Dziadek był nazistą, ojciec był zbrodniarzem. Kim był Martin Pollack?

„Badanie historii – własnej, ale także cudzej, bez żadnych uprzedzeń, jest najważniejszym warunkiem zrozumienia samego siebie, znalezienia własnej tożsamości – i spotkania się z Innym na równym poziomie. Bez historii nie da się tego zrobić” – twierdził Martin Pollack.
Czyta się kilka minut
Martin Pollack. Warszawa, maj 2009 r. // Fot. Filip Ćwik / Napo Images / Forum
Martin Pollack. Warszawa, maj 2009 r. // Fot. Filip Ćwik / Napo Images / Forum

Po co grzebać w przeszłości? Po to, żeby nie powtarzać jej błędów. Żeby przywrócić imiona tym, którzy zginęli bezimiennie. I jeszcze – żeby w sobie samym odkrywać zalążki ewentualnego przyszłego zła. Bo historia dowodzi, że ludzie mili, przyzwoici, cieszący się życiem mogą robić rzeczy potworne lub przynajmniej je akceptować. A także – że mogą z tego, co przeżyli i w czym uczestniczyli, niczego się nie nauczyć.

Tylko Wam się wydaje, że już słyszeliście te mądrości i że są daremne. One stają się dotkliwie prawdziwe, kiedy opowiada je Martin Pollack. Co uderza przede wszystkim, kiedy czyta się jego książki, to ich spokojny ton. A także połączenie dwóch elementów, które zazwyczaj połączyć jest bardzo trudno: zdecydowanego osądu i przekonania, że w każdym człowieku jest coś, co można „obronić”. Tam, gdzie trzeba nazwać zło po imieniu, Pollack nigdy nie cieniuje, nie relatywizuje. „Mój dziadek był nazistą”, pisze. „Mój biologiczny ojciec był zbrodniarzem wojennym”. A zarazem cierpliwie szuka odpowiedzi na pytanie: jak to było możliwe? Dlaczego stali się tym, kim się stali? Czy gdyby mieszkali w innym miejscu, byli wychowywali w innym duchu, mieli innych nauczycieli – postępowaliby inaczej? Są procesy, wobec których pojedynczy człowiek wydaje się bezsilny. Ale – podkreśla Pollack – zawsze ma wybór. I za swoje wybory jest odpowiedzialny.

Dobra szkoła

Przyszedł na świat w maju 1944 roku – w szczególnych okolicznościach. Jego matka, Hilde Pollack, porzuciła dotychczasowego męża i dwoje dzieci i związała się z oficerem SS, Gerhardem Bastem. To właśnie on został ojcem Martina. Jednostka Basta działała wtedy na Słowacji i w Polsce, więc ojciec widział maleńkiego synka zaledwie kilka razy. Po wojnie, jak wielu nazistów, ukrywał się, a w końcu podjął próbę przedostania się przez Tyrol i Włochy do Ameryki Południowej. Został jednak zastrzelony na przełęczy Brenner, prawdopodobnie przez przewodnika, którego wcześniej wynajął. Martin po wielu latach opisał tę historię w swojej najgłośniejszej książce – „Śmierć w bunkrze”.

Po śmierci Basta matka wróciła do pierwszego męża, Hansa Pollacka, a ten przyjął ją wraz z synem, któremu dał swoje nazwisko. W pierwszych latach życia Martin kursował między dwoma światami: część roku spędzał w domu ojczyma w Linzu, w strefie okupowanej przez Amerykanów, a część – w Amstetten, które znajdowało się w rękach Rosjan.

