Droga księdza Magnusa

W międzywojennym Gdańsku bronił Polaków przed Niemcami, a gdy III Rzesza upadła – niemieckich cywilów przed Sowietami.

31.01.2022

Czyta się kilka minut

Ks. Magnus Bruski z rodzicami, siostrą i dalszą rodziną, lata 30. XX w. / ARCHIWUM RODZINNE RYSZARDA SZAMOCKIEGO / © FUNDACJA CENTRUM ŚW. JACKA
Ks. Magnus Bruski z rodzicami, siostrą i dalszą rodziną, lata 30. XX w. / ARCHIWUM RODZINNE RYSZARDA SZAMOCKIEGO / © FUNDACJA CENTRUM ŚW. JACKA

Musisz o nim napisać – ojciec Michał nie daje mi spokoju. – To przyszły święty.

Wylicza zasługi: – W czasach III Rzeszy bronił Polaków przed Niemcami, potem dawał schronienie niemieckim cywilom, którzy uciekali przed Sowietami. Uratował nasz kościół przed Armią Czerwoną. Umarł, niosąc innym pomoc.

Kim był ksiądz Magnus Bruski?

Tablice

Michał Osek to najmłodszy w Polsce przeor dominikanów. Od dwóch lat kieruje gdańskim klasztorem i dominikańską parafią św. Mikołaja.

Przed wejściem do świątyni pokazuje wmurowaną w bruk tablicę: „Podwórze przy kościele św. Mikołaja w czasie II wojny światowej było miejscem tymczasowego pochówku wielu gdańszczan”. Pochowano tu też ks. Bruskiego. Dominikanie odsłonili tablicę rok temu.

Niedawno na murze klasztoru odsłonięto drugą. Treść (po polsku i niemiecku) głosi, że Bruski był „wikariuszem generalnym w Wolnym Mieście Gdańsku”, i że był „szykanowany” za ­„antyhitlerowskie poglądy”. Prezydent miasta Aleksandra Dulkiewicz (odsłaniała tablicę z biskupem) napisała na Facebooku, że ksiądz Magnus uczy, „jak być dobrym człowiekiem nawet w nieludzkich czasach”.

Legendy

Mikołaj – jedyny kościół na Głównym Mieście, który ocalał tamtego marca 1945 r., gdy Gdańsk zdobyła Armia Czerwona. Sowieci spalili bazylikę Mariacką, Brygidę, Katarzynę, Jana. Do pełnego ludzi kościoła św. Józefa wtoczyli beczki z ropą i podłożyli ogień. – Tylko Mikołaja oszczędzili. To zasługa Magnusa – mówi przeor Osek.

Ale sam uratował, jak? Ojciec Osek zna dwie wersje legendy. Jedna mówi, że ksiądz wyciągnął z klasztornej piwnicy zapasy gorzałki i ugościł nią Sowietów. Druga, że Bruski miał przekonać krasnoarmiejców, aby nie niszczyli kościoła, który jest pod wezwaniem św. Mikołaja, patrona Rusi.

Która z tych wersji jest prawdziwa? Ojciec Osek: – Żadna.

Wcześniej

Osiemset lat wcześniej. Jacek Odrowąż, przyszły święty, wysyła do Gdańska braci w biało-czarnych habitach. Dostają murowany kościółek św. Mikołaja.

Gdańscy dominikanie są w awangardzie Europy: niewiele starsze klasztory mają tylko Bolonia, Paryż, Praga, Oksford, Kraków. Papież daje im przywilej udzielania odpustu na uroczystość Dominika Guzmána, założyciela zakonu – tak rodzi się Jarmark Dominikański. Stary kościół okazuje się za mały. Dominikanie wznoszą nowy, gotycki.

W czasie reformacji świątynię przejmują zwolennicy Lutra, aż król Zygmunt August musi interweniować – Mikołaj wraca do dominikanów.

Bodaj największy dzień przeżywają 11 października 1587 r.: szwedzki książę Zygmunt z dynastii Wazów odbiera w ich kościele dokument potwierdzający wybór na króla Polski.

W czasie zaborów Prusacy wypędzą ich na dobre, kościół przejmą księża diecezjalni.

Ostatni niedominikański proboszcz to właśnie Magnus Bruski. „Co tu robi diecezjalny ksiądz?” – nad tym zastanawia się Michał Osek.

Kilkanaście lat temu Osek jako dominikański kleryk przyjeżdża do Gdańska na praktyki. W refektarzu widzi na ścianie oprawiony w ramki portret mężczyzny w sutannie. – Spodziewałbym się raczej portretów poprzednich przeorów – mówi dziś. Wtedy słyszy o Magnusie Bruskim. Najstarsi dominikanie, którzy go pamiętali, już nie żyją. Z książek niewiele można się o nim dowiedzieć. Wszyscy powtarzają tylko podwójną legendę, jak to samogonem i autorytetem świętego miał uratować kościół.

Ojciec Osek zmieni to, gdy zamieszka w gdańskim klasztorze na stałe.

Kaszuba

Po polsku Brusy, po kaszubsku Brusë – położone w Borach Tucholskich miasteczko wita przyjezdnych w obu językach.

