Dla Niemców piłka nożna jest narodową terapią. Czy tak będzie również podczas Euro 2024?

Futbol już raz zmienił życie za Odrą na lepsze: wielu uważa, że doświadczenie roku 2006 – gdy Republika Federalna gościła mundial – było najlepszym zbiorowym przeżyciem w historii współczesnych Niemiec.
z Hanoweru
Czyta się kilka minut
Bramka pod Bramą Brandenburską – budowa strefy kibica w Berlinie, maj 2024 r. // Fot. Sean Gallup / Getty Images
Bramka pod Bramą Brandenburską – budowa strefy kibica w Berlinie, maj 2024 r. // Fot. Sean Gallup / Getty Images

Euro 2024 w Niemczech rozpocznie się już w najbliższy piątek 14 czerwca. Podejście tamtejszych kibiców do turniejów piłkarskich różni się znacznie od tego w Polsce. Na ostatniej prostej przed pierwszym gwizdkiem „Tygodnik” rozmawiał z trojgiem niemieckich kibiców na temat ich oczekiwań.

– Myślę, że mogą nawet wygrać – przekonuje z pewną dozą ostrożności Eike Jantz, 35-latek z Dolnej Saksonii. Przyznaje, że jest ogromnym fanem futbolu i drużyny narodowej. W ostatnich miesiącach przeżywał sukcesy ulubionych klubów: Bayer Leverkusen przełamał dominację Bayernu Monachium i został mistrzem kraju, a Borussia Dortmund dotarła na szczyty Ligi Mistrzów. Dopiero w finale przegrała z Realem Madryt.

Również William Ludwig-Schulte – 34-latek z Hamburga, ligowo fan klubu Hamburger SV – oceniając szanse niemieckiej drużyny narodowej, najpierw kręci nosem i zastrzega, że woli pozostać realistą. – Pewnie dotrą do półfinału – wypala w końcu.

Entuzjazm stonowany

Przekonanie o byciu skazanym na sukces widać nawet w terminarzach dostępnych w internecie. Tam po datach meczów w fazie grupowej rozpisano możliwą jedną ósmą finału, możliwy ćwierćfinał, możliwy półfinał, aż w końcu 14 lipca możliwy finał na stadionie w Berlinie. Dla niemieckiej jedenastki wszystko jest możliwe.

I nie ma się czemu dziwić. Niemcy to – po Brazylii – najbardziej utytułowana drużyna piłkarska na świecie. Wraz z Anglią, Francją i Włochami należą do elitarnego grona, którego celem jest zawsze gra o puchar.

Jednak tym razem entuzjazm Niemców jest dość stonowany. – Gdybyś mnie nie zapytał, to w ogóle bym jeszcze nie pomyślał, że mistrzostwa są w tym roku u nas – mówi William na tydzień przed rozpoczęciem turnieju.

Po części wynika to z kiepskich wyników drużyny narodowej w ostatnich latach. Z drugiej strony w kraju, w którym napięcia polityczne mocno podmywają ład społeczny, coraz mniej ludzi myśli o czystej i nieskrępowanej celebracji futbolu.

A przecież już raz właśnie dzięki piłce nożnej Niemcy stali się lepszym narodem.

Wiliam Ludwig-Schulte (pierwszy z lewej) na stadionie Hamburger SV, marzec 2024 r. // Archiwum prywatne

Lato jak z baśni

Całkiem możliwe, że doświadczenie roku 2006 było najlepszym zbiorowym przeżyciem w historii współczesnych Niemiec.

Wtedy to, w czerwcu i lipcu, Niemcy zorganizowały piłkarskie mistrzostwa świata, które w pamięci zbiorowej zapisały się jako „letnia baśń” albo „lato jak z baśni” – tak można przełożyć słowo Sommermärchen. Historycy z pewnością się oburzą i wskażą palcem na upadek muru berlińskiego czy zjednoczenie Niemiec. Jednak nawet z tego okresu nie ma tylu archiwalnych ujęć zbiorowej ekstazy, co z lata 2006. Niemcy zorganizowali perfekcyjną imprezę sportową i pokazali się światu z najlepszej strony: uśmiechnięci, gościnni, pomocni, skorzy do wspólnej zabawy.

Wykorzystali wówczas w pełni swój skrywany dotąd atut. To nie jest społeczeństwo, które łatwo oddaje się kultywowaniu atawistycznych tradycji. To nie Anglicy, którzy gdy jadą gdziekolwiek na mecz, to od razu wszyscy wiedzą, że przyjechali goście z Wysp.

