O tym, jak problematyczny to turniej, napisano wiele, także w „TP”. Piłkarskie mistrzostwa świata problematyczne były zresztą od początku: mimo idealizmu ich pomysłodawcy, Julesa Rimeta, interesom polityków służyły już w 1930 r. w Urugwaju oraz w 1934 r. we Włoszech Mussoliniego. W 1978 r. organizatorem mundialu była argentyńska junta, w 2018 r. piłkarze gościli w Rosji, a w 2022 r. w Katarze, gdzie za budowę stadionów na pustyni płacili zdrowiem i życiem wznoszący je robotnicy.
Słowem-kluczem, tłumaczącym to zjawisko, był sportswashing: możni tego świata wykorzystywali futbol do poprawy wizerunku, ubicia interesów ekonomicznych (także dzięki zyskom z turystyki), w ślad za którymi szedł wzrost znaczenia ich kraju czy organizacji.
FIFA, Trump i mundial jako wielki projekt wpływu
Ale ten mundial, odbywający się w USA, Meksyku i Kanadzie, jest inny. Donald Trump, główny gospodarz, nie wita przybyszów „chlebem i solą”, nie wprowadza ułatwień wizowych dla fanów. Przeciwnie: obywatele kilku państw, które wywalczyły sobie prawo gry w turnieju (z Iranem na czele), o przekroczeniu granicy USA nie mogą nawet marzyć. Zakaz wjazdu dotknął najlepszego sędziego z Afryki, Somalijczyka Omara Artana.
Jeśli mowa w tym kontekście o wykorzystaniu mundialu do czegokolwiek, to raczej do zaprezentowania oblicza mocarstwa, które budzi respekt i może ewentualnie uchylić drzwi dla gościa pod warunkiem, że ten zapewni gospodarzowi zysk.
Ideologia prezydenta USA spotyka się tu ze strategią prezydenta FIFA, Gianniego Infantino. Podczas czteroletniego cyklu między jednym mundialem a drugim ta światowa organizacja piłkarska zarabia ok. 13 mld dolarów – ze sprzedaży praw do transmisji, reklam, a także biletów na mecze, których ceny w tym roku kształtowano jak w liniach lotniczych: dynamicznie, co przez jakiś czas windowało je na niebotyczne poziomy.
Część z tych pieniędzy FIFA rozdaje wśród zrzeszonych w niej krajowych federacji na tzw. projekty rozwojowe. W praktyce to narzędzie umożliwiające Infantino sprawowanie władzy absolutnej. Temu samemu służyło powiększenie liczby uczestników mistrzostw do 48, co dowartościowało federacje (czytaj: jego elektorat) z Afryki i Azji. Tu się zarabia na wszystkim, nawet na wodzie, której nie można wnosić na stadiony mimo upałów w Ameryce. Upały służą też za pretekst do monetyzacji: wprowadzone w trakcie meczów dodatkowe przerwy na nawodnienie piłkarzy to de facto przerwy na emisję reklam.
Piłkę nożną w USA budują imigranci
Oto jeden z mundialowych paradoksów: „Amerykę znów wielką” (piłkarsko wielką po raz pierwszy) mają uczynić przybysze. Selekcjonerem reprezentacji USA – złożonej po części z dzieci imigrantów, urodzonych poza Stanami, w przeszłości wręcz (jak urodzony w Niemczech Malik Tillman) występujących w młodzieżówkach innych krajów – jest Argentyńczyk Mauricio Pochettino.
Ze wszystkich trenerów ma on na mundialu najtrudniej. Nie tylko dlatego, że nawet będąc selekcjonerem USA, musiał przy każdym przylocie stać w długiej kolejce dla osób bez zielonej karty. Także ze względu na oczekiwania Białego Domu, nieadekwatne do stopnia rozwoju tej dyscypliny w kraju, gdzie pierwszym prezentem dla dziecka nie jest futbolówka, tylko piłka do kosza lub do futbolu amerykańskiego, względnie kij baseballowy.
