„Mecze bez dogrywek i karnych, nawet jak są wielkie, nie przechodzą do historii” – to znowu Pilch, ale tym razem czuję, że i on nie wystarcza, a do fragmentu prozy wypadałoby dodać w pomeczowej relacji choćby szczyptę poezji (dramat pomińmy, dramat przecież rozegrał się na boisku). Na przykład Szymborskiej, która swój „Konkurs piękności męskiej” rozpoczynała frazą: „Od szczęk do pięty wszedł napięty. / Oliwne na nim firmamenty”, a kończyła strofą: „Rozkroku mistrz i przykucania. / Brzuch ma w dwudziestu pięciu minach. / Biją mu brawo, on się kłania / na odpowiednich witaminach”. Naprawdę trudno uwierzyć, że ten wiersz opublikowała w 1962 roku, dwadzieścia trzy lata przed narodzeniem Cristiano Ronaldo.
Bramkarze, Słoweńcy i On
Oczywiście o tym, że Portugalia awansowała do ćwierćfinału, nie zdecydował ostatecznie – choć tak bardzo chciał – ów napięty mistrz rozkroku. Zdecydował fantastyczny bramkarz, wychowanek FC Porto (jak długo tam jeszcze pogra po takim wyczynie?) Diogo Costa, który najpierw, na pięć minut przed końcem dogrywki zatrzymał czubkiem buta strzał będącego z nim sam na sam Benjamina Šeški (z perspektywy Słoweńców był to moment porównywalny z konfrontacją Argentyńczyka Emiliano Martíneza z Francuzem Kolo Muanim w ostatniej minucie dogrywki finału ostatniego mundialu), a później w serii rzutów karnych obronił trzy z rzędu próby: Iličicia, Balkoveca i Verbicia, zasilając tym samym dynastię portugalskich golkiperów, broniących jedenastki na wielkich turniejach – Rui Patrício w 2016 podczas meczu z Polską czy Ricardo, powstrzymującego gołymi rękami, bez rękawic, strzał Anglika Vassella podczas Euro 2004. Żaden inny bramkarz w dziejach mistrzostw Europy nie dokonał czegoś takiego jak obrona trzech karnych w jednym spotkaniu.
Niesamowity był to więc mecz – i niesamowite w nim bramkarskie losy, bo przecież o tym, że Portugalia awansowała do ćwierćfinału dopiero po karnych, a nie już po dogrywce, zdecydował z kolei Słoweniec Jan Oblak, w 104. minucie broniący uderzenie Ronaldo również z jedenastu metrów (a wcześniej zatrzymujący także strzał najsłynniejszego z rywali z rzutu wolnego). To heroizmowi Costy i Oblaka powinno się poświęcać całe akapity, oczywiście już po tym, jak odda się sprawiedliwość postawie powszechnie spisywanych przed meczem na straty Słoweńców. Podkreślmy to: oni doskonale wiedzieli, jak grać z Portugalczykami, nie tylko dlatego, że pokonali ich 2:0 podczas marcowego meczu towarzyskiego w Lublanie.
Świetnie się czujący w stosowanym od paru lat przez trenera Matjaža Keka ustawieniu 4-4-2, broniący się w tzw. średnim bloku, zamykający błyskotliwszym i lepszym technicznie rywalom przestrzeń do podań, a po przejęciu piłki groźnie kontratakujący – przetrwali w tym meczu niejedną nawałnicę. Na nic się zdały rajdy Mendesa i Leão lewą stroną czy współpraca Cancelo i Bernardo Silvy na prawym skrzydle. Na nic liczne dośrodkowania kierowane do Ronaldo, z którym znakomicie radził sobie niemal bezbłędny obrońca Drkušić (dał się przeskoczyć bodaj tylko raz, na samym początku spotkania) – owszem, o dzielnej drużynie Słowenii można by pisać równie obszernie jak o bramkarzach, gdyby nie to, że i tak wszyscy chcą czytać tylko o nim. A może należałoby napisać: o Nim, wielką literą?
