„Pewnego dnia bogini wiatru muska ustami umęczoną i poniżaną stopę człowieka, a z tego pocałunku rodzi się piłkarski idol” – w przymiotniki jestem słaby, więc sięgam po „Futbol w blasku i cieniu” Eduardo Galeano i szukam fraz odpowiednio podniosłych, by sprostały temu, co na boisku w Monachium zrobił właśnie niespełna siedemnastoletni Lamine Yamal. „Przychodzi na świat w żłóbku krytym falistą blachą, przyciskając do piersi piłkę. Kiedy stawia pierwsze kroki, już potrafi ją kopać. W szczenięcych latach raduje swoją grą ciasne podwórka na zapomnianych przez Boga przedmieściach, dopóki nie zapadnie zmierzch, tak że nie widać piłki” – pisze dalej Galeano (przeł. Maciej Zglinicki) i mam poczucie, że te zdania pasują do chłopca, który pochodzi z Rocafondy, niewielkiej miejscowości położonej na wybrzeżu Morza Śródziemnego, o czterdzieści kilometrów od stolicy Katalonii.
Dzieckiem w kolebce, kto łeb urwał hydrze
Zanim ten syn migrantów z Gwinei Równikowej i Maroka trafi pod skrzydła trenerów La Masii, słynnej akademii piłkarskiej Barcelony, będzie biegał za piłką nie tyle na ciasnym podwórku, co na betonowej nawierzchni placyku, na który przychodziły miejscowe dzieciaki z domów zbyt biednych, by zapisać ich do lokalnych klubów (w pobliżu znajdowała się „Panaderia Arabica” – piekarnia prowadzona przez krewnych chłopca). I o miejscu swojego pochodzenia nigdy nie zapomni – przeciwnie, będzie je podkreślał, w mediach społecznościowych czy po strzeleniu swojej pierwszej bramki dla Barcelony, odwołując się do kodu pocztowego przypisanego właśnie do Rocafondy.
Tę pierwszą bramkę dla Barcelony strzelił, jak łatwo policzyć, jako kompletny dzieciak. Był najmłodszym debiutantem w klubie: w lidzie hiszpańskiej występował w wieku niespełna szesnastu lat, a niecałe dwa miesiące po szesnastych urodzinach zagrał już – i również strzelił bramkę – w reprezentacji Hiszpanii. Cudowne (jednak nie obędzie się bez przymiotników…) trafienie w półfinale Euro było już jego trzecim golem dla drużyny narodowej – i również oznaczało kolejny rekord, bo żaden młokos w dziejach futbolu, nawet legendarny Pelé, nie zdobywał goli na wielkich turniejach przed siedemnastką.
Bez serc, bez ducha – to szkieletów ludy
Baliśmy się tego meczu. Baliśmy się francuskiego pragmatyzmu. Baliśmy się gry, w której piłkarze Didiera Deschampsa wyspecjalizowali się od lat – sięgania po zwycięstwo w najbezpieczniejszy możliwy sposób, unikając ryzyka, przede wszystkim skutecznie się broniąc, a następnie wyprowadzając jakiś jeden szybki atak, ewentualnie licząc na pomyłkę rywala albo uderzenie ze stojącej piłki. Tę statystykę powtarzaliśmy przed meczem z Hiszpanią z narastającą zgrozą: w pięciu dotychczasowych meczach Francja zdobyła trzy bramki – dwie były efektem samobójczych trafień rywali, jedną Mbappé strzelił Polakom z karnego. Obawialiśmy się, jak najpiękniej prezentujący się dotąd na turnieju rywale Francuzów poradzą sobie osłabieni brakiem kontuzjowanych i zawieszonych za kartki Pedriego, Carvajala i Le Normanda. I szybko przekonaliśmy się, że były powody do niepokoju: zastępujący Carvajala Jesus Navas nie upilnował Kyliana Mbpappé, kapitan trójkolorowych dośrodkował na głowę Kolo Muaniego i Francja wyszła na prowadzenie.
Nieprzyjemny był to moment, przyznaję. Kiedy patrzyłem na radość Deschampsa i jego piłkarzy, dźwięczały mi jeszcze w głowie zdania z tekstu Jamesa Horncastle’a na portalu „The Athletic” o śmierci idealizmu: „Jeśli jesteś wyznawcą ambitnego, ekspansywnego stylu lub romantycznej filozofii – zapomnij o tym. Jeśli chcesz, żeby w twojej grze chodziło o coś więcej niż wynik – odpuść” – pisał Horncastle, podsumowując pucharową fazę Euro 2024. O „grze turniejowej” mówił niedawno trener Holendrów Ronald Koeman, co jest oczywiście eufemizmem – styl, w jakim do półfinału doczołgali się ich rywale Anglicy, dawny reprezentant tego kraju, a dziś gwiazda mediów każdego formatu Gary Lineker określił mianem (uczciwszy uszy) „gównianego”.
Obszar, gnuśności zalany odmętem
Baliśmy się także dlatego, że zależy nam na futbolu. Że zaliczamy się do tych, którzy wierzą – jak Marcelo Bielsa, argentyński trener Urugwajczyków, walczących w tych dniach za oceanem w Copa America – że ten sport jest czymś więcej niż pięciominutowy skrót. I że może służyć jako narzędzie ekspresji, za pomocą którego wyraża się cały naród, z jego tożsamością i kulturą.
Na jednej z przedmeczowych konferencji ów prorok pięknej gry, wciąż inspirujący swoim radykalizmem innych trenerów światowej sławy, z Pepem Guardiolą na czele, wieszczył ponuro wejście futbolu w fazę upadku. „Piłka ma coraz więcej widzów, ale staje się coraz mniej atrakcyjna. To, co sprawiło, że ta gra stała się najlepsza na świecie, przestało być dzisiaj priorytetem” – mówił, zapowiadając coś, co zaczyna skądinąd znajdować już odbicie w statystykach: że podsycany w ostatnich latach przez media wzrost liczby widzów się rychło skończy, jeśli zamiast myśleć o korzyściach biznesowych organizatorów wielkich rozgrywek nie zaczniemy znów myśleć o radości kibiców.
Nie lgnie do niego fala, ani on do fali
Lamine Yamal pomyślał. Jak napisał na portalu X wybitny znawca hiszpańskiego futbolu Sid Lowe, chłopiec ten jest może zbyt młody, by pić alkohol, palić papierosy, prowadzić samochód i głosować, ale jest wystarczająco dojrzały, by strzelić najpiękniejszą bramkę turnieju.
Trzynaście minut po golu Muaniego szesnastoletni wciąż skrzydłowy Barcelony oderwał się od prawej linii i zszedł do środka, mniej więcej na odległość dwudziestu pięciu metrów od francuskiej bramki. Koledzy z drużyny rozbiegli się, by zrobić mu więcej miejsca, ale i tak miał przed sobą sześciu dość ciasno ustawionych rywali, a za ich plecami jeszcze bramkarza. Zrobił minimalny ruch w prawo, jakby myślał o powrocie na swoją pozycję, ale nie, to był tylko zwód, którym nabrał najbliższego przeciwnika, pchnął piłkę w swoją lewą stronę, a następnie uderzył ją lewą nogą tak, że kręcąc się w powietrzu pofrunęła w stronę słupka bramki Francuzów, odbiła się od niego i wpadła do siatki, a on w tym czasie pędził już w stronę hiszpańskiej ławki rezerwowych, by utonąć tam w ramionach kolegów.
Witaj, jutrzenko swobody
Ponoć szansa na to, że uderzona z tego miejsca futbolówka znajdzie drogę do bramki, wynosiła dwa procent. Trudno się dziwić, że zszokowany golkiper Francuzów, Mike Maignan, nerwowo sięgnął po butelkę, nabrał w usta zimnej wody, ale natychmiast ją wypluł, a ich kapitan, Kylian Mbappé, skarżył się na coś sędziemu. Republika Francuska przetrwała może paroksyzmy spowodowane ostatnimi wyborami – po części zresztą za sprawą Mbappé i jego kolegów z drużyny, wzywających do głosowania przeciwko kandydatom skrajnej prawicy – ale cesarstwo, w którym Napoleonem był Didier Deschamps, upadało na naszych oczach.
