1956. Dwudziestoczteroletni Ryszard Kapuściński, już doświadczony dziennikarz, marzy o pierwszym wyjeździe za granicę, na przykład do Czechosłowacji. Jego naczelna w „Sztandarze Młodych” mówi, że pojedzie dalej – blok wschodni właśnie otwiera się na tak zwany (wtedy) Trzeci Świat, Polskę niedawno odwiedził Jawaharlal Nehru, więc reporter ma jechać do Indii, aby przybliżyć czytelnikom krajowej prasy nowego sojusznika. Reaguje paniką, bo o Indiach wie tyle, co powiedział mu ktoś, kogo poprosił o radę: że to wielki kraj. Jedzie, wraca (przez Afganistan) i publikuje cykl reportaży. Rok później wyruszy do Chin (przez Tokio). Z Chin nic nie napisze, owocem podróży będzie kilka kawałków z Japonii.
1984. Pięćdziesięciojednoletni Kapuściński jest już uznanym reporterem, ma za sobą wiele lat pracy jako korespondent Polskiej Agencji Prasowej w krajach Afryki i Ameryki Łacińskiej, opublikował już kilka poczytnych książek, w tym te najsłynniejsze: „Wojnę futbolową”, „Jeszcze dzień życia”, „Cesarza” i „Szachinszacha”. Rok wcześniej „The Emperor” miał premierę w Ameryce. Jego międzynarodowa kariera nabiera rozpędu, ale w Polsce tkwi w zawieszeniu: po wprowadzeniu stanu wojennego rzucił legitymacją partyjną, nie poddał się procedurze weryfikacji dziennikarzy, odmówił propozycjom wyjazdu na wybraną przez siebie placówkę. Zbliża się do opozycji, chociaż nie pali mostów. Pewnego dnia przynosi do wydawcy coś nowego: kolaż ze spostrzeżeń, myśli, wypisków z lektury i wierszy. Nadał mu tytuł „Zegar piaskowy”.
Reportaże z Indii, Afganistanu i Japonii nigdy nie pojawiły się w żadnym zbiorze. Kapuściński wrócił do nich tylko w swojej ostatniej „prawdziwej” książce, „Podróżach z Herodotem”, ale i wtedy ich w niej nie przytoczył. Zamiast tego napisał o zagubieniu, które towarzyszyło mu podczas tamtego wyjazdu i poczuciu klęski. Teraz te teksty ukazują się po raz pierwszy, w tomiku „Gorzki smak wody” (nakładem Oficyny Wydawniczej Kontynenty). Niemal jednocześnie wydano też zapiski złożone w 1984 r. w Czytelniku. One też – obiecuje okładka – mają być niepublikowaną nigdy wcześniej nowością. Ale tu już sprawa jest trochę bardziej skomplikowana.
Jaskółki stylu
Trudno być sprawiedliwym dla młodego Kapuścińskiego, chociaż nie o jakość tekstów tu chodzi. Niesprawiedliwość polega na tym, że czytając młodego, szuka się tego starszego, wygląda się jaskółek przyszłego stylu i przyszłych tematów. I nie trzeba szukać głęboko. W Indiach formułował Kapuściński pierwsze myśli o kolonializmie, toczył wstępne potyczki z „egzotyką”, a w Japonii zauważył coś, co później zacznie być nazywane „globalizacją”.
„Życie nie jest tu życiem, jedzenie nie jest jedzeniem, tylko nędza jest naprawdę nędzą” – pisze o Indiach. Wszędzie tłumy biednych. Później powie, że wtedy jeszcze nie umiał poradzić sobie z tym odkryciem, ale zobaczył tam „ludzi niepotrzebnych” (wiele lat później Zygmunt Bauman nazwie ich brutalniej: „ludzkie odpady”). „Indie nie są krajem egzotycznym, a jeśli się już upierać, egzotyka jest tam tylko dekoracją, podporządkowaną temu, co się rozgrywa na scenie. Niestety, do nas dojechała pusta dekoracja, nie dotarli bohaterowie dramatu” – spostrzega, tłumacząc czytelnikom, że literatura o Indiach, pełna „Tajemniczej Egzotyki”, jest w istocie narzędziem kolonialistów, służącym karmieniu wyobraźni mitami zasłaniającymi prawdę o biedzie i wyzysku.
