niemal każda akcja jego dzisiejszych podopiecznych – może z wyjątkiem tej, w której Foden był na spalonym tuż po rozpoczęciu drugiej połowy – rozwijała się w tempie parowozu Stevensonów umieszczonego między pociągami Alta Velocidad Española. Najlepszy piłkarz ligi hiszpańskiej, najlepszy piłkarz Premier League wraz z kilkoma innymi objawieniami minionych sezonów na Wyspach, a do tego król strzelców Bundesligi, przywdziawszy trykot z trzema lwami, stracili cały rezon: kiedy futbolówkę przy nodze mieli zawodnicy klasy Declana Rice’a czy Bukayo Saki, Phila Fodena czy Jude’a Bellinghama, kiedy cofał się po nią Harry Kane, kiedy prosił o nią młody Kobbie Mainoo, wszyscy oni zapominali nagle, co to znaczy zagranie z pierwszej piłki i szybka wymiana podań. Każdy z nich musiał najpierw przyjąć, potem podnieść głowę i się rozejrzeć, a kiedy już wybrał, do kogo ma zagrać, na odbiór czekał dobrze ustawiony Słowak.
Pressing? Podejście wyżej do przeciwnika? Niebezpieczne dośrodkowanie odważnie sunącego skrzydłem bocznego obrońcy? Ba, wielopodaniowa akcja, która z ataku pozycyjnego ewoluuje w błyskawiczne wyjście zakończone świetnym podaniem do pojawiającego się za plecami stoperów napastnika, strzelającego swojego trzeciego gola w tym turnieju? Wszystko to zobaczyliśmy, owszem: w wydaniu drużyny, w której występują Stanislav Lobotka, Ondrej Duda, Lukas Kucka.
Przewrotka zmęczonego geniusza
Ponure dowcipy na temat gry Anglików, przychodzące do głowy ich kibicom w trakcie tego meczu, są zbyt okrutne do cytowania. Słabość defensywy, nieistnienie lewego skrzydła, nieumiejętność ruszenia do sprintu zawodników z głębi pola, kiedy Kane cofał się po piłkę z myślą o uruchomieniu ich jakimś celnym podaniem – problemy tej reprezentacji wyliczać by można długo. Pewnie zresztą w 95. minucie, gdy wszystko wskazywało na to, że Słowacy obronią jednobramkowe prowadzenie, był już gotowy niejeden tekst na ten temat – o tyle zresztą łatwiejszy do napisania, że będący repetycją tych powstających w trakcie fazy grupowej, bo sposób gry reprezentacji Anglii nie poprawił się od tamtej pory. To, że Anglicy grają dalej, zawdzięczają jedynie zmęczonemu geniuszowi Jude’a Bellinghama.
21-letni piłkarz Realu Madryt, mający w nogach już ponad pięćdziesiąt meczów w barwach reprezentacji i klubu w tym sezonie, a w ciągu ostatnich dwóch lat zmuszony do rozegrania już dobrze ponad stu spotkań, aż do 95. minuty nie błyszczał – tak jak nie błyszczała cała Anglia. Akcja, którą zakończył wyrównującą bramką, również należała do raczej standardowych: Kyle Walker wyrzucił piłkę z autu, Marc Guéhi przedłużył ją, wygrywając pojedynek powietrzny w polu karnym, zapewne z nadzieją, że trafi do Harry’ego Kane’a, ale zanim kapitan Anglików zdążył poczuć na sobie presję, Bellingham ją z niego zdjął: odskoczył od kryjącego go obrońcy, ustawiony tyłem do bramki wybił się w powietrze i uderzył przewrotką.
Miecze, które nie spadły
Czy była to najpiękniejsza bramka turnieju? Dla Anglików na pewno najważniejsza, nawet jeśli zwycięskiego gola i awans do ćwierćfinału dał im w pierwszej minucie dogrywki wspomniany Harry Kane. I tym razem zresztą nie było mowy o jakiejś płynnej akcji: dośrodkowanie Palmera z rzutu wolnego bramkarz Dubravka wypiąstkował przed pole karne, Eberechi Eze spróbował strzału, ale nie trafił czysto w piłkę, która trafiła jednak na głowę Toneya, a ten przedłużył do kapitana drużyny.
Od samego początku Euro angielscy fani liczą na to, że drużyna się obudzi – albo że trener Gareth Southgate zwolni krępujący ją hamulec. Ale te gole – choć muszą smakować wyjątkowo, jak każde strzelone w doliczonym czasie gry oraz w dogrywce, i choć dają awans do ćwierćfinału – trudno uznać za zapowiedź odrodzenia. Ostatni kwadrans dogrywki znów należał do Słowaków, Anglicy – podobnie jak w meczach fazy grupowej – nie byli w stanie utrzymać kontroli nad meczem. Dla Szwajcarów, z którymi spotkają się w sobotę, a którzy wcześniej zabiegali równie jak oni apatycznych Włochów, wydają się wymarzonym rywalem.
W gruncie rzeczy jedyne, co może w tym kontekście cieszyć, to fakt, że medialne miecze, wiszące już od dawna nad głową selekcjonera Garetha Southgate’a, zostały na jakiś czas powstrzymane. O czym pewnie będzie okazja napisać szerzej w sobotę, podsumowując osiem lat jego pracy z drużyną; osiem lat, które najlepiej streszcza tytuł biografii słynnego angielskiego trenera Briana Clougha (któremu skądinąd nigdy nie było dane poprowadzić reprezentacji kraju). „Nobody ever says thank you”, Gareth: w tym fachu faktycznie nikt ci nigdy nie podziękuje.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