W Amstetten mieszkała rodzina ojca, w tym ukochany dziadek Martina, Rudolf Bast, który zabierał go na długie wycieczki po okolicy. Chłopiec wiedział, że jego rodzony ojciec nie żyje, ale nie opowiadano mu ani kim był, ani jak zginął. W domu Bastów panował jednak duch nazizmu, jak to po latach opisał Pollack. Dziadkowie, którzy stracili nieruchomości w Słowenii, uważali się za ofiary wojny i z rozrzewnieniem wspominali lata 30. Jednocześnie dziadek przed sądem kluczył w sprawie przynależności do NSDAP i pomniejszał swoją rolę jako prawnika dokonującego dla Rzeszy „aryzacji majątków żydowskich”.

Przerzucany z domu do domu Martin wyrastał na niezbyt posłusznego chłopca i niezbyt pilnego ucznia. Matka i ojczym zdecydowali więc, że wraz z przyrodnim starszym bratem wyjedzie do nowo powstałej szkoły z internatem. Była to eksperymentalna szkoła ogólnokształcąca, która jednocześnie uczyła zawodu – po dziewięciu latach nauki Pollack dostał dyplom czeladnika stolarskiego („Jakby co, mam fach w ręku”, mawiał z uśmiechem).

Zlokalizowana w jednej z pięknych dolin w okolicach Salzburga, była szkołą międzynarodową – oprócz rodowitych Austriaków uczyli się w niej mieszkający w Austrii Rosjanie, Ukraińcy, Bułgarzy i Węgrzy. Relacje, inaczej niż w typowych austriackich szkołach, były demokratyczne: młodzi nauczyciele mieszkali w takich samych skromnych warunkach jak uczniowie, zwracano się do nich po imieniu, a w dyskusjach podejmowano wszystkie tematy, także te, które gdzie indziej stanowiły tabu. To w szkole po raz pierwszy Martin zetknął się z refleksją nad istotą nazizmu i próbą zrozumienia koszmaru, który dopiero się zakończył. W reszcie kraju – co często podkreślał – panowała zmowa milczenia.

Ku zaskoczeniu, a nawet rozpaczy rodziny po maturze Pollack zdecydował, że pójdzie na slawistykę. Co więcej, jako specjalizację wybrał język i literaturę polską. Babka ze strony ojca odmówiła dofinansowania jego studiów, więc utrzymywał się w Wiedniu z remontowania mieszkań. Zaczął też interesować się polityką i zbliżył do lewicy. „Nie byłem komunistą, byłem trockistą” – mówił po latach. Czytał klasyków marksizmu i chodził na antynazistowskie demonstracje. W obszernym wywiadzie, jakiego udzielił Katarzynie Bielas (zatytułowanym „Tropiciel złych historii”), przyznał, że nie unikał bójek: „Wyrywaliśmy kogoś z tamtej strony, ciach, ciach, parę ciosów i odrzucaliśmy go z powrotem. Mój kolega świetnie się do tego nadawał, bo miał długie ręce, łatwo mu było wyciągnąć kogoś z tłumu”.

Polska w nocy i Galicja

W 1965 r. przyjechał po raz pierwszy do Polski, żeby kontynuować studia. Znów na złość babce wybrał Warszawę, nie Kraków. W akademiku przy ulicy Zamenhofa zamieszkał w pokoju z Brazylijczykiem, który był ideowym marksistą. Współlokator prowadził dziwny tryb życia: nie uczęszczał na wykłady, dnie przesypiał, a pracował i wychodził jedynie nocami. Niewykluczone, że cierpiał na depresję, Martinowi tłumaczył jednak, że nie jest w stanie znieść konfrontacji między marksistowską teorią a tym, jak wygląda realny socjalizm. Pollack, który zaczął pisywać „Listy z Polski” do lewicowego miesięcznika „Wiener Tagebuch”, także dostrzegał coraz więcej rozbieżności. Jego krytyczne teksty, publikowane najpierw tam, a potem w „Spieglu”, zwróciły nań uwagę Służby Bezpieczeństwa.