Influencer w świecie piłki
Wrażenie, że jest większy niż impreza, na którą przyjechał, można było mieć już od drugiego meczu Portugalczyków podczas Euro, sześciokrotnie przerywanego przez wbiegających na boisko fanów, spragnionych zrobienia sobie selfie z idolem; kamery zarejestrowały także incydent po kolejnym spotkaniu, w trakcie którego jakiś wielbiciel Ronaldo zeskoczył z wysokości trybun do stóp opuszczającego właśnie boisko 39-letniego zawodnika. To, że jego drużyna w Dortmundzie wygrała z Turcją 3:0, schodziło na drugi plan, podobnie jak dzisiejszy wynik meczu we Frankfurcie. Liczył się magnetyzm tego globalnego celebryty i influencera, swoimi zasięgami przerastającego wszystko, co dzieje się wokół: Barney Ronay w „Guardianie” zwrócił uwagę, że profil Ronaldo na portalu X obserwuje o 107 milionów więcej ludzi niż oficjalne konto mistrzostw, a jego roczne zarobki dorównują pieniądzom, jakie za udział w Euro dostają wszyscy pozostali członkowie grających tu dwudziestu czterech drużyn.
„W pewnym sensie Ronaldo jest już zbyt sławny, żeby po prostu grać w piłkę. Być może granie w piłkę stało się jedną z tych rzeczy, na które najsłynniejsi piłkarze nie mogą już sobie pozwolić, tak samo jak nie mogą już cieszyć się wyjściem na kawę i swobodnym spacerem po okolicy – ironizował Ronay. – Być może Ronaldo powinien zlecać takie czynności swoim pełnomocnikom i przedstawicielom. Być może mógłby za to nagrać jakiś filmik, który można by odtworzyć w trakcie meczu”.
Co ważne – i na co również publicysta „Guardiana” zwrócił uwagę – opisywane tu zjawisko więcej mówi o dzisiejszym świecie niż o samym Ronaldo. Mamy przecież do czynienia z jednym z naprawdę najwybitniejszych piłkarzy naszych czasów, który raz już zdobył mistrzostwo Europy (a fakt, że w finale tamtego turnieju doznał kontuzji, musiał zejść z boiska i zdać się na kolegów, czyni tę historię jeszcze lepszą) i który wygrywał Ligę Mistrzów w największym klubie w dziejach futbolu. Zarazem mamy do czynienia z dzieckiem urodzonym w wielodzietnej, praktycznie rozbitej rodzinie, w której ojciec piłkarza, żołnierz wysłany na wojnę do Angoli, po powrocie nie potrafił się odnaleźć i popadł w alkoholizm. Kiedy wychudzony dwunastoletni Cristiano opuszczał Maderę i leciał samotnie, tylko z kartką identyfikacyjną na szyi, na testy do Lizbony, tyleż uciekał od świata biedy, alkoholu i rodzinnych kłótni, co został z niego wypchnięty: na miejscu mieli od tej pory jedną gębę mniej do wykarmienia.
Jego historia więc to opowieść o talencie i ciężkiej pracy, które pozwoliły znaleźć ratunek. To także opowieść o wiecznym samodoskonaleniu, o życiu rozpisanym na minuty w reżimie ciągłego treningu, o wyrzeźbieniu idealnej sylwetki nieskazitelnego atlety, słowem: o nadludzkim wysiłku, mającym przedłużyć sportową karierę, ile się da. Może z lęku przed przemijaniem, a może jednak w poczuciu, że w sporcie kryje się coś jeszcze poza pieniędzmi i sławą.
Ego gra dalej
Ronay cytuje wprawdzie frazę Andy’ego Warhola, że zarabianie pieniędzy to sztuka, i dodaje, że Ronaldo jest w tym sensie żywą instalacją, pokazującą, jak podbić dzisiejszy świat, ale przyznam, że tutaj jego opowieść przestaje mi wystarczać.
Owszem, Ronaldo jest awatarem wielu współczesnych obsesji: pogoni za pięknem (czy raczej: fizyczną, także seksualną atrakcyjnością), wieczną młodością i zdrowiem, sukcesem i pieniędzmi. Owszem, jego historię zamienia się często w motywacyjną opowiastkę. Owszem, on sam zmonetyzował ją w sposób przyćmiewający skalą wszelkich Beckhamów tego świata.
