Dusza futbolu znów została ocalona, i nie chodzi tylko o to, że tegoroczne mistrzostwa Europy zakończyły się triumfem drużyny, która wygrała w ich trakcie wszystkie siedem meczów, która ani razu nie musiała czekać na karne i która pokonała zarówno dwóch finalistów poprzedniej imprezy (Anglików i Włochów), jak gospodarzy turnieju, świetnych Niemców, a także dwie najlepsze europejskie drużyny ostatniego mundialu – Francuzów i Chorwatów. Chodzi przede wszystkim o sposób, w jaki Hiszpanie to zrobili, przez cały turniej dbając nie tylko o wynik, ale też o styl, w jakim się go osiąga.
Sen o wolności
Nie bez powodu ulubioną piosenką trenera mistrzów Europy, Luisa de la Fuente, jest „Quijote” Julio Iglesiasa. „Jestem z tych, co śnią o wolności, / kapitanem statku pozbawionego morza, / jestem z tych, co całe życie szukają miejsca, / jestem Kichotem czasu pozbawionego wieku” – śpiewał w niej ów osiemdziesięcioletni już artysta (dziękuję Filipowi Łobodzińskiemu za filologiczny przekład utworu), i trzeba przyznać: ten tekst pasuje zarówno do człowieka, który – podobnie zresztą jak jego rywal w meczu finałowym, selekcjoner Anglików Gareth Southgate – nie palił się bynajmniej do objęcia posady selekcjonera, jak do jego drużyny.
Kiedy w marcu 2023 r., w pierwszym meczu pod wodzą de la Fuente, Hiszpanie przegrali 2:0 ze Szkocją, wydawany w Madrycie sportowy dziennik „Marca” krzyczał z okładki tytułem „Wrak”, ale kierowany przez 63-letniego Baska statek nie zatonął, a załoga wypłynęła na szersze wody niż akwen eksplorowany przez nią za kadencji poprzedniego trenera, z pewnością bardziej rozpoznawalnego i cenionego Luisa Enrique. Hiszpanie pod wodzą de la Fuente – znającego trzon obecnej reprezentacji z czasów, gdy prowadził go w drużynach do lat 19 i do lat 21 – nie stracili przecież cechującej tę nację przez ostatnich kilkanaście lat umiejętności utrzymywania się przy piłce, natomiast dołożyli do niej pressing, rozpoczynany przez ciężko pracującego na całym boisku, nawet jeśli nie zawsze skutecznego napastnika Álvaro Moratę. Dołożyli odważne wejścia z drugiej linii Fabiána Ruiza i Daniego Olmo. A nade wszystko dołożyli oszałamiającą brawurę młodych skrzydłowych – Nico Williamsa i Lamine’a Yamala. Oni faktycznie, jak w piosence Iglesiasa, nieustannie szukali sobie miejsca – a w ich dryblingach był spełniony sen o wolności. Sen – dodajmy – który śnili już ich rodzice, bo obaj są potomkami migrantów z Afryki.
Koneserzy futbolu upierać się będą – i słusznie – że najlepszym graczem Euro był dyrygujący grą Hiszpanii („interpretujący ją”, jak mówił sam o sobie w wywiadzie dla „Guardiana”) środkowy pomocnik Rodri, ale to bramka niespełna 17-letniego Yamala w półfinale z Francją sprawiła, że podczas tego turnieju rzesza dzieciaków zakochała się w piłce. A miłość ta wzrosła jeszcze na początku drugiej połowy meczu finałowego, kiedy to wspomniani dwaj młodzieńcy przeprowadzili akcję dającą Hiszpanii prowadzenie: po cierpliwej wymianie podań piłka trafiła na prawe skrzydło do Yamala, ten ściął do środka i wyłożył do pędzącego lewą stroną Williamsa. Hiszpanie strzelili gola, nagle na boisku zrobiło się więcej przestrzeni, bo Anglicy musieli rzucić się do ataku.