Przenikliwy jest (zaczyna być?) też wtedy, gdy w Japonii zauważa: „Tokio dzieli od Warszawy jedna czwarta obwodu Ziemi w linii prostej. Było to dostatecznie daleko, aby oba kraje mogły istnieć, niewiele wiedząc o sobie. Dziś jednak rola przestrzeni zaczyna spadać do rzędu mniejszych wartości. Sieć stosunków światowych staje się coraz gęstsza, a czas wplata do niej nowe nici”.
Japońskie teksty z tego zbioru to największe zaskoczenie – są ciekawe, spostrzegawcze, dojrzałe. Kapuściński pisze w nich o specyficznych objawach powojennej traumy Japończyków i sposobach na radzenie sobie ze skutkami przegranej wojny: poczuciem upokorzenia, apatią, brakiem gotowości zmierzenia się z rzeczywistością i odpowiedzialnością. To te teksty spośród wszystkich zebranych w tej publikacji mają największy ciężar i prezentują największą obietnicę tego, czego będzie się można spodziewać po młodym reporterze w przyszłości.
A jaskółki stylu? Też są: zbiór otwiera rozdział z samolotu przypominający miejscami otwarcie pisanego czterdzieści lat później „Hebanu”. Rozmowa hipotetycznych panów Cooka i Smitha o trzymaniu Hindusów pod butem przywodzi na myśl podobną hipotetyczną rozmowę z wydanego dwadzieścia lat później reportażu o palestyńskich fedainach. Można z tych tekstów wynotować też kilka ładnych zdań: „Bengal leży w połowie drogi między niebem i ziemią”. „Zrodzeni wśród szarości, zmierzamy przez szarość ku równie szarym celom” (to prawie jak coda „Podróży z Herodotem”: „Stoimy w ciemności, otoczeni światłem”).
Dlaczego zatem Kapuściński w ostatniej książce opisał tamtą podróż jako klęskę, nigdy tych tekstów nie wznowił, a do tego nazywał je w wywiadach złymi i bardzo powierzchownymi? Pewnie dlatego, że tak też można o nich pomyśleć.
Obietnica talentu
Niemądrym ćwiczeniem zdaje się rozliczanie młodego Kapuścińskiego z poprawności – a już szczególnie tej dzisiejszej – ale trudno nie widzieć, że w Indiach była przed nim jeszcze daleka droga do wrażliwego „tłumacza kultur”, którym nazywano go w ostatnich dwóch dekadach życia.
„Egipcjanie są czarni i chodzą w sutannach”, notował korespondent z Polski. Noszony przez Afganki czador to „coś jakby worek”, a japońskie napisy przypominają mu „kunsztowną składankę hieroglifów”. Kapuścińskiemu zdarza się pisać o religijności odwiedzanych krajów z uśmieszkiem, jakby jeszcze nie dorósł do tego, by przyjrzeć się jej na poważnie – na przykład w Afganistanie „cały naród pochyla zaturbanione głowy”. Reporter, który „dał głos ubogim” (taki tytuł miał zapis jego spotkań z włoską młodzieżą) tu nazywa indyjskich biedaków „najbardziej natrętną armią świata”. Ale już starczy, dosyć tego.
Jeśli faktycznie młody korespondent był tak zagubiony, jak opisał to pod koniec życia, to trzeba przyznać, że dziarsko nadrabiał miną. Jeśli dopiero na miejscu, w Indiach, uczył się angielskiego, czytając Hemingwaya, to całkiem przekonująco wyglądają te wszystkie rozmowy ze współpasażerami z samolotu i z terenu. Skoro faktycznie nie miał znikąd żadnej pomocy, to wrażenie robią jego „przyjaciele z Tokio”. Jeśli rzeczywiście nie zrozumiał z Indii nic, wypada bardzo pewnie, gdy radzi znajomym dziennikarzom, czego nie powinni robić na miejscu. I jeśli naprawdę nic o Indiach nie wiedział, to jego diagnozy z podsumowania tej podróży sprawiają wrażenie zaskakująco kompetentnych. To też talent: bez przygotowania pojechać na inną planetę i przywieźć reportaż.