Niemcy po II wojnie światowej nauczyli się trzymać z daleka od zbiorowych uczuć narodowych. Ale dołóżmy do tego tradycyjną niemiecką kindersztubę – i mamy idealnego organizatora masowej imprezy. Zamiast skupiania się na sobie, ze szczerą ciekawością i otwartością przyjęli kibiców z całego świata.

– Nie tylko kibicowaliśmy Niemcom, ale także cieszyliśmy się ze zwycięstw innych drużyn – wspomina Elisabeth, która „letnią baśń” przeżyła jako studentka w Berlinie.

Radość narodowa

Wówczas to właśnie, na fali tamtych emocji, coś się zmieniło: również sami Niemcy dali się porwać nastrojom.

– Cały teren obok Bramy Brandenburskiej był zapełniony ludźmi w barwach narodowych. Pierwszy raz coś takiego widziałam – Elisabeth wspomina dni, w których mecze rozgrywała niemiecka drużyna. – To było zaskakujące, bo wcześniej duma narodowa nigdy nie była manifestowana w tak masowy sposób – wspomina.

W tamtych dniach Niemcy odłożyli – w końcu – na bok rozterki, czy ze względu na zbrodnie III Rzeszy wolno im śpiewać hymn lub machać flagą narodową. Jeśli kibice z całego świata tak robili, to i oni, Niemcy, gromadnie zaczęli zachowywać się jak wszyscy.

– To było pozytywne, bo ta duma narodowa absolutnie nie miała żadnego podtekstu politycznego, chodziło raczej o poczucie jedności – wspomina Elisabeth.

„Tak radosnych, świętujących i połączonych w poczuciu wspólnoty, świat nas jeszcze nigdy nie widział” – wspominał już po turnieju Philipp Lahm, który piękną bramką w samo okienko w pierwszym meczu z Kostaryką rozpoczął ten rozdział niemieckiej historii. Mało komu nawet chyba przeszkadzało, że narodowa drużyna odpadła w półfinale i zdobyła „tylko” trzecie miejsce.

Chwilo, trwaj!

Zresztą tamten czas nie skończył się wcale wraz z finałowym gwizdkiem kończącym mundial. To był tak naprawdę początek baśni, do której na dłuższy czas Niemcy trafili zarówno piłkarsko, jak i politycznie.

Kanclerz Angela Merkel, która objęła urząd w 2005 r., umacniała swoje rządy i prowadziła kraj w taki sposób, by omijać kolejne kryzysy. Przez kolejne 10 lat Niemcy mogli skupić się na pomnażaniu swej zamożności, a Mutti Merkel dbała, by globalne zawirowania nie mąciły za bardzo dobrostanu rodaków. Nawet jeśli uzależnianie kraju od tanich rosyjskich surowców i chińskich poddostawców miało się wiele lat później zacząć odbijać czkawką, to lata rządów Merkel były dla Niemców okresem spokoju i dobrobytu.

Również reprezentacja, którą po mundialu 2006 r. z rąk Jürgena Klinsmanna przejął Joachim Löw, dalej wybornie prezentowała się na murawie. Szczyt możliwości osiągnęła w 2014 r. podczas mundialu w Brazylii: najpierw w półfinale rozgromiła gospodarzy 7:1, a następnie w finale wygrała z Argentyną.

Podwójny koniec epoki

Jednak nic nie trwa wiecznie. W polityce od 2015 r. problemy zaczęły piętrzyć się wraz z pierwszym wielkim kryzysem migracyjnym. W początkowej jego fazie Niemcy jeszcze zmobilizowali się do pomocy i przyjęli ponad milion ludzi, głównie z Syrii. W kolejnych latach kryzys jednak narastał – i dziś niekontrolowana migracja stanowi największy problem społeczny w kraju.

Tymczasem drużyna Löwa zaliczyła jeszcze dobry występ w 2016 r.: podczas Euro we Francji doszła do półfinału. Kolejne turnieje przynosiły już tylko ogromny zawód. Na mundialu w Rosji w 2018 r. Niemcy nie wyszli z fazy grupowej. Tylko trochę lepiej zagrali na Euro 2020 r., gdy doszli do jednej ósmej finału. W Katarze znów nie wyszli z grupy.

Rok 2021 był dla niemieckiego społeczeństwa symbolicznym zakończeniem pewnej ery. Po wyborach parlamentarnych, w których jej chadecja przegrała, Angela Merkel zniknęła z życia publicznego. Z kolei po rezygnacji Löwa piłkarska reprezentacja wypłynęła na niezbadane wody.