Nie ma nic bez ryzyka
„To nie jest mecz dla kibiców” – mówił w przerwie z wysokości umieszczonego w studiu TVP hokera Jakub Błaszczykowski, bo podczas pierwszych 45 minut tej przestrzeni było jak na lekarstwo. Świadomi swoich ograniczeń Anglicy i tym razem wybrali cierpienie: oddali rywalom piłkę, cofnęli się przed własną bramkę, Shaw i Walker (a w 11. minucie także Stones znakomitym wślizgiem) próbowali pozbawić Williamsa i Yamala ochoty do gry.
Że jedynym pomysłem reprezentantów Anglii na przeprowadzenie akcji były w tej fazie meczu dalekie wykopy od bramkarza Pickforda? No cóż, można powiedzieć, że taka właśnie strategia doprowadziła ich, kolejny raz z rzędu zresztą, aż do finału. Southgate, choć kiedy obejmował reprezentację, deklarował inspirację szkołą katalońską i proaktywnym futbolem Pepa Guardioli, i choć miał do dyspozycji piłkarzy lubiących i umiejących grać nieszablonowo, tak naprawdę wzorował się na podejściu selekcjonera Francji Didiera Deschampsa, oznaczającym minimalizowanie ryzyka i ograniczanie ekspresji własnych piłkarzy. Przynajmniej do chwili, gdy odwołanie się do ich talentu stawało się naprawdę niezbędne; czytaj: kiedy wynik meczu robił się niekorzystny.
Tym razem było podobnie: Hiszpanie wyszli wprawdzie na prowadzenie i w ciągu kolejnego kwadransa mieli następne okazje do podwyższenia wyniku (minimalnie niecelny strzał Olmo, blok Stonesa po uderzeniu Moraty, próba Williamsa z dystansu), ale później Southgate zrobił to, co robił zwykle w tym turnieju: dokonywał zmian, zaczynając od przemęczonego i zmagającego się przez całe mistrzostwa z kontuzją pleców kapitana i najskuteczniejszego strzelca drużyny Harry’ego Kane’a. To jeden z rezerwowych, Cole Palmer, po akcji Saki prawą stroną i przytomnym zagraniu Bellinghama, dał Anglikom wyrównanie kolejnym na tych mistrzostwach pięknym strzałem zza pola karnego.
Opiewam ciszę, lecz nie zaznam spokoju
Ale Hiszpanie również mieli swoich rezerwowych, i tak jak przy pierwszym golu przydało się minięcie rachitycznego pressingu Anglików przez Zubimendiego (wszedł w przerwie, w miejsce Rodriego, kontuzjowanego podczas blokowania strzału Kane’a), tak przy drugim odnalazł się będący na boisku od 20 minut Oyarzabal, który o kilka zaledwie centymetrów uniknął wpadnięcia w pułapkę ofsajdową.
W 86. minucie zrobiło się więc 2:1 – i choć Anglicy mieli jeszcze szansę na wyrównanie po rzucie rożnym (główkę Rice’a obronił Simon, późniejszą dobitkę Guéhiego wybił z linii bramkowej Olmo), tak naprawdę to Hiszpanie powinni w tym spotkaniu strzelić kolejne gole: zwłaszcza Yamal, którego dwukrotnie powstrzymał dobrze broniący Pickford.
Była wprawdzie w grze Hiszpanii szczypta pragmatyzmu (oni również potrafią rozpocząć akcję dalekim wykopem bramkarza...), ale przede wszystkim było mnóstwo donkiszoterii. „Cenię tych ludzi, którzy są naprawdę, / być z bohemy, być poetą, włóczęgą – to mi odpowiada, / opiewam ciszę, lecz nie zaznaję spokoju, / i którędykolwiek idę, chełpię się hiszpańskością” – śpiewa dalej Iglesias w „Quijote”, i tak to właśnie wyglądało: Hiszpanie strzelili na tym turnieju najwięcej goli, oddali najwięcej strzałów, przeprowadzili najwięcej akcji ofensywnych. Tu nie było zaciągniętego hamulca, który symbolizował angielską definicję pojęcia „gra turniejowa”. Tu byli piłkarze, którzy „są naprawdę”, którzy wychodzą na boisko, żeby się pokazać. Jak torreadorzy (corrida, niestety, jest kolejną obok futbolu pasją trenera de la Fuente), wychodzący na arenę, by zagonić tam na śmierć coraz bardziej zmęczonego angielskiego byka.
