Przez ostatnią dekadę słyszałem na festiwalu w Cannes wiele złotych myśli. Formułowane są zazwyczaj w sytuacjach obezwładniającej nudy. W długich kolejkach do kinowych sal, w oczekiwaniu na przemarsz gwiazd po konferencji prasowej, w trakcie francuskich filmów o tym, że Europa musi się jakoś dogadać. Dość powiedzieć, że nuda sprzyja generalizacjom, banałom oraz uniwersalizowaniu własnych doświadczeń. „Są filmy, na które się czeka, i filmy, na które się nie czeka” – usłyszałem w tym roku.
Filmy dzielą się na te, które trzeba obejrzeć, i na te, które trzeba obejrzeć dla świętego spokoju
Trudno z tym stwierdzeniem polemizować. Choć sam powiedziałbym raczej, że są filmy, które trzeba obejrzeć, oraz filmy, które trzeba obejrzeć dla świętego spokoju. Te pierwsze pokazywane są w Cannes przez starych wiarusów z dożywotnim miejscem w konkursie głównym, albo przez namaszczone pocztą pantoflową młode wilczki. O tych drugich mówi się niewiele, ale i tak znajdują swoje miejsce z tyłu dziennikarskiej głowy. A nuż jury zwariuje i nagrodzi je Złotą Palmą. Nigdy nie wiadomo, zwłaszcza, jeśli skład jurorski stanowią niemal sami aktorzy.
„Eddington” Ariego Astera jest filmem, który „musicie obejrzeć”. Bo znany reżyser, bo wielkie nadzieje, bo tak kazali krytycy filmowi, Jean Luc-Godard oraz duch amerykańskiego pogranicza. Tymczasem „Sound of Falling” Maschy Schilinski to film, który „wypada zobaczyć”. Kiedy już wygra festiwal – zapiszmy to w księdze złotych myśli – lepiej mieć mądrą minę niż głupią.
Aster objawił się przed dekadą jako nowa nadzieja kina grozy. W wybitnym „Hereditary” pożenił horror z rasową psychodramą, zaś swoją strategię artystyczną kontynuował w udanym „Midsommar”. Później jednak zamienił się w chodzący postulat nadrzędności Sztuki wobec Gatunku. Jego „Bo się boi” oraz pokazywany w tegorocznym canneńskim konkursie „Eddington” to dzieła, które zwykło się nazywać „totalnymi”. Oznacza to mniej więcej tyle, że twórcy ufundowali je na wierze w prawdziwość komplementów pod swoim adresem. To niezmiennie zły znak, gdy niespełna czterdziestoletni facet oraz reżyser na dorobku inicjuje proces własnej kanonizacji.
„Eddington” Ariego Astera: film, który „musicie obejrzeć”
„Eddington” rozpoczyna się obrazem bezdomnego, który, słaniając się na nogach, dociera do granic tytułowego miasteczka w Nowym Meksyku. Bełkot sklejony z apokaliptycznych wróżb, fake newsów oraz nowomowy mediów społecznościowych brzmi jak nieuświadomiona metafora całego kierunku artystycznego. W swojej zamaszystej satyrze Aster chce zmieścić kłamstwa pandemiczne i ruch #blacklivesmatter, konserwatywny beton i liberalną hipokryzję, teorie spiskowe oraz new age’ową odklejkę. Z pomocą wybitnego operatora Dariusa Khondjiego tworzy świat na granicy politycznej, społecznej i kulturowej implozji. Tyle że historia prowadzona przez gwiazdy skaczące z rejestru w rejestr oraz niepewne tego, w czym właściwie grają, to zaledwie letnia tabloidowa komedyjka.