Wiem, że inni nie mają raczej wątpliwości: nawet teraz piszą, że za sprawą ego Cristiano Ronaldo Portugalia omal nie odpadła z mistrzostw Europy. Że koledzy z drużyny nie umieli wyjść z jego cienia. Że zbyt często szukali go podaniem, zamiast samemu decydować się na strzał. Że oddawali mu piłkę, żeby wykonał rzut wolny, a on uderzał na bramkę nawet z absurdalnie ostrego kąta, kiedy prosiłoby się raczej o dośrodkowanie. Że w przerwie dogrywki, zamiast skupić się na taktycznych uwagach trenera Martíneza, zajmowali się wspieraniem rozbitego psychicznie, spłakanego po niestrzelonym karnym gwiazdora. I że on sam przez cały ten turniej kolejny raz próbował zrobić wszystko na własną rękę – wszak strzelał już na bramkę Czechów, Turków, Gruzinów, a wreszcie Słoweńców 20 razy, zawsze bezskutecznie. Że we wszystkich wielkich turniejach, na które pojechał, wykonywał już 60 rzutów wolnych – i trafił tylko raz. Że oprócz spudłowanego dziś karnego nie wykorzystywał jedenastek w trakcie Euro 2016 (z Austrią) i na mundialu 2018 (z Iranem).
Myślę jednak, że autorzy takich opinii, wyrzucający Ronaldo niedojrzałość, egoizm czy narcyzm, nie mają racji – i jego asysta przy golu Bruno Fernandesa w meczu z Turcją, kiedy wydawało się, że sam powinien strzelać, nie jest tego jedynym dowodem. Zarówno trener, jak i koledzy z drużyny tłumaczą fakt, że Ronaldo tyle bierze na siebie, raczej poczuciem odpowiedzialności niż egoizmem. „Dał nam wszystkim ważną lekcję – mówił po meczu selekcjoner Portugalczyków Roberto Martínez. – W życiu i w piłce zdarza się mnóstwo trudnych momentów i liczy się to, jak na nie zareagujesz”. Dla Martineza kluczem w ocenie Ronaldo było to, że po niewykorzystanej jedenastce w dogrywce spróbował po raz kolejny, podczas serii rzutów karnych. Że podszedł do strzału jako pierwszy. I że tym razem trafił idealnie, tuż przy słupku bramki Oblaka, przywracając Portugalii poczucie, że jest nie do zatrzymania.
Metafizyka dogrywki
Wspomniałem przedtem o przekonaniu, że w sporcie kryje się coś jeszcze poza pieniędzmi i sławą; piszący o dogrywkach Pilch mówi wprost o metafizyce i prawdzie futbolu, które w takich chwilach „biegają zawodnikami”.
Kiedy poświęcałem Cristiano Ronaldo rozdział w książce „Światło bramki”, zastanawiałem się, czy w ogóle lubi piłkę nożną. Otóż dziś nie mam wątpliwości, że trzyma go przy niej nie fakt, że nic innego nie potrafi. Osiągnął tyle, że naprawdę mógłby dać sobie spokój. Naprawdę nie musiałby narażać się na łatwą szyderę czy hejt. Będąc wcieloną doskonałością, nie musiałby pokazywać się światu aż tak bezradny, jak wtedy, gdy cała Portugalia rzuciła się pocieszać go w przerwie dogrywki.
Rzecz w tym, że nigdzie indziej nie znajdzie równie intensywnego doświadczenia. Takiego, które – powtórzę się, bo wspominałem już o tym podczas pożegnania z turniejem Luki Modricia – gdyby trafiło do scenariusza przyniesionego jakiemuś wielkiemu reżyserowi filmowemu, zostałoby odrzucone jako zbyt kiczowate. Takiego, które pozwala puścić napięcie i które każe brzuchowi przestać robić którąś z dwudziestu pięciu min. W świecie, w którym wszystko wydaje się upozowane jak celebracje po strzelonym golu, o instagramowych fotkach z luksusowymi samochodami nie wspominając; w świecie, w którym wszystko daje się przeliczyć na pieniądze, wciąż można wyjść na boisko i przeżyć tak niewiarygodny spektakl. Spektakl, w którym rozstrzygnięcie do końca jest niewiadomą, sukces hegemona wisi na włosku, zachwycają nie ci, po których się tego spodziewano – i w którym nie da się już być kowalem swojego losu, przeciwnie: trzeba ów los złożyć w dłonie innych. Ze szczególnym uwzględnieniem tych przywdzianych w rękawice bramkarskie.
Rozkroku mistrz i przykucania nie kłania się już i nie pozuje, tylko płacze. Dawno nie widziałem w przestrzeni publicznej czegoś równie prawdziwego jak te łzy Cristiano Ronaldo.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