Skoro jednak wróciliśmy do piosenki Iglesiasa: jej bohater boi się ludzi, którzy łatwo oceniają innych – i w tym kontekście wypada zauważyć, że nawet triumf Hiszpanów nie zmniejszy jego lęku. Świat, w którym żyje don Kichot, stał się naprawdę nieprzyjazny.
Futbol w świecie wiecznego wzmożenia
Sportretujmy typowego sprawcę tego stanu świata. Używa pseudonimu, powiedzmy, Czesio_711xd, któremu jako zdjęcie profilowe towarzyszy portret jakiegoś znanego piłkarza z emblematem flagi narodowej. Nie wiemy, czym się zajmuje w realnym życiu, choć historie demaskowanych czasem internetowych trolli uczą, że za nickiem i awatarem kryć się może np. dobrze usytuowana i dbająca o bliskich głowa rodziny. „Wiadomo: ludzie z pozoru poukładani, porządni, sympatyczni i życzliwi w swoim świecie wewnętrznym kultywują jakieś zupełnie inne, nieoczywiste, mroczne tożsamości – pisał kiedyś w „Tygodniku” Tomasz Stawiszyński. – A sfera wirtualna to coś na kształt uzewnętrznionej fantazji, gdzie dochodzi do ekspozycji tych właśnie aspektów osobowości, które na co dzień chowane są przed światłem dziennym”.
Czesio_711xd nie jest zresztą jedyny. Jego fantazjami, okrucieństwami i popędami zarządza jakiś popularny jutuber czy podkaster, który w swoich programach nie mówi, tylko „grzmi”, a stałym gościem tychże programów jest równie popularny były piłkarz, który „miażdży”. Zasadą ich opowieści o świecie – w tym przypadku: o świecie futbolu, choć do niego się nie ograniczają – jest wyrazistość. Tu nie ma odcieni szarości. Nie ma przestrzeni na chwilę zawahania czy błąd, który można zresztą naprawić (przypadek Luki Modricia, który podczas tego Euro nie strzelił karnego w meczu z Włochami, ale trafił do siatki z gry zaledwie pół minuty później). Ronaldo i Lewandowski się skończyli, a tak w ogóle są zapatrzonymi w siebie narcyzami. Mbappé zdradził prawdziwych Francuzów. Sędziego Marciniaka oszukano, za sprawą niemieckiego spisku pozbawiając szansy na poprowadzenie finału.
Epitetów na temat formy Kane’a nie chcę przytaczać, może wystarczy zresztą powiedzieć, że futbol, jaki grali Anglicy, był „gówniany” (to cytat z Gary’ego Linekera, dawniej zasłużonego napastnika tej reprezentacji, będącego jako piłkarz ikoną elegancji, dziś popularnego prezentera telewizyjnego, jeszcze popularniejszego podkastera, a przede wszystkim influencera, którego na portalu X obserwuje blisko 9 milionów osób).
Gdyby Jim nie opuścił „Patny”
Przykłady podobnych opinii można mnożyć, wypełzały w ostatnich tygodniach niechciane na ściany naszych kont w mediach społecznościowych, zamieniane w rolki i memy tak samo jak my zamieniamy się w suby. A czasami ich toksyczność miewała skutki idące dalej niż przemoc wyłącznie werbalna, której efektów nie można zresztą lekceważyć, bo zostawia w ofiarach niewidzialne z początku zranienia; coraz więcej piłkarzy mówi nie tylko o przemęczeniu intensywnością współczesnego futbolu i faktem, że w trakcie sezonu muszą rozegrać po 60-70 spotkań, ale także o cenie, jaką przychodzi płacić za nieustanne wystawianie się na osąd – w dodatku osąd ludzi o umiarkowanych, eufemistycznie mówiąc, kompetencjach.