Z Kaszubami jest kłopot: Słowianie, ale mają swój język (z literacką polszczyzną niewiele ma wspólnego). Przez stulecia germanizowani. Czy w Polsce, czy w Niemczech – zawsze obcy. Günter Grass (ze strony matki Kaszuba) ujmie to tak: „Za mało polscy jesteśmy i za mało niemieccy”.

W 1886 r. w Brusach, należących wtedy do Cesarstwa Niemieckiego, przychodzi na świat Magnus Ignatz Bruski. Matka Regina z domu Lietz jest Niemką. Ojciec Maksymilian, Kaszuba, prowadzi sklep z artykułami spożywczymi i rolniczymi oraz karczmę.

Magnus jest najstarszym z czternaściorga rodzeństwa. Od dziecka widzi pijanych mężczyzn, którzy wychodzą z ojcowskiej karczmy. W środku duszą go kłęby tytoniowego dymu.

Gdy w 1902 r. pruski nauczyciel bije trzciną wrzesińskie dzieci, bo nie chcą mówić pacierza po niemiecku, 16-letni Magnus uczy się w Królewskim Gimnazjum Katolickim w Chojnicach. Pół wieku przed nim szkołę tę skończył Florian Ceynowa: konspirator, powstaniec, działacz kaszubski. Razem z Magnusem do szkoły chodzi Leon Miszewski – niemal rówieśnik, też z Brus. Również zostanie księdzem, będzie duchowym przywódcą Polaków w międzywojennym Gdańsku.

Brak jest informacji o ewentualnym politycznym zaangażowaniu Bruskiego. – Był Kaszubą, ale funkcjonował w kulturze niemieckiej – mówi Leszek Molendowski, współautor książki o Magnusie. – Nie angażował się w polski ruch narodowy, nie należał do polskich organizacji uczniowskich. Bo i dlaczego miałby. Jego matka była Niemką, ojciec Kaszubą, ale bliżej było mu do Niemiec.

Po maturze idzie do seminarium duchownego w Pelplinie. Studiuje na niemieckich uniwersytetach (Polski wtedy nie ma). Jako student na arkuszach ocen dostaje najczęściej „gut”.

W 1913 r. zostaje księdzem. Obrazki prymicyjne drukuje po polsku. Ale na obrazie Jezusa Ukrzyżowanego rodzicom dziękuje za wychowanie po niemiecku.

Wybucha Wielka Wojna. Na polu bitwy pod Lwowem ginie Bernard, brat Magnusa.

O niego historia upomni się później.

Gdańsk

Wojna się kończy, na mapy wraca Polska, w Wersalu ustalają nowe granice.

Jest problem z Gdańskiem. Polska chce mieć dostęp do morza, ale większość mieszkańców to Niemcy. Żeby pogodzić obie strony, powstaje Wolne Miasto Gdańsk – coś w rodzaju miasta-państwa pod kontrolą Ligi Narodów. – Z tej decyzji nikt nie jest zadowolony – mówi historyk Molendowski.

W Republice Weimarskiej niemal wszystkie siły polityczne kwestionują granicę z Polską. Z czasem w siłę rośnie narodowy socjalizm, ale nie tylko narodowi socjaliści popierają ideę przyłączenia Gdańska do Niemiec.

Jeszcze w latach 20. szkolny kolega Magnusa, ks. Leon Miszewski, broni praw gdańskiej Polonii. Umiera przed dojściem Hitlera do władzy, jego pogrzeb staje się patriotyczną manifestacją polskiej mniejszości.

Na nic to. – W każdych kolejnych wyborach partia narodowosocjalistyczna zwiększała liczbę miejsc w parlamencie Wolnego Miasta – przypomina Molendowski. W 1938 r. w Volkstagu jest już tylko dwóch posłów opozycyjnych – to Polacy. Pozostałe 70 miejsc zajmują narodowi socjaliści.

W maju 1939 r. do Gdańska przyjeżdża Józef Mackiewicz, reporter wileńskiego dziennika „Słowo”. Z portretów spogląda na niego Hitler z deklaracją: „Das ist unser Führer!” („To nasz wódz!”). Mężczyźni na pozdrowienie wyciągają prawą rękę. „Czym się właściwie różni Gdańsk od miast Rzeszy?” – pyta retorycznie reporter.

Prałat

Nie pije, nie pali, nie gra w karty (czy to z powodu złych wspomnień z rodzinnego domu?), za to dużo czyta. Odmawia brewiarz, ustalonego porządku pilnuje sztywno. Nawet wikariusze w pilnych sprawach mogą z nim rozmawiać tylko przez telefon. „Dziwak” – mówią niektórzy o Bruskim.

Wolnego Miasta nie ma jeszcze na mapach, gdy zaraz po święceniach zostaje wikarym w kościele św. Mikołaja; jest też katechetą. Na religię chodzi tam niejaki Carl Maria Splett (gdy Splett zostanie księdzem, Bruski będzie mówić kazanie na jego prymicjach; za 20 lat zostanie biskupem).

Na razie Bruski jest współpracownikiem biskupa Edwarda O’Rourke’a (od 1925 r. istnieje diecezja gdańska), który mianuje go wikariuