Euro 2024: jak strzelać karne

Anglicy nie pokazali ładnej piłki. Obalili za to jeden z piłkarskich komunałów: że rzuty karne to loteria.
Czyta się kilka minut
Jordan Pickford broni strzał Manuela Akanjiego w serii rzutów karnych po meczu Anglia-Szwajcaria, Düsseldorf, 6 lipca 2024 r. / Fot. Paul Terry / Associated Press / East News

Przecież to się prosi o wielkie kino. Albo o spektakl na deskach teatru. Albo o literaturę. Bo, powiedzmy od razu: telewizja, choć ma ponoć na tym turnieju po czterdzieści kamer na każdym stadionie, nie jest w stanie pokazać wszystkiego. Wszystkiego nie widać też z wysokości trybun.

Weźmy chociażby ów samotny marsz wykonawcy rzutu karnego ze środkowego koła w stronę białej wapiennej kropki oddalonej od bramki o jedenaście metrów. Ileż tam się wydarza, w ciągu tego trwającego kilkanaście sekund spaceru, którego opis w autobiografii Andrei Pirlo (ten to potrafił strzelać karne…) zajmuje bite osiem stron. Ileż myśli przelatuje przez głowę – albo jakich metod się używa, by te myśli odpędzić. Ileż można wyczytać ze sposobu, w jakim przyszły strzelec zbliża się do pola karnego. Czy spieszy mu się, czy przeciwnie: pamięta o tym, by uspokoić tętno. Patrzy w oczy bramkarza, ryzykując, że ten zdoła go rozproszyć jakąś miną czy gestem, czy go ignoruje, starając się zostać w swojej przestrzeni. Zamieni słowo z sędzią, uśmiechnie się, wykona jakiś gest, świadczący o tym, że czuje się pewnie. Pocałuje futbolówkę, ustawi ją starannie, poprawi jeszcze raz, spojrzy w bok, w stronę arbitra. Poczeka na sygnał.

A potem, kiedy już wszystko zostanie przygotowane, piłka unieruchomiona i będzie można zacząć rozbieg: jaką decyzję podejmie. W jaki sposób zmierzy się z paradoksem kłamcy, w którym on wie, że bramkarz wie, w jaki sposób wykonywał wszystkie karne w karierze. Czy coś zmieni, czy postawi na to, co zawsze działało. Uderzy technicznie, czy z całej siły. Przy słupku lub w samo okienko, gdzie bramkarz nie zdąży doskoczyć, czy w środek bramki, zwlekając do ostatniej milisekundy, by to golkiper ruszył pierwszy. Kto wygra tę wojnę nerwów, ten psychologiczny pojedynek, to starcie rewolwerowców, czekających, który pierwszy sięgnie do kabury.

Strach bramkarza przed jedenastką…

No dobra, pisarze próbowali. „Bramkarz zastanawia się teraz, w który róg strzeli przeciwnik – wyjaśniał Bloch handlowcowi”, to fragment „Strachu bramkarza przed jedenastką” Petera Handkego w przekładzie Kamila Idzikowskiego. „O ile go zna, powinien wiedzieć, gdzie z reguły celuje. Być może jednak strzelec liczy się z tym, że on o tym wie. Więc bramkarz myśli sobie dalej: tym razem piłka poleci pewnie w drugi róg. Ale co się stanie, jeśli przeciwnik też już o tym pomyślał i mimo wszystko spróbuje strzelić tam, gdzie zawsze”. Bohater książki Handkego, dodajmy, jest byłym bramkarzem. Tłumaczy więc dalej: „Kiedy będzie brał rozbieg, bezpośrednio przed strzałem, bramkarz pokaże mu mimowolnie mową ciała, w którą stronę się rzuci, co da mu okazję do posłania piłki w przeciwnym kierunku. Bramkarz mógłby równie dobrze próbować otworzyć drzwi źdźbłem słomy”.

Z dalszego wywodu austriackiego noblisty, a właściwie z ostatniego akapitu książki, zdaje się wynikać, że psychologiczną przewagę ma jednak bramkarz. On nie musi obronić – bramka jest zbyt wielka, odległość zbyt mała, jeśli prędkość, z jaką kopnięta jest piłka, przekracza 100 km/h, do pewnych fragmentów bramki (wspomniałem już: przy słupku albo w okienku) zwyczajnie nie da się doskoczyć. Innymi słowy: to strzelec musi trafić. W serii rzutów karnych nie można liczyć na dobitkę, jeśli piłka trafi w poprzeczkę czy słupek albo wyląduje gdzieś w trybunach, wszystko to obraca się na korzyść golkipera. Serie rzutów karnych zawieszają więc na kilkanaście minut jedno z futbolowych prawideł, czyniących z bramkarzy niemal pewnych kandydatów na kozła ofiarnego.

…i strach strzelca

A strzelcy? Strzelcy opowiadają później o tych „najdłuższych, najtrudniejszych pięćdziesięciu jardach, jakie musiałem przebyć w życiu”, jak to określił słynny angielski napastnik Alan Shearer, albo o „marszu trwającym wieczność”, podczas którego „uderzyło mnie, jak ciemna stała się noc”, by użyć opisu Garetha Southgate’a, obecnego selekcjonera Anglików, dla którego najtrudniejszym doświadczeniem w życiu, kompletnie przerastającym hejt, jaki od jakiegoś czasu spotyka go na tej posadzie, było niewykorzystanie karnego w meczu z Niemcami podczas mistrzostw Europy w 1996 roku.

Wtedy, dwadzieścia osiem lat temu, Anglicy w zasadzie nie trenowali jedenastek, a Southgate, środkowy obrońca skądinąd, podjął się strzelania z poczucia odpowiedzialności – i z poczucia, że boi się mniej od kolegów. „Gdy narobi się takiego bigosu, to człowiek rozumie, że w życiu zawodowym zapewne nie spotka go już nic trudniejszego. To niemal wyzwolenie, po którym dochodzi się do wniosku: no dobrze, czas wziąć byka za rogi” – wspominał po latach to, co przeżywał po niewykorzystanym karnym, w rozmowie z księciem Williamem; cytuję za świetną książką Paula Haywarda „W poszukiwaniu zaginionej chwały”.

Nic dziwnego, że podczas pracy z drużyną narodową przygotowanie piłkarzy do wykonywania jedenastek uczynił jednym z priorytetów. Przyznajmy: w tym jednym odniósł sukces. W żadnym momencie tegorocznych mistrzostw Europy Anglicy nie wyglądali tak dobrze, jak strzelając Szwajcarom karne na zamknięcie ćwierćfinału.

Wszystkiego nie wytrenujesz

Niektórzy uważają, że karne to futbol w czystej postaci, skoro mamy tutaj tylko piłkę, bramkę, bramkarza i strzelca, mnie się jednak wydaje, że jest w tym samotnym marszu coś kompletnie, jak na futbol przynajmniej, nieintuicyjnego. Oto w jednej chwili znika chaos boiskowych wydarzeń, w którym decyzje często podejmuje się instynktownie. Milkną trybuny. Na moment wszystko zastyga. Wszystko poza zmęczeniem, które bynajmniej nie znika – może nawet do mózgu zaczynają w końcu docierać sygnały z ciała, które przez dwie godziny przebiegło już kilkanaście kilometrów, tracąc przy tym na wadze nawet kilogram czy dwa. Największym przeciwnikiem strzelców w trakcie rzutów karnych staje się ich własny umysł, tym mocniej wyeksploatowany, im dłużej trwają te mistrzostwa.

Nawet jeśli standardem w przygotowaniach do turnieju jest ćwiczenie jedenastek, nawet jeśli robi się to po zakończeniu zasadniczego treningu, kiedy zawodnicy są już solidnie zmęczeni, nawet jeśli elementem treningu czyni się także ów samotny marsz, nawet jeśli podczas zajęć z psychologiem zawodnicy wizualizują sobie po wielokroć tę stresującą sytuację – tego wszystkiego nie da się przecież przenieść ze sterylnych warunków ośrodka treningowego na stadion w Düsseldorfie, gdzie rozgrywasz swój piąty mecz na turnieju. I to turnieju, w trakcie którego idzie ci tak sobie, a w związku z tym zarówno tradycyjne media, jak coraz popularniejsi podkasterzy (wśród których prym wiodą dawni reprezentanci kraju, np. Gary Lineker) nie zostawiają na tobie suchej nitki. No i: wszystkiego nie wytrenujesz. Historia futbolu pełna jest przypadków niewykorzystanych jedenastek na wielkich turniejach przez piłkarzy dotąd w tej dziedzinie piłkarskiego fachu nieomylnych.

Wyliczmy te nazwiska: Baggio, Socrates, Platini, Szewczenko, Maradona, Deyna, o całej rzeszy Anglików nie wspominając… Opowieści o tym, że karne na mundialach i mistrzostwach kontynentów pudłowali najwięksi, znajdziemy na kartach każdej porządnej futbolowej mitologii. Co ciekawe: do niedawna mało kto pytał, dlaczego właściwie spudłowali.

Nie wszystko od ciebie zależy

Owszem, telewizja coś jednak przekazać potrafi. Kiedy zobaczyłem, jak w piątkowy wieczór Portugalczyk João Félix idąc w stronę pola karnego potrząsa głową, jakby chciał się pobudzić, byłem w zasadzie pewien, że nie strzeli. Kiedy w sobotę patrzyłem w oczy Ivana Toneya, spokojnie obserwującego bramkarza Szwajcarów, a doskonale świadomego przy tym, gdzie leży piłka i jak chce uderzyć, byłem pewien, że trafi – nawet jeśli jedną z zasad dobrego karnego jest, już w momencie rozpoczęcia rozbiegu, patrzenie raczej w to miejsce, w które chce się trafić.

Ben Lyttleton, autor świetnej książki „Twelve Yards”, komplikuje zresztą obraz samotnego spaceru jako najgorszego doświadczenia przyszłego strzelca. Po pierwsze, Steven Gerrard opowiadał, że na mundialu w 2006 r. panika dopadła go dopiero w momencie brania rozbiegu. Po drugie, jeszcze gorsze jest stanie wśród innych zestresowanych członków drużyny w kole środkowym i czekanie na swoją kolejkę. „Kiedy już idziesz, jesteś przynajmniej panem swojego losu: możesz się skupić na wypracowanych rutynach, zdecydować, jak uderzysz – mówił Lyttleton kilka lat temu w rozmowie z portalem „The Athletic”. – Czekanie, co zrobią inni, nadzieja, że im się uda – na to nie masz wpływu”.

Wtedy, z Niemcami, Gareth Southgate strzelał jako szósty; czekanie trwało więc wyjątkowo długo. W autobiografii dzisiejszy selekcjoner Anglików podkreśla, że nikt go nie zmuszał - zgłosił się sam. Ale w trakcie tego oczekiwania w głowie zrodził się już chaos. „Poradzisz sobie” – powtarzał w myślach. „Staraj się wyglądać na zdecydowanego, pewnego siebie. Nie zmieniaj decyzji. No i nie patrz na bramkarza”.

Co zrobi bramkarz

Bo strzelec nie ma też, jako się rzekło, wpływu na to, co zrobi bramkarz. W meczu ze Szwajcarami golkiper Anglików, Jordan Pickford, wiedział o nich, oczywiście, wszystko, czego potrzebował. Bramkarz Evertonu, który na wielkich turniejach obronił już cztery z czternastu karnych, z jakimi się mierzył, miał na bidonie nadrukowane informacje o każdym szwajcarskim strzelcu.

Zanim więc on i jemu podobni staną na linii bramkowej, pilnowani przez sędziów, by nie ruszyli się z niej zbyt szybko, wiedzę na temat rywali zgromadzą całe sztaby analityków. We współczesnym futbolu pod lupę bierze się każdy, najdrobniejszy ruch zawodnika, każdy drybling, strzał, podanie i wślizg, a co dopiero mówić o rzutach karnych. Dossier na ich temat obejmuje siłę uderzenia, nogę, jaką się kopie, kierunek i wysokość strzału, sposób nabiegu, ba: wiemy nawet, jaki kolor stroju bramkarza (czerwony i żółty) najbardziej utrudnia życie strzelcowi.

Ale bramkarz może, nawet naginając nieco przepisy, zrobić też jakiś ruch czy gest w kierunku strzelca. Może coś powiedzieć, niekoniecznie nawet obraźliwego czy prowokacyjnego. Może przesunąć się minimalnie w kierunku któregoś za słupków, by strzelec zdecydował się uderzyć tam, gdzie miejsca wydaje się więcej – a następnie rzucić się właśnie w tę stronę.

Jordan Pickford, co tu kryć, robił przed strzałami Szwajcarów głupie miny. Argentyńczyk Emiliano Martínez podczas bronienia karnych w trakcie mundialu i Copa America wygadywał, co mu ślina na język przyniesie. Jerzy Dudek, wzorem Bruce’a Grobbelaara, tańczył. Wielu golkiperów podskakuje i macha rękami, by optycznie powiększyć swoją sylwetkę. Niejeden wskazuje, w którą stronę spodziewa się uderzenia. Portugalczyk Ricardo w 2004 roku wytrącił z równowagi Anglika Vassella, zdejmując przed jego uderzeniem rękawice… Strzelec naprawdę nie ma łatwo.

Nie zmieniaj decyzji

Statystycznie najczęściej myli się strzelec ósmy w kolejce, twierdzi Lyttleton, czyli czwarty z drużyny (podczas mundialu 2018, kiedy Anglia wygrała w karnych z Kolumbią, Gareth Southgate pocieszał właśnie czwartego strzelca rywali, Mateusa Uribe). I lepiej, kiedy twoja drużyna zaczyna, a nie kiedy kończy, tak wynika z analiz prof. Igacio Palaciosa-Huerty z London School of Economics.

Nade wszystko jednak: rzuty karne nie są żadną loterią. Bardziej niż o szczęściu, powinniśmy mówić przy nich o umiejętnościach. Owszem, część z nich wiąże się z kwestiami mentalnymi, ale bardzo wiele to elementarz, związany np. z właściwym oddychaniem, albo z tym, żeby już po ustawieniu piłki, cofając się, by wziąć rozbieg, nie odwracać się plecami do bramkarza, a potem – już przed strzałem – nie patrzeć na niego zbyt długo. Warto też odczekać chwilę po gwizdku arbitra (to również policzono już na przestrzeni ostatnich lat: reprezentacją, która spieszyła się najbardziej do uderzenia z karnego, była reprezentacja Anglii, przynajmniej do chwili, gdy objął ją Southgate). No i najistotniejsze: nie zmieniać decyzji przed strzałem.

Innymi słowy: ważniejszy od potencjalnego zakończenia jest sam proces. Southgate mówi o pozytywnym podejściu, roli treningu i wsparciu sztabu szkoleniowego dla zawodników, którzy z czasem stają się mistrzami w tym elemencie piłkarskiego rzemiosła. Na długo przed mundialem w 2018 r. jego podopieczni wiedzieli już, kto będzie strzelał karne, w jakiej kolejności i w jakim kierunku; trenerzy zadbali nawet o to, by w przypadku spudłowania, feralny strzelec nie zdradzał objawów załamania, tylko wracał do kolegów z podniesionym czołem (przypadek Jordana Hendersona, który nie trafił wówczas z Kolumbią). Pilnowali też tego, by ci spośród strzelców, którym się powiodło, okazywali radość – badania pokazują, że to również deprymuje rywala.

Druga szansa Saki

W sobotni wieczór w Düsseldorfie, podczas ćwierćfinału ze Szwajcarią, piłkarze angielscy byli w trakcie serii rzutów karnych bezbłędni. Nawet bez kontuzjowanego w dogrywce najskuteczniejszego ich strzelca Harry’ego Kane’a trafiali nieomylnie, po kolei: Cole Palmer, Jude Bellingham, Bukayo Saka, Ivan Toney i Trent Alexander-Arnold. Być może zresztą to lepiej, że Kane nie strzelał – z badań cytowanego przez Lyttletona norweskiego psychologa sportu Geira Jordeta wynika, że największe gwiazdy niosą na sobie tak wielką presję podczas rzutów karnych, że częściej pudłują – co tłumaczy przywołaną wcześniej wyliczankę futbolowych legend z niestrzelonym karnym w życiorysie.

Trzech spośród strzelców weszło z ławki – w przypadku Toneya i Alexandra-Arnolda można się było spodziewać, że także z myślą o podejściu do strzału z jedenastu metrów. A jeden, Bukayo Saka, był nie tylko bohaterem meczu, bo fantastycznie dryblował na prawym skrzydle, w razie potrzeby przechodząc na lewe wahadło, i strzelił wyrównującą bramkę: podchodząc do uderzenia z jedenastu metrów zamknął ważny rozdział w życiorysie, rozpoczęty niewykorzystaną jedenastką w finale poprzedniego Euro. Futbol nie zawsze daje drugą szansę, ale zawodnik Arsenalu, podobnie jak niegdyś Stuart Pearce, ją dostał i umiał wykorzystać.

A że przed karnymi było jeszcze sto dwadzieścia minut gry? Najlepiej będzie spuścić na nie zasłonę i poczekać na półfinały.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”