Pięć minut po golu Yamala we francuskie pole karne wdarł się Dani Olmo, zagarnął piłkę odbitą przez obrońcę po dośrodkowaniu Navasa, przerzucił ją sobie z jednej nogi na drugą gubiąc w ten sposób jednego z przeciwników i uderzył na tyle mocno, że odbita od Julesa Kounde wpadła do siatki po raz kolejny. Było 2:1 i konieczność gonienia wyniku, by tak rzec, zdemaskowała Francuzów. Deschamps dwoił się i troił przy linii, wprowadzał na boisko kolejnych graczy ofensywnych, ale nic to nie pomagało. Ani Mbappé, ani Dembele czy Muani, a potem Griezmann, Barcola czy Giroud, nie byli w stanie już Hiszpanii zagrozić. Jakby za długo uczono ich chodzić w zaprzęgu...
Jednością silni, rozumni szałem
Zapewne: i hiszpańska drużyna potrafi pokazać swoje pragmatyczne oblicze. Dyrygowana przez najlepszego (przynajmniej moim zdaniem) piłkarza Premier League Rodriego wie, kiedy wstrzymać szarżujących młodych skrzydłowych, Yamala czy Williamsa, i skupić się na starannym rozgrywaniu piłki przy dobiegającym z trybun „Ole!” po każdym z idących w dziesiątki celnych podań.
W rozmowie ze wspomnianym Sidem Lowe dla „Guardiana” Rodri mówił o tym, że stara się zwykle nadawać grze swojej drużyny rytm, ruch i dynamizm, ale bardziej uderzyła mnie fraza o tym, że stara się pomóc jej d o j r z e ć, że stara się ją z i n t e r p r e t o w a ć. Jeśli włączycie w niedzielę finał, postarajcie się popatrzeć nie tylko na sposób, w jaki dryblingi i wejścia w pole karne Williamsa, Yamala, Olmo czy Moraty ratują duszę futbolu, ale posłuchajcie też tego, jak bije serce tej dyscypliny, rytmem podań Fabiana Ruiza i Rodriego.
Dalej z posad, bryło świata!
Ten ostatni również mówił o swoim niepokoju o stan dyscypliny, którą uprawia. O tym, że jej czołowi zawodnicy rozgrywają po 60-70 meczów w roku – i że to o wiele za dużo, nie tylko jeśli idzie o fizyczne możliwości piłkarzy, ale o ich psychikę. Przestrogi i wezwania do buntu w ustach lidera Hiszpanów brzmiały jeszcze mocniej niż wieszczby Bielsy, bo Rodri wprost apelował o to, by zatroszczyć się o pokolenie Yamala. Obyśmy, spragnieni igrzysk, pamiętali, że ten młody gladiator również musi czasem odpoczywać – zwłaszcza że o tym, jakiego tempa nabiera eksploatacja zawodników, wiele mówi porównanie statystyk starszego od Hiszpana o cztery lata reprezentanta Anglii Jude’a Bellinghama, który przed ukończeniem 21. roku życia już rozegrał 18 486 minut w zawodowym futbolu, podczas gdy dawniejsze angielskie ikony kilkakrotnie mniej, np. David Beckham 3 929, Frank Lampard 6 987, Steven Gerrard 7 034.
Zacząłem cytatem z Galeano, więc i na koniec odwołam się do cytatu z Galeano. „Historia piłki nożnej to smutna podróż od przyjemności do obowiązku – napisał nieżyjący już Urugwajczyk. – W miarę, jak sport ten się komercjalizował, zanikało piękno płynące z radości gry w piłkę”. Na szczęście nie zaniknęło całkiem, co było do udowodnienia dzięki nieposkromionemu geniuszowi szesnastoletniego wciąż chłopca z Rocafondy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