Angielskiego selekcjonera Garetha Southgate’a np. – człowieka, który nie tylko przyniósł podupadłemu także pod względem futbolowym imperium (od czasu mistrzostw świata 1966 nic nie wygrali) występy w dwóch finałach Euro i półfinale mundialu, a którego patriotyzmu nigdy nie można było kwestionować – obrzucano plastikowymi kubkami z piwem już po ostatnim meczu fazy grupowej. O dawnych zasługach nikt nie pamiętał, rzecz jasna. Podobnie jak o tym, że w futbolu decydują czasem centymetry i ułamki sekund.
O tych detalach Southgate mówił jeszcze przed finałem. Jego przekaz był, jak zwykle u tego powściągliwego mężczyzny z Yorkshire, stonowany. „Oni nie potrzebują specjalnej motywacji – odpowiadał na pytanie, czy jego zawodnicy mogą się spodziewać jakiegoś szczególnie podniosłego wystąpienia przed finałem. – Tu chodzi raczej o zadbanie o kilka drobiazgów”.
Powtórzmy: o wygranej Hiszpanów zdecydowały centymetry: kolano Stonesa, dzięki któremu przy golu Oyarzabala nie było spalonego, oraz głowa Olmo, wybijająca piłkę z bramki po uderzeniu Guéhiego. Gdyby nie te centymetry, opowiadałbym tu kompletnie inną historię: o, jeśliby już zostać przy marynistycznych metaforach z czasów porażki Hiszpanów ze Szkotami, niezatapialnych Anglikach. W sumie to zawsze wolałem czytać Conrada, niż słuchać Iglesiasa, a w związku z tym mam poczucie, że godność, z jaką Southgate znosił wszelkie przeciwności, przypomina postawę bohatera „Lorda Jima”. Nawet piętno niewykorzystanego przez trenera Anglików karnego w meczu z Niemcami, w 1996 r., może się kojarzyć z opuszczeniem „Patny” – choć upieram się, że podchodząc wówczas do jedenastki młody Southgate wykazał się odwagą.
Dokąd zmierza piłka
„Stawką tego meczu była dusza futbolu” – umieszczając to zdanie na stronie „Tygodnika” po spotkaniu półfinałowym miałem na myśli przede wszystkim zderzenie dwóch stylów gry: pełnych rozmachu Hiszpanów i pragmatycznych Francuzów. Ale w lęku o tę duszę było coś więcej niż przekonanie, że koncentracja wyłącznie na wyniku odbiera radość z gry.
Kiedy jeden z występów Portugalii kilkakrotnie zakłócali wbiegający na boisko gapie, spragnieni zrobienia sobie selfie z Ronaldo, można się było zastanawiać, czy w tym wszystkim chodzi jeszcze o sport (chociaż, powiedzmy to od razu, jemu chodziło...), czy może o zasięgi. Idący z reprezentacją Urugwaju po brązowy medal rozgrywanego równolegle z Euro Copa America argentyński trener Marcelo Bielsa przypominał, że futbol to coś więcej niż okazja do wykrojenia z trwającego dwie godziny widowiska kilkudziesięciosekundowej rolki. Że może służyć jako narzędzie ekspresji, za pomocą którego wyraża się cały naród, z jego tożsamością i kulturą (zwróćmy uwagę: kiedy premier Keir Starmer komplementował reprezentację Anglii za awans do finału, wymieniał w pierwszym rzędzie jej determinację i ciężką pracę – to faktycznie takie brytyjskie...).
Na jednej z przedmeczowych konferencji Bielsa, ów prorok pięknej gry, wciąż inspirujący swoim radykalizmem innych trenerów, wieszczył ponuro wejście futbolu w fazę upadku. „Piłka ma coraz więcej widzów, ale staje się coraz mniej atrakcyjna. To, co sprawiło, że ta gra stała się najlepsza na świecie, przestało być priorytetem” – mówił, zapowiadając coś, co zaczyna skądinąd znajdować już odbicie w statystykach: że podsycany w ostatnich latach wzrost liczby widzów wielkich rozgrywek rychło się skończy, jeśli zamiast myśleć o korzyściach biznesowych organizatorów nie zaczniemy znów myśleć o radości kibiców.
Pęcherz napełniony emocjami
Zwycięstwo Hiszpanów na Euro pozwala oczywiście spowolnić ten proces, pozostaje jednak problem kondycji psychicznej tych, którzy mają dostarczać kibicom radości. To jedna z różnic między zakończonym właśnie turniejem a turniejami poprzednimi: bańki, w jakich trenerom udawało się zamknąć swoich podopiecznych przed laty, przestały kogokolwiek chronić.
Podczas jednej z moich wizyt w studiu TVP wdałem się w rozmowę na ten temat z byłym reprezentantem Polski Kazimierzem Węgrzynem: wspominał czasy, kiedy w zasadzie jedyną formą oceny jego występu, oprócz tej, którą słyszał z trybun i od trenera w szatni, była ta, którą znajdował następnego dnia (co jednak umożliwiało nabranie dystansu...) podczas lektury „Tempa”. Obraz wchodzącego po meczu do tejże szatni Southgate’a i zastającego tam grupę chłopców wpatrzonych w ekrany smartfonów, jest w tym sensie niepokojący. Czesio_711xd i setki jemu podobnych muszą przecież odreagować swoje, zawodnicy nie potrafią już odciąć się od buzującego złymi emocjami świata, a trener – choć wie, że to byłoby dla nich najlepsze – nie może ich przecież wysłać na cyfrowy odwyk.
„Oni czytają wszystko. I bardzo się przejmują opiniami na swój temat” – powiedział mi niedawno doświadczony polski szkoleniowiec. Obaj wiedzieliśmy, że te opinie nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. I że rozmawiamy o żywych ludziach, nawet jeśli zarabiających krocie dzięki lepszej lub gorszej umiejętności kopnięcia wypełnionego powietrzem pęcherza.

Nowy dom
Selekcjoner Anglików ma kontrakt do końca roku, ale wygląda na to, że poprosi o jego wcześniejsze rozwiązanie. Nie wiem, czy jego następca będzie tym, który zdoła w końcu odnaleźć „utraconą chwałę” (nawiązuję do tytułu historii reprezentacji Anglii, pióra Paula Haywarda), ale wiem, że dobrze byłoby, żeby pozostał dla swoich podopiecznych figurą ojca. Sam Southgate, opowiadając o własnym tacie, mówił, że byłby znakomitym materiałem na trenera, bo zawsze troszczył się o innych.
Na to, że nowy trener zdejmie z pleców swoich piłkarzy brzemię ciągnącej się od 1966 r. historii niespełnienia, liczyć pewnie nie można. Tegoroczne mistrzostwa pokazały przecież i to, że drużyny futbolowe pozostają wciąż w dzisiejszym świecie nosicielami wielkich opowieści i symboli, znakami ciągłości, jak nie przymierzając monarchowie czy papieże. Kiedy Lamine Yamal strzelił gola Francuzom, przestał być – bajecznie zdolnym, zgoda – chłopakiem wychowanym najpierw na betonowych placykach Rocafondy, a później w słynnej szkółce Barcelony. Stał się „dziedzicem Messiego”, osobiście przez Argentyńczyka namaszczonym i wykąpanym (widzieliście pewnie tę sesję zdjęciową do kalendarza UNICEF-u, na której Messi kąpie maleńkiego Yamala).
„Football’s coming home” – piosenki pod tym tytułem nie napisał może Julio Iglesias, ale od kilku dekad opisuje ona ów dziwny słodko-gorzki stan, w którym znajduje się angielski kibic, rozpięty między kompletnym brakiem złudzeń a nieprzemijającą nadzieją. Dziś jednak sprawozdawcy z całego świata przywołują ją w innym kontekście niż stracona szansa na powrót futbolowego trofeum do ojczyzny tego sportu. Rzecz w tym, że hiszpańscy szkoleniowcy wygrywają ligi w Niemczech i w Anglii, że prowadzą także na co dzień wielu reprezentantów Anglii. Ojczyzną współczesnego futbolu jest dziś Hiszpania. A może precyzyjniej byłoby mówić: Katalonia, Galicja i Kraj Basków, gdzie urodzili się trener de la Fuente i strzelec gola na wagę mistrzostwa Europy Oyarzabal. I gdzie swoje miejsce mają także dzieci przybyszów.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