Latem 1980 r., już jako uznany dziennikarz, został niespodziewanie zatrzymany na lotnisku w Warszawie i zawrócony do Wiednia. Zakaz wjazdu utrzymano aż do 1989 r. Pollack pisał korespondencje z różnych krajów środkowoeuropejskich, ale o Polsce musiał czerpać informacje z pośrednich źródeł. W tym czasie dużo tłumaczył; nie sposób nie wspomnieć, że to dzięki niemu zaistniał w języku niemieckim Ryszard Kapuściński.

Pod wpływem studiów zainteresował się przeszłością Europy Środkowo-Wschodniej. Jej historię wybrał jako drugi kierunek. Zaintrygowało go, że Austriacy prawie nic nie wiedzą o ziemiach, które przez pewien czas należały do monarchii austrowęgierskiej. „Galicja – mówił mi – to dla przeciętnego Austriaka było miejsce, z którego przyjeżdżali ubodzy i ortodoksyjni Żydzi. O innych jej mieszkańcach nie wiedziano nic, część moich rodaków nie potrafiłaby nawet wskazać jej na mapie”. Z oczywistych powodów nie wspominano też o zbrodniach popełnianych przez armię Austro-Węgier w czasie I wojny światowej. W rodzinie Pollacków Galicję kojarzono z biedą, zacofaniem i wszelkimi możliwymi niebezpieczeństwami.

Na początku lat 80. ubiegłego wieku Martin zaczął więc pisać historyczny przewodnik po ziemiach leżących na wschód od Przemyśla. Książce dał nieco barokowy tytuł: „Po Galicji – o chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach. Imaginacyjna podróż po Galicji Wschodniej i Bukowinie, czyli wyprawa w świat, którego nie ma”. Trudno ją było zakwalifikować gatunkowo, najbliżej było jej do reportażu historycznego – gatunku, który Pollack rozwinął w następnych latach. Wzbudziła jednak zainteresowanie, bo akurat na Zachodzie rozgorzała dyskusja o Mitteleuropie. Z czasem zyskała też popularność w Polsce, w Ukrainie i innych krajach środkowoeuropejskich.

Lepiej nie pytać

Prawdziwy sukces przyszedł jednak kilkanaście lat później. W 2002 r. Pollack opublikował książkę zatytułowaną „Ojcobójca”. Opisał w niej proces Filipa Halsmanna, w przyszłości znanego artysty fotografika, który w 1928 r. przed sądem w Innsbrucku został oskarżony o to, że podczas górskiej wyprawy zepchnął w przepaść swojego ojca. Obok zagadkowej śmierci ważnym wątkiem książki było rodzenie się nazizmu, w tym przypadku – wśród austriackich środowisk alpinistycznych. Halsmannowie byli Żydami, przyjechali w Alpy z Rygi, co już wzbudziło niechęć Austriaków, którzy się z nimi zetknęli.

Pollack wspominał, że mówiło się wówczas, iż w Austrii III Rzesza zaczyna się powyżej tysiąca metrów nad poziomem morza. Atmosfera, jaka towarzyszyła procesowi, zapowiadała to, co wydarzyć się miało w niedalekiej przyszłości.

Jednocześnie pracował już nad tematem, do którego miał stosunek osobisty. Chodziło o historię własnej rodziny i przeszłość biologicznego ojca. Martin nie rozmawiał wcześniej o niej ani z matką, ani z dziadkami, ani innymi krewnymi; z babką ze strony ojca zerwał zresztą w pewnym momencie wszystkie kontakty. „Przez całe lata bałem się, że za dużo się dowiem, wolałem o nic nie pytać, pozostawić wiele niedomówień. Dzisiaj to sobie wyrzucam. Nie wolno bowiem pozwolić, by kierowały nami takie powody, nie wolno zamykać oczu, zatykać uszu, nie chcieć wysłuchać tamtych wspomnień, ilekroć się z nimi skonfrontujemy. A już na pewno nie wtedy, gdy chodzi o wspomnienia sprawców, nawet jeśli są nimi bliskie nam osoby” – pisał w zbiorze szkiców zatytułowanym „Topografia pamięci”.