To było tak dawno

– To się już nie powtórzy. Wtedy nie było takich problemów z migracją oraz z AfD – William Ludwig-Schulte wątpi, aby Euro 2024 jak za dotknięciem magicznej różdżki odmieniło atmosferę w kraju. W 2006 r. również on przeżywał wspaniałe chwile, ale dziś tamto wspomnienie kwituje krótko: – To było już tak dawno.

Wtedy kraj miał się w ogóle nieźle. Malało bezrobocie, a sukcesy reprezentacji, w której grali piłkarze mający zagraniczne korzenie, pozwoliły przynajmniej na jakiś czas scementować wielokulturowe społeczeństwo. Miroslav Klose i Lukas Podolski byli wtedy gwiazdami.

Dziś migracja wywołuje w Niemczech przeważnie negatywne dyskusje. Również w rozmowie o futbolu wciąż wracają wątki pochodzenia poszczególnych graczy. Jak to ujął sarkastycznie w 2018 r. były już reprezentant Mesut Özil, mający tureckie korzenie: „Gdy wygrywamy, jestem Niemcem, gdy przegrywamy, imigrantem”. Do skandali na tym tle dochodzi regularnie. Obecny kapitan reprezentacji İlkay Gündoğan, którego rodzice przybyli do Niemiec z Turcji, czy Leroy Sané, który tradycje piłkarskie przejął po pochodzącym z Senegalu ojcu, nieraz musieli ścierpieć rasistowskie wyzwiska padające z trybun.

„Więcej białych”

Mecze piłkarskie potrafią też nieoczekiwanie pokazać, jak bardzo rozdarci są imigranci – pomiędzy obecnym miejscem zamieszkania a ojczyzną przodków. W listopadzie 2023 r. w Berlinie doszło do towarzyskiego meczu Niemcy-Turcja. Na stadionie licznie stawili się potomkowie tureckich gastarbeiterów, fanatycznie dopingując Turcję. Goście wygrali z gospodarzami 3:2.

Teraz, na krótko przed rozpoczęciem Euro 2024, dyskusję wokół kwestii etnicznych w futbolu dodatkowo podgrzał sondaż publicznej telewizji WDR, w którym 21 proc. respondentów zgodziło się ze zdaniem, iż w reprezentacji powinno grać więcej białych zawodników. Obecny trener kadry Julian Nagelsmann w emocjonalnej wypowiedzi skrytykował i tę część społeczeństwa, i media, które, zadając takie pytania, jego zdaniem tylko pogarszają sytuację.

Wszystko w nogach zawodników

Organizacyjnie Niemcy zapewne nie zawiodą. W ich przypadku przygotowania do międzynarodowego turnieju nie są tak skomplikowanym procesem, jak było to np. dla Kataru, gdzie na potrzeby mundialu budowano od zera stadiony. W Niemczech wszystko stoi od dekad. Obiekty w Hamburgu, Monachium czy Berlinie wymagały tylko niewielkich modernizacji. Gęsta sieć autostrad oraz połączeń kolejowych i lotniczych pozwolą kibicom na bezproblemowe poruszanie się po kraju. Miasta najwięcej wydadzą na darmowe strefy, w których tysiące kibiców będą śledzić mecze.

Po kontrowersyjnych mundialach w Rosji i Katarze można odetchnąć, że organizacja turnieju w Niemczech odbyła się bez żadnych skandali. Teraz wszystko zależeć będzie od organów bezpieczeństwa, które będą musiały zapewnić kibicom ochronę przed ewentualnym zagrożeniem. Kraj wciąż jest pogrążony w żałobie po śmierci policjanta, który na początku czerwca zmarł w szpitalu po tym, jak afgański islamista ciężko ranił go nożem w centrum Mannheim.

– Wierzę, że ten turniej może coś zmienić. Powinniśmy znów być ze sobą bliżej – przekonuje Eike Jantz.

William Ludwig-Schulte wskazuje, że przy takich imprezach zawsze nadarza się okazja, by przełamać kilka stereotypów na temat Niemców. – Na przykład że jesteśmy tacy zachowawczy i wycofani – śmieje się.

I dodaje, że wszystko i tak zależy od piłkarzy.

A jeśli niemiecka jedenastka szybko odpadnie? – To będę kibicować Ukrainie – mówi William.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 24/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Piłkarska terapia narodowa