Wędrujące fragmenty
„W latach 80. XX wieku »Zegar piaskowy«, niewątpliwie ze względu na cenzurę, nie mógł ukazać się drukiem. Obecnie – po raz pierwszy – przekazujemy do rąk czytelników to zaskakująco aktualne dzieło” – pisze wydawca na okładce nowego tomiku. A zatem: nowe dzieło wstrzymane przez cenzurę.
Tymczasem od samego początku lektury można mieć wrażenie powtórki i nie jest ono złudzeniem: spora część „Zegara…” weszła do pierwszego „Lapidarium”, wydanego w 1990 r.; są w nim też szkice opublikowanych później wierszy (ciekawe, jak pisane prozą refleksje po lekkim przeredagowaniu stały się poezją). Można przeglądać obie książki i przy powtarzających się notkach stawiać kropki – na początku postawimy ich dużo, potem trochę mniej, ale nadal będą, aż do końca tej krótkiej książeczki.
Pisarstwo Kapuścińskiego zawsze było trochę kompilacyjne, fragmenty podróżowały w czasie i między dziełami – rozdziały wczesnego zbioru „Gdyby cała Afryka…” weszły do „Wojny Futbolowej”, a nawet napisanego trzydzieści lat później „Hebanu”; skrócony reportaż „Dlaczego zginął Karl von Spreti” wszedł do „Chrystusa z karabinem na ramieniu”, „Imperium” wchłonęło tomik „Kirgiz schodzi z konia” – ale to chyba nie ten przypadek. To prawda, że „Zegar piaskowy” nie był nigdy publikowany w tym kształcie i układzie, ale czytelnicy powinni wiedzieć też, że w istocie jest to w dużej mierze wczesna wersja, zalążek późniejszego „Lapidarium”, już wielokrotnie wznawianego. Chociaż nowy materiał w „Zegarze” też jest – i bywa interesujący.
Zapiski o warsztacie
Czy „Zegar…” mógł zatrzymać cenzor? Kapuściński pisze w tych notatkach o manipulacyjnej naturze władzy, cechach autorytaryzmu, pojawiają się też refleksje religijne. To wszystko faktycznie podpowiada, że mogła to być publikacja problematyczna. Ale można mieć też wątpliwości. W 1984 r. Kapuściński był już co prawda po politycznej wolcie, ale trudno powiedzieć, by przeistoczył się w gnębionego przez system dysydenta.
Wiosną 1982 r., a więc już w stanie wojennym i po odejściu reportażysty z partii, ukazał się „Szachinszach”, rok później premierę miał angielski przekład „Cesarza”. Nadal mógł podróżować: w tym okresie na dwa miesiące wyjechał na gościnne wykłady na Uniwersytecie Columbia, a także obsługiwał swoje wydawnicze sprawy na miejscu we Francji, RFN i w Nowym Jorku. Do tej pory raczej nigdy nie miał większych problemów z cenzurą, nawet przy książkach najbardziej nasyconych polskimi odniesieniami, czyli odczytywanym też jako aluzyjny portret Gierka „Cesarzu” i nawiązującym do karnawału Solidarności „Szachinszachu”. Stąd można mieć duże wątpliwości, że to właśnie przez cenzurę „Zegar…” nie ukazał się w latach 80.
Ale odłóżmy to wszystko na bok. O czym są te zapiski? O tym, co zajmowało Kapuścińskiego wtedy i zawsze: o człowieku w przełomowych momentach historii, o władzy, o języku, o myśleniu. „Kolonializm (…) to przede wszystkim układ zależności i podporządkowania, dominacji silniejszego państwa nad słabszym, narzucania słabszemu swojej ideologii, swoich instytucji, obcego mu stylu myślenia i bycia” – notował na początku lat 80. reporter, dopisując dalszy ciąg do obserwacji po raz pierwszy poczynionych w korespondencjach z Indii. Jest też w „Zegarze…” rzadki moment konfrontacji unikającego autobiograficznych rozliczeń autora z jego młodzieńczym zaangażowaniem w komunizm: „Rok 1950: miłość do idei górowała nad miłością do człowieka. (…) Tylko ludzkość była ważna, wszystko robiliśmy dla ludzkości. (…) Żyliśmy w królestwie abstraktu” (tej notki nie ma w „Lapidariach”, jest za to inna, enigmatyczna: „Nie dać się złapać w pułapkę własnej przeszłości!”).