„Śmierć w bunkrze” to książka niezwykła – nie tylko dlatego, że autor rozlicza się w niej z własnym ojcem. Na przykładzie jednej biografii opowiada ona o tym, jak ludzie, prowadzący stosunkowo dostatnie i spokojne życie, stali się fanatycznymi zwolennikami Hitlera. Zło, jakim był nazizm, narodziło się z wielu rozmaitych dopływów: od idei pangermańskich, przez kult siły, po charakterystyczny dla patriarchalnego społeczeństwa wyższościowy stosunek do kobiet i do obcych. Pollack wiele razy podkreślał, że nazistów ukształtował nie „Mein Kampf”, bo większość z nich tę książkę co najwyżej przekartkowała, lecz klimat panujący w domach, na uniwersytetach i w urzędach.

Martin napisał „Śmierć…” nie tylko przeciwko milczeniu własnej rodziny, ale także przeciwko milczącej Austrii. Nierozliczona przeszłość wciąż wpływała, jego zdaniem, na życie polityczne i postawy społeczeństwa. Nie tylko na popularność takich czy innych poglądów, ale też na przykład na stosunek do uchodźców. Sam Martin angażował się w pomoc uchodźcom z Bośni, a wcześniej także polskim emigrantom stanu wojennego. „Moim zdaniem najważniejsza jest pomoc konkretnym ludziom, nawet jednej osobie” – mówił Katarzynie Bielas.

„Śmierć w bunkrze” wciąż robi ogromne wrażenie. Pollack skwapliwie przeszukał archiwa, żeby dowiedzieć się, jakich zbrodni dopuścił się jego ojciec. Praca ta zresztą nie zakończyła się wraz z wydaniem książki. Po jej opublikowaniu pojawiły się nowe tropy, dotyczące choćby roli, jaką Gerhard Bast odegrał w tłumieniu powstania warszawskiego. Jest świadectwo wskazujące, że potajemnie, poruszając się bez munduru, dokonywał egzekucji na bezbronnych cywilach.

Choć na zewnątrz Martin pozostał człowiekiem spokojnym, a w rozmowach lubił żartować, świadomość tego, co się wydarzyło, musiała mu ciążyć. W wywiadzie, którego udzielił mi dla „Tygodnika”, przyznał, że cierpi na bezsenność. A kiedy sen w końcu przychodzi, pojawiają się w nim zmarli krewni albo ofiary ze zdjęć, które zbiera i opisuje.

Przeszłość, jak mówił, dopadała go wszędzie. Nawet kiedy kupił dom na wsi, we wschodniej Austrii, w ogrodzie znalazł widelec, który należał do wyposażenia Waffen SS. Pisał o „skażonych krajobrazach” – żyjemy na zapomnianych cmentarzyskach, wiele miejsc pochówku nie zostało zidentyfikowanych ani upamiętnionych.

To było dla niego szczególnie ważne: ustalić, jak nazywały się ofiary i jakie były okoliczności ich śmierci. Jedną z istotnych cech totalitaryzmu jest unifikacja, przekonanie, że pojedynczy los nie ma znaczenia. Trzeba zrobić wszystko, co się da, żeby to przekonanie podważyć, pokazać, że historia zawsze dotyczy konkretnych ludzi – zarówno ofiar, jak sprawców.

Martin Pollack na Festiwalu Conrada. Kraków 24 października 2012 r. // Fot. Michał Ramus / KBF

 

Inni chcą lepszego świata

Ostatnią książką Martina, która zdobyła znaczący rozgłos, była opowieść o wielkiej migracji z Galicji na przełomie XIX i XX wieku – „Cesarz Ameryki”. Pollackowi znów udało się opowiedzieć o masowym zjawisku, wychodząc od losów konkretnych ludzi. Wielu rzeczywiście zdołało poprawić swój byt, ale wielu też padło ofiarą oszustów, chorób czy przemocy. Książka miała wymiar aktualny, skłaniała do pytań o to, jak dziś traktowani są ci, którzy desperacko szukają drogi do „lepszego świata”.

