Formalnie nie ma się do czego przyczepić. Za pomocą najdoskonalszej dostępnej nam technologii sędziowie spotkania Dania-Niemcy orzekli, że bramka Joachima Andersena z 48. minuty nie powinna zostać uznana, a to za sprawą centymetrowego dosłownie spalonego (z komputerowej symulacji wynika, że czubek buta uczestniczącego w akcji Thomasa Delaneya był w stosunku do pięty niemieckiego obrońcy wysunięty w momencie zrobienia stopklatki o centymetr, może dwa; ktoś napisał na Twitterze, że gdyby piłkarz nosił obuwie w mniejszym rozmiarze, gol zostałby uznany).
Analogicznie, minutę później piłka dośrodkowana przez Davida Rauma trafiła w wyciągniętą rękę tegoż Andersena: Duńczyk był wprawdzie bardzo blisko, a jego ruch sprawiał wrażenie naturalnego, no ale doszło do kontaktu futbolówki z ręką w polu karnym, były więc również podstawy do podyktowania jedenastki. W kilkadziesiąt sekund boiskowa sytuacja zmieniła się diametralnie: zamiast sensacyjnego prowadzenia skazywanych przed meczem na odpadnięcie Duńczyków, mieliśmy gola dla faworyzowanych – i niewątpliwie lepszych w tym spotkaniu, może najlepszych na tym turnieju – Niemców. Formalnie, powtórzmy, nie ma się do czego przyczepić. Dlaczego więc tak trudno napisać, że „sprawiedliwości stało się zadość”?
Temat jest stary jak prawo. Dawno, dawno temu w Wenecji zakazywano „wylewać krew na ulicę”, więc formalistyczny sędzia skazał na tej podstawie lekarza, który uratował życie leżącego na ulicy mężczyzny, upuszczając mu nieco krwi – analizę tego i innych dylematów stróżów sprawiedliwości znajdziecie we wczesnej książce Marcina Matczaka „Summa iniuria. O błędzie formalizmu w stosowaniu prawa”; w niedawnym tekście na łamach „Gazety Wyborczej” autor ten przywoływał z kolei w kontekście rozważań o duchu i literze prawa paradoks umowy Shylocka z Antonim w „Kupcu weneckim”. Tak, owszem, oprócz dosłownie stosowanej litery prawa jest także, a przynajmniej zawsze był, towarzyszący jej duch.
Zwłaszcza gdy przepisy zmieniają się na tyle często, że (przypadek karnego po ręce Moussy Sissoko w finale Ligi Mistrzów między Tottenhamem a Liverpoolem w 2019 r.) w jednym roku to samo zagranie bywa zabraniane, w innym zaś dopuszczane, interpretujący je ludzie powinni odwoływać się do czegoś wyższego niż formalny przepis. I nie, nie mam tu na myśli tego, że wszyscy odruchowo stajemy w takich meczach, jak wczorajszy, po stronie drużyny słabszej. Sam kibicowałem Niemcom, zachwycony od pierwszego ich występu na Euro stylem, w jakim konstruują akcje: spokojem Kroosa, finezją Musiali czy Wirtza, inteligencją Gündoğana, techniką i nieustannymi wyjściami za plecy obrońców rywali Havertza, a kiedy wszystko to nie wystarcza, jeszcze instynktem wprowadzanego z ławki Füllkruga. Zachwyciła mnie bramka Musiali, zachwyciło mnie przyjęcie piłki przez Havertza, dzięki któremu znalazł się w drugiej połowie sam na sam ze Schmeichelem. Takie zachwyty mógłbym mnożyć, ale w tym przypadku nie mają żadnego znaczenia.
Chodzi o rzeczy w gruncie rzeczy bardzo proste – choć właśnie najtrudniejsze do pogodzenia się z nimi. O złudzenie, któremu ulegamy, traktując nieomylność środków technicznych jak fetysz. O stopień skalibrowania tychże – margines błędu, z jakim rozstrzygają np. o spalonym w sytuacji tak dynamicznej jak ta podczas meczu Niemcy-Dania. O założenia, z którymi arbitrzy powinni rozstrzygać wątpliwości – np. na korzyść drużyny atakującej. Także o odpowiedzialność, jakiej pozbawiamy arbitrów biegających po boisku: moim zdaniem np. standard sędziowania w Premier League dramatycznie się obniżył wraz z wprowadzeniem VAR, bo zamiast kierować się własnym oglądem sytuacji i podejmować samodzielne decyzje, sędzia główny czeka na podpowiedź od kolegi oglądającego mecz na monitorze. I co najważniejsze: o nasze pogodzenie się z istnieniem sytuacji, w której nawet sto razy obejrzana na tymże monitorze powtórka nie da stuprocentowej pewności, jaka decyzja będzie słuszna. Ileż to razy słyszeliście frazę „Z tego ujęcia kamery nie da się powiedzieć”?
Każdy kibic przeżył coś takiego wielokrotnie, więc daruję sobie przykłady. Ręka daleko czy blisko. Naturalnie ułożona czy nie. Chciał czy nie chciał. Siła nadmierna czy jednak do przyjęcia. Żółta czy czerwona. Jak sytuacja wyglądała na żywo, a jak w powtórce, a zwłaszcza w zwolnionym tempie czy na stopklatce. Nie mówię o największych skandalach w dziejach sędziowania, uznanym golu dla Argentyny po ręce Maradony w 1986 r., nieuznanym golu Lamparda w 2010. Chwała Bogu, że do takich sytuacji nigdy już nie dojdzie. Chodzi o momenty, w których wszyscy wiemy, że to nie jest czarno-białe. Wczoraj w meczu Dania-Niemcy nie było.
Pilch napisał kiedyś tekst „Reformatorzy krowiego zadka”. Podkreślał w nim, że sędzia piłkarski – czy tylko piłkarski? – jest postacią na wskroś tragiczną, bo skupia się na nim gniew tłumu, jego błędy są demonizowane, przypisuje mu się głupotę, ignorancję, przekupstwo. Odbierając mu jednak lwią część kompetencji za pomocą ingerencji wideo – pisał – czyni się zeń postać dodatkowo jeszcze groteskową. Oczywiście od tamtej pory VAR tyle razy ratował nas przed straszliwymi wypaczeniami, że warto było tę cenę zapłacić. Niejednoznaczność jednak nie zniknęła – i tak naprawdę o niej chciałem tu napisać. I jeszcze o prawie do wyrażenia własnej opinii w tej sprawie, bo choć formalnie wszystko jest w porządku, warto dalej rozmawiać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