Oś fabuły, czyli konflikt pomiędzy sfrustrowanym pandemicznymi obostrzeniami szeryfem oraz wsłuchanym w komunikaty WHO burmistrzem, sprawdza się jako kręgosłup opowieści o bezbrzeżnej głupocie i ignorancji. Zaludniony wyłącznie przez frustratów, cyników i hipokrytów świat stoi na fundamentach położonych niegdyś przez braci Coen. Sęk w tym, że Coenowie wiedzieli, jak zamieniać losy „prowincjonalnych głupków” w wielkie lustro. Ty i ja mogliśmy się w nim przejrzeć; dostrzec kierujące nami impulsy oraz atawizmy, zafiksować się w jakimś autorefleksyjnym geście. „Eddington” tymczasem to dwuipółgodzinny freak show, katalog „absurdów współczesności”, z którego niewiele wynika. I który, szczerze mówiąc, pozostaje świadectwem niewiary również w naszą inteligencję.
„Sound of Falling” Maschy Schilinski: film, który „wypada zobaczyć”
Schilinski jest zaledwie dwa lata starsza od Astera i zdradza podobne pragnienia. W „Sound of Falling” również chce uchwycić kolektywne doświadczenie, tyle że rozpisane na blisko sto lat bolesnej historii. Po pierwsze jednak – nie jest to doświadczenie skończonych idiotów. A po drugie – powściągliwość zabrania reżyserce czynić skomplikowany splot polityki i życia społecznego puentą dennego żartu.

„Sound of Falling” to w zasadzie cztery filmy. Jeden rozgrywa się współcześnie, drugi w przededniu II wojny światowej, kolejny u progu XX wieku, a jeszcze inny – w latach 80. Łączy je wszystkie miejsce akcji, czyli wiejskie gospodarstwo gdzieś w północnych Niemczech. To właśnie tam, w klaustrofobicznych izbach, w zakamarkach strychów i piwnic oraz na polach, które trudno objąć wzrokiem, podglądamy bohaterki. Reżyserka portretuje dziewczyny wchodzące w dorosłość oraz kobiety uwięzione w nieszczęśliwych związkach. Wszystkie są zafascynowane swoimi ciałami, lawirują w pajęczynie męskich spojrzeń, trwają – za sprawą fenomenalnej montażystki Evelyn Rack – w międzypokoleniowym dialogu.
Cała ta „męska opresja”, z której łatwo zrobić dziś marketingowy haczyk, to u Schillinski niewidzialny puls codzienności bohaterek. I zarazem plastyczne dramaturgiczne tworzywo. Przepiękna jest już pierwsza scena, w której beznoga dziewczyna kuśtyka o kulach przez korytarz, podczas gdy zza kadru dobiega rytmiczne nawoływanie jej ojca. Po chwili okazuje się, że bohaterka podwiązała zdrową nogę. Kamera obcałowuje ślady po sznurku, jakby z pojedynczego kadru miała wyłonić się jakaś prawda o sensualności tego świata, o seksualności skrępowanej przez patriarchalny konwenans. I cóż, zazwyczaj się wyłania.
Wielkim tematem Schilinski jest oczywiście pamięć. Ta ukryta w przestrzeni, w domu, czyli wielkiej świątyni wspomnień, a także ta zaklęta w obrazie. Film ma jakość pożółkłej, znalezionej w piwnicy fotografii. Zaś wyjątkowa forma pozwala zrozumieć, że zakłamywanie bądź podtrzymywanie prawdy o losie kobiet XX i XXI wieku pozostaje w znacznej mierze odpowiedzialnością artystów. I jeśli coś mi w nim przeszkadza, to jedynie ostentacyjny brak humoru. Życie, nawet to pod wielobiegunową presją, bywa w końcu zabawne.
W „Eddingtonie” odwrotnie – beczka śmiechu wybucha raz za razem, choć wolałbym, żeby nikt tego lontu nie podpalał. Za mało tu emocjonalnej prawdy, za dużo publicystycznej blagi. Obydwa filmy mogą opowiadać o wszystkim. Ale tylko jeden z nich jest filmem o niczym.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