Robiąc wywiad dla „Tygodnika”, spytałem go, czy dziś w Europie odżywają stare demony: „To się zaczyna od języka: mówi się o wielkim narodzie, zaczyna używać antysemickich czy ksenofobicznych haseł. (…) Aż w końcu zjawia się pragnienie, żeby »oczyścić« świat wokół siebie. Najlepiej, żeby obok mieszkali tylko tacy, którzy są podobni do mnie. Historia dowodzi, że stąd już niedaleko do okrucieństwa. Że granica jest bardzo cienka”.

Od 2013 r. Martin zmagał się z chorobą nowotworową. Był bardzo dzielny, o dolegliwościach mówił niechętnie, ale też niczego nie ukrywał. Kiedy na początku 2020 r. przyjechałem do Wiednia i zadzwoniłem do niego, okazało się, że dopiero co wyszedł ze szpitala. Jego reakcja była charakterystyczna: „Jestem kilka dni po zabiegu, jeszcze się nie wygoiłem. To kiedy się spotkamy?”. Zmarł 17 stycznia 2025 r., w wieku 80 lat.

Credo Martina – zawodowe i życiowe – znaleźć można na ostatniej stronie książki „Topografia pamięci”: „Badanie historii – własnej, ale także cudzej, bez żadnych uprzedzeń jest najważniejszym warunkiem zrozumienia samego siebie, znalezienia własnej tożsamości – i spotkania się z Innym na równym poziomie. Bez historii nie da się tego zrobić. (…) Wszystko musi zostać powiedziane, spisane, nawet jeśli jeszcze dziś może być bolesne. Wszystkie historie muszą zostać opowiedziane, nie wolno przemilczeć żadnej tragedii. Musimy jednak stale przy tym pamiętać, żeby nie stracić z oczu naszego celu, którym jest zrozumienie Innego, zaakceptowanie go takiego, jaki jest, z całym ciężarem jego historii”.


Cztery razy Pollack

Ojcobójca. Sprawa Filipa Halsmanna, przeł. Andrzej Kopacki, Czarne, Wołowiec 2005

„Gdybym był producentem filmowym, już dziś wysłałbym Ci dużą zaliczkę”, napisał do autora po lekturze tej książki Paweł Huelle. Uważana za najlepsze literacko dzieło Pollacka, wciągająca opowieść o procesie, który wstrząsnął międzywojenną Austrią.

Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu, przeł. Andrzej Kopacki, Czarne, Wołowiec 2006

„Mój biologiczny ojciec był nazistą i zbrodniarzem wojennym”, powtarzał w wywiadach pisarz. Miał trzy lata, kiedy Gerhard Bast został zamordowany podczas próby ucieczki przez zieloną granicę. Pół wieku później zaczął szukać informacji o ojcu.

Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji, przeł. Karolina Niedenthal, Czarne, Wołowiec 2011

Masowa migracja z Europy Środkowej to fenomen wciąż słabo opisany. Pollack śledzi losy czwórki słowackich chłopów, którzy zapragnęli dostać się do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia. Opowiada o przemyśle migracyjnym i oszustwie, które kosztowało życie tysięcy ludzi.

Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki, przeł. Karolina Niedenthal, Czarne, Wołowiec 2020

Przejmujący powrót do historii rodziny Bastów. Opowieść o stryjecznej babce, która jako jedyna w rodzinie nie opowiedziała się za Hitlerem. Pozostała przy mężu Słoweńcu, którego w ten sposób ochroniła przed śmiercią. Jako Niemka, po wojnie trafiła do obozu dla internowanych i tam zmarła.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 5/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Nie wolno nie pytać