Myśli zebrane w tych notatkach jawią się jako próba realizacji pewnego sposobu na obecność w świecie, manifest życia uważnego, celowego i pełnego namysłu (łatwo tę książeczkę czytać chciwie, ale lepiej robić to powoli). Jest tu też zapis walki o zachowanie intelektualnej autonomii, przypomnienie – jakby pisane dla samego siebie – o tym, jak ważna jest odwaga w samodzielnym myśleniu i zgodnym z tym myśleniem postępowaniem. „Jak żyć, żeby nie żyć byle jak?” – pada pytanie. Gdzie indziej jest coś w rodzaju odpowiedź: „Badać siebie – niezbędny warunek, aby być sobą”.
Uważny czytelnik znajdzie w „Zegarze…” także interesujący przebłysk refleksji warsztatowej: „Aby coś stworzyć, trzeba wyjść poza istniejący stan rzeczy. Aby stworzyć literaturę faktu, trzeba wyjść poza fakty”. Kapuściński nie rozwija tej dosadnie brzmiącej, ale jednak rozmytej myśli, nie wiadomo bowiem, co według niego znaczy „poza fakty”, czy chodzi mu o „obok”, czy raczej „w głąb”. Kapuściński rzadko komentował swój warsztat, a kiedy to robił, bywał sprzeczny, sprawiał wrażenie poszukującego lub niezdecydowanego. „Nie jestem wymyślaczem”, mówił, chociaż dzisiaj wiemy, że mu się to zdarzało. Dlatego ta notka to jeszcze jeden kamyczek do mozaikowego portretu jego transgresyjnej, wywrotowej i przekornej metody pisarskiej – lub metody konfundującej, irytującej i karygodnej, jak kto woli.
Wstępy i blurby
Dla kogo są te „nowe” książki? Na pewno zainteresują pasjonatów pisarstwa Kapuścińskiego, badaczy i tych czytelników, którzy muszą ułożyć na półce wszystkie publikacje z jego nazwiskiem. Czy dla kogoś jeszcze? Dobrze byłoby mieć nadzieję, że tak, chociaż tak naprawdę mówimy cały czas o zbiorku deprecjonowanych przez samego autora artykułów prasowych z końcówki lat pięćdziesiątych oraz kolekcji w części publikowanych już notatek. Ale jeśli komuś to pasuje – na pewno znajdzie w tych książkach coś ciekawego.
„Gorzki smak wody” i „Zegar piaskowy” pokazują jednak coś jeszcze: jak głęboko trzeba już sięgać, by najważniejszy polski reporter XX w. mógł wrócić do obiegu czytelniczego z „nowością”. Po jego śmierci w 2007 r. opublikowano kilka książek złożonych z wypowiedzi z wywiadów i spotkań, zbiór fotografii; wznowiono już wszystko, co było do wznowienia, wydano nawet kolekcję pisanych przez niego wstępów, recenzji i „blurbów”. I jeśli pojawi się coś kolejnego, będzie to rzecz znaleziona jeszcze głębiej – o ile w ogóle cokolwiek zostało.
Dlatego tu można mieć postulat: może nadeszła pora na obszerne krytyczne wydania jego reportaży, podobne do tych, których doczekały się dzieła Witolda Gombrowicza, innego polskiego kandydata do Nobla? Może nadeszła pora, by zaprosić literaturoznawców, fachowców od reportażu, biografów Kapuścińskiego, specjalistów od dziejów Afryki i Ameryki Łacińskiej, i wspólnie uważnie, strona po stronie przeczytać „Wojnę futbolową”, „Jeszcze dzień życia” i „Cesarza” na nowo? Wówczas może dowiedzielibyśmy się, co dokładnie znaczy to „poza fakty”, jaki to kierunek – i co tam czeka.

Ryszard Kapuściński GORZKI SMAK WODY, Oficyna Wydawnicza Kontynenty 2024
Ryszard Kapuściński ZEGAR PIASKOWY, Czytelnik 2024
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