Pokojowa nagroda FIFA i ambicje Trumpa
Czy Trumpowi opłaci się ta impreza? Z pewnością od lat karmi własne ego na sportowych arenach, pielęgnując relacje z gwiazdami i szukając poklasku widowni. Na ubiegłorocznych, również organizowanych w USA, klubowych mistrzostwach świata podczas ceremonii wręczenia trofeum piłkarzom Chelsea ani myślał zostawić ich samych i zabrał sobie jeden z medali. Jak to ujął jeden z badaczy opisujących splot futbolu, ekonomii i polityki, Simon Kuper: „Trump chciałby być gwiazdą mistrzostw na równi z Pelém, Maradoną czy Messim”.
Symbolem problemów trwającego turnieju może być wręczona przez Infantino Trumpowi, wymyślona specjalnie w tym celu, „nagroda pokojowa FIFA” – co miało miejsce niedługo przed atakami USA na Wenezuelę i Iran. Do chwili zamknięcia tego numeru „TP” amerykański prezydent nie pokazał się jednak na żadnym z meczów (udany debiut reprezentacji USA na imprezie, zwycięstwo z Paragwajem 4:1, obserwował z trybun Marco Rubio; za to Trump zorganizował w Białym Domu galę mieszanych sztuk walki).
Tu nic nie jest proste, bo stadiony, na których gra się w USA, leżą w miastach sympatyzujących z Demokratami. Reakcji tłumów – zwłaszcza utożsamiających się z drużynami z Ameryki Łacińskiej – nie sposób więc przewidzieć.
Piłka należy do kibiców, nie do polityków i działaczy
Tutaj otwiera się w końcu możliwość napisania o tym, co najważniejsze: dla milionów mieszkańców globu nadszedł czas karnawału. Piłka nie należy do uwłaszczających się na niej działaczy, biznesmenów czy dyktatorów – piłka należy do kibiców. Np. do fanów Curaçao, które wbrew wszelkim prognozom strzeliło bramkę w meczu z Niemcami (ostatecznie triumfującymi). Albo do Szkotów, którzy tańczyli przy dźwiękach kobz na ulicach Bostonu po zwycięstwie z Haiti.
Należy także do tych kibiców, których nie stać było na podróż za ocean, a którzy nie przesypiają kolejnych nocy – nie zawsze po to, by dopingować swoich, ale by po prostu cieszyć się grą gwiazd, które już znali (np. Viniciusa Juniora, który uratował Brazylii remis z Marokiem) lub które objawiły im się dopiero teraz (np. 18-letniego Marokańczyka Ayyouba Bouaddiego, dającego brazylijskim rutyniarzom lekcje kontrolowania gry).
Zachwyt kolejnymi golami (widzieli państwo czwartą bramkę dla USA w meczu z Paragwajem?) przekracza podziały ideowe, klasowe czy pokoleniowe. Simon Kuper nieprzypadkowo odwołuje się do o. Lincolna Harveya, autora „A Brief Theology of Sport”, który twierdzi, że mundial jest jak najważniejsze święto religijne, tyle że obejmujące też ateistów.
Dlaczego w mundialu nadal chodzi przede wszystkim o futbol
To czas wytchnienia od codziennej harówki i czas celebrowania ludzkiego talentu – zarówno ucieleśnionego w wybitnych jednostkach (gdy to piszę, czekamy na pierwszy występ Messiego), jak też znajdującego swoje miejsce w ramach systemu, czytaj: drużyny. Czas, w którym manifestuje się poczucie przynależności do wspólnoty (nawet jeśli nieco wyobrażonej; wielu piłkarzy i jeszcze więcej fanów na trybunach to przedstawiciele diaspory) i w którym się rywalizuje, ale tylko na boisku (po skończonym meczu kilku Niemców dołączyło do modlących się graczy Curaçao).
Ostatecznie w tym wszystkim chodzi tylko o futbol, czyli, jak mawiał ponoć Jan Paweł II, „najważniejszą z rzeczy nieważnych”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.








