Dystans społeczny, lockdown, mgła mózgowa… Podczas oglądania najnowszego filmu Ariego Astera przypomina się cały słownik frazeologiczny związany z ostatnią pandemią. Nie tylko dlatego, że akcja „Eddington” zabiera nas do amerykańskiego miasteczka z pierwszej połowy roku o złowieszczej nazwie ZOZO. Ten film, mimo satyrycznego nerwu i gwiazdorskiej obsady, bywa chwilami męczący niczym „długi covid” właśnie.
Co próbuje egzorcyzmować reżyser znany z tego, że rozgrzebywał – z rozbuchaną finezją – najciemniejsze zakamarki ludzkiego jestestwa? Zazwyczaj emocje związane z niekończącą się żałobą czy inną traumą, choć bardziej w imię ekranowego efektu niż psychicznego oczyszczenia. Tym razem jego ambicje są znacznie rozleglejsze. Obejmują traumę zbiorową, jaką stało się doświadczenie covid-19, oraz jej wpływ na politykę i społeczeństwo.
Mamy co prawda w filmie dopiero początek nowej zarazy (nie ma jeszcze nadmiarowych zgonów ani antyszczepionkowej histerii), ale to właśnie pandemia i związane z nią „obostrzenia” okażą się katalizatorem społecznych podziałów na głuchej prowincji w stanie Nowy Meksyk. Oglądamy dobrze znany konflikt pomiędzy covidowym negacjonizmem, uosabianym przez miejscowego szeryfa, a praworządnością, głoszoną przez burmistrza. U Astera przeobraża się to w równie krwawą, co absurdalną wojnę domową, zaognianą przez media, protesty po zabójstwie George’a Floyda, tudzież wysyp różnej maści szarlatanów i uzdrowicieli.
Aster próbuje pokazać w mikroskali, jak w sytuacji kryzysowej, na skutek dezinformacji i teorii spiskowych, pod wpływem strachu i osobistych resentymentów, nakręca się polaryzacja. I jak łatwo w takich warunkach wyzwala się szaleństwo. Jego wcieleniem jest, a jakże, szeryf grany przez Joaquina Phoenixa. Już w poprzednim filmie Astera, „Bo się boi”, jego bohater był nośnikiem wszelkich strachów – egzystencjalnych, freudowskich, ekonomicznych, cywilizacyjnych.
W „Eddingtonie” awansował w społecznej hierarchii i wcale nie trzeba znać poprzednich wcieleń tego aktora – wystarczy spojrzeć na jego twarz – by domyślić się, że będzie ekstremalnie. Zwłaszcza że libertariański Joe Cross potrafi używać różnych rodzajów broni i w swojej karierze mierzy jeszcze wyżej. Chciałby objąć fotel burmistrza, czyli de facto wykopać z niego Teda Garcię. A że gra go Pedro Pascal, pokiereszowany zbawca z serialu „The Last of Us”, tym łatwiej przejrzeć karty w tej rozgrywce. Twórca „Midsommar. W biały dzień” stara się je nieco pomieszać. Sięgając po scenerię i konwencje rodem z westernu, najbardziej amerykańskiego z filmowych gatunków, ośmiesza zarówno czarno-białe podziały, jak i mechanizmy je napędzające. Nie tylko w USA.
Pandemia wydaje się dla takiej satyry idealnym poligonem, toteż Aster przerobił pod tym kątem swój stary scenariusz, pisany przed covidem. Świetnie obrazuje to scena, w której burmistrz wyprasza ze sklepu staruszka bez obowiązkowej maseczki (ten tłumaczy się, że cierpi na astmę), a szeryf ostentacyjnie robi mu zakupy i natychmiast wrzuca nagranie tego zdarzenia do mediów społecznościowych. Oto idealna zagrywka w trwającej właśnie kampanii przedwyborczej.
