Romantyk we mnie musi zacząć od opowieści bohatera Gruzji, Chwiczy Kwaracchelii, o tym, w jakich okolicznościach się to wszystko zaczęło: między czterema blokami w Tbilisi, na betonie, gdzie dzieciaki takie jak on grały w wakacje od rana do nocy, rozwalając sobie kolana, a potem opatrując je prowizorycznie, żeby móc dalej uganiać się za piłką. Z okien tych bloków zawsze wyglądali ludzie. Kibicowali. Nieważne, że grały tylko dzieciaki – kibicowali, bo uwielbiali ten sport. Co miało i ten skutek, że ci, na których patrzyli, zaczęli zdawać sobie sprawę, że robią to nie tylko dla własnej przyjemności, ale i po to, by sprawić przyjemność widzom.
Tego wieczora w Gelsenkirchen sprawili widzom przyjemności co niemiara. Nie tylko tysiącom rodaków – przede wszystkim tak zwanym neutralnym kibicom. Ich wygrana z Portugalią – wygrana siedemdziesiątej czwartej drużyny w rankingu FIFA z drużyną zajmującą w nim szóste miejsce – jest z pewnością największą, jak dotąd, sensacją Euro 2024. I jest także jedną z największych sensacji w najnowszych dziejach mistrzostw Europy, porównywalną jedynie z sukcesami Walijczyków i Islandczyków sprzed ośmiu lat.
Oczywiście, Portugalczycy byli już pewni awansu. Oczywiście, dali odpocząć wielu kluczowym zawodnikom – Bernardo Silvie, Bruno Fernandesowi, João Cancelo, Rúbenowi Diasowi, Vitinhi czy Pepe. Ale wciąż byli to Portugalczycy z Ronaldo w wyjściowej jedenastce – i ze zmiennikami wspomnianych tu gwiazd, którzy również grają na co dzień w czołowych klubach Europy. Niejeden mógłby pomyśleć, że taką Portugalię ograć będzie nawet trudniej, bo desygnowani na ten mecz przez Roberto Martineza piłkarze będą chcieli mu udowodnić, że również zasługują na dalsze prawo gry w tym turnieju.
No to udowodnili… Gruzini. I w tym momencie romantyk we mnie musi umilknąć, bo ich sukces w tym spotkaniu był do bólu wręcz pozytywistyczny. Jasne: wspomniany Kwaracchelia – który już w drugiej minucie strzelił pierwszą bramkę w meczu – dryblerem jest niezrównanym, ale w jego autobiograficznej opowieści, opublikowanej na portalu „Players Tribune”, poczesne miejsce zajmuje wspomnienie, jak to w wieku siedemnastu lat znalazł się w Moskwie, nikogo tam nie znał, mieszkał sam w ośrodku treningowym („Tylko ja, psy i pracownicy ochrony...”) i w samotności doskonalił technikę tego dryblingu na jakimś nieoświetlonym boisku, niepokojąc czasem któregoś z ochroniarzy, biegnących sprawdzić, kto też tu hałasuje w ciemnościach. W tym obrazku nie ma nic romantycznego: jest ciężka praca, determinacja i wiara we własne możliwości. W sumie wszystko to, co zapewniło podopiecznym trenera Willy’ego Sagnola sukces w meczu z Portugalczykami.
Bo oprócz cudownie roztańczonego, jak na Gruzina przystało, Kwaracchelii, był w tej drużynie asystujący przy jego bramce, urodzony we Francji Mikautadze, który w kluczowym momencie spotkania z rzutu karnego podwyższył prowadzenie swojego zespołu, zdobywając równocześnie trzeciego gola na mistrzostwach. Byli heroicznie rzucający się do blokowania portugalskich strzałów Gwelesiani, Dwali czy Koczoraszwili. Był broniący wszystko to, czego tamci zablokować nie zdołali, bramkarz Mamardaszwili – wszystkie modele statystyczne, zliczające obronione przezeń strzały i szacujące ich trudność (analitycy futbolowi znają pojęcie tzw. goli zapobieżonych), czynią zeń jedną z najjaśniejszych gwiazd turnieju.
Słowem: była grupa świetnie zorganizowanych w ustawieniu 5-3-2, niezostawiających rywalom zbyt wiele miejsca przed własną bramką, samemu zaś potrafiących błyskawicznie zaatakować piłkarzy. O skali wysiłku włożonego przez nich w ten mecz świadczyły skurcze, dopadające ich już po godzinie gry – być może będące efektem również wcześniejszych bojów z Turkami (do ostatnich chwil walczyli o wyrównanie, by przegrać w najlepszym – do dziś – meczu mistrzostw 3:1) i Czechami, gdzie w doliczonym czasie gry byli o włos od zwycięskiego gola.
Atak Rosji na Ukrainę umożliwił Kwaracchelii wyjazd z Rosji – od lipca 2022 r. jest zawodnikiem Napoli, gdzie nazywa się go, a jakże, „Kwaradoną”. Nie wiem, czy długo w Neapolu zostanie (media sportowe spekulują o kwocie stu milionów euro, jakie chce za niego wyłożyć osłabione odejściem Mbappé Paris Saint-Germain), ale wiem, że Diego byłby z niego dumny tak samo, jak dumna jest cała Gruzja. Argentyńczyk zresztą też zaczynał od kopania piłki na ulicy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