Wiadomo: internet coraz bardziej kreuje rzeczywistość, karmiąc się wszechobecnym wzmożeniem i napędzając je. W tego rodzaju świecie nawet burmistrz latynoskiego pochodzenia może być uznany za rasistę, jeśli da się sprowokować młodzieży z hasłami Black Lives Matter, nie mówiąc o młodym czarnoskórym policjancie. I podczas gdy szeryf z burmistrzem toczą swoją prywatną ideologiczną wojenkę, bohaterowie drugiego planu szukają ucieczek od rzeczywistości: syn Teda na manifestacjach i nielegalnych koronaimprezach, teściowa Crossa na foliarskich stronach internetowych, a jego zdziecinniała żona (Emma Stone) w szemranej sekcie żerującej na traumach realnych i domniemanych. W ten sposób współczesny western, zanurzony w pandemicznym spowolnieniu, staje się swoją własną parodią, a na koniec filmowym bigosem w oparach absurdalnego thrillera.
Wydaje się, że reżyser powrzucał do tego bulgoczącego kotła, co tylko nawinęło mu się pod rękę: ważkie polityczne spory, amerykańskie zabawy z bronią, rozliczenia z podbojami rdzennej ludności, ruch MeToo czy ekspansję big techów. Niektóre z tych składników bywają podane smakowicie i to nawet przy swoim ostentacyjnym złym smaku.
Aster ma bowiem w sobie dziką brawurę, trochę w stylu braci Coenów, toteż trudno na tym filmie głośno się nie roześmiać. Chociażby na widok Phoenixa jako buntownika i mściciela w foliowych ochraniaczach na butach, ze zsuniętą pod nos maseczką. Kiedy zaczyna mocno pokasływać, rozpoczyna się jeszcze inny film, o ironicznej logice losu, która znajdzie dopełnienie w mocno łobuzerskim finale.
Szkoda zatem, że cały film tak niezgrabnie się rozwija. Najpierw toczy się ślamazarnie i nieostro, jakby kręcony był przez zmatowiałą przyłbicę z pleksiglasu, a gdy staje się dynamiczny i mocno przerysowany, najzwyczajniej brakuje już sił na dobrą zabawę (to aż dwie i pół godziny seansu). Owa eskalacja obłędu była zresztą od początku do przewidzenia, zdążyła podkręcić apetyty, lecz po drodze zabrakło wyczucia filmowego rytmu.
A może po prostu Ari Aster nie miał za wiele do powiedzenia na temat tej wyświechtanej „polaryzacji”, w której i ci z prawa, i ci z lewa okazują się nawzajem siebie warci (chociaż łatwo się domyślić, gdzie w tym przypadku bije źródło największej destrukcji i chaosu). „Eddington” jest pod tym względem niczym lekcja pokazowa, aczkolwiek lekko spóźniona i wcale nie dlatego, że dotyczy rzeczywistości sprzed pięciu lat. Jej obraz wygląda na przenoszony, bo zdążył w swoim karykaturalnym kształcie okrzepnąć (ministrem zdrowia w USA został antyszczepionkowiec), a twórcę zdaje się to wszystko bardziej bawić niż obchodzić.
Na pewno zostanie z tego filmu memiczna wręcz scena, kiedy to bohater w jednej ręce trzyma spluwę, a w drugiej smartfon z włączoną kamerką i nie waha się użyć obu tych narzędzi równocześnie. Albowiem w tym morderczym starciu „burmistrzów” z „szeryfami”, starych z młodymi, mężczyzn z kobietami, czarnych i białych, nie widać na horyzoncie prawdziwych zwycięzców. Może z wyjątkiem tego gigantycznego centrum zbierającego cyfrowe dane, którego siedzibę planuje się wybudować w miasteczku.
„EDDINGTON” – reż. Ari Aster. Prod. USA/Finlandia 2025. Dystryb. UIP. W kinach od 5 września.
Ari Aster zaczynał jako twórca wysokoartystycznych horrorów pod skrzydłami studia A24. Taki był jego debiut, czyli „Dziedzictwo. Hereditary” (2018) i nie mniej spektakularny „Midsommar. W biały dzień” (2019). Dwa lata temu nakręcił podlaną psychoanalizą tragikomedię „Bo się boi”. Jego najnowszy (i niestety najsłabszy) film miał premierę w Cannes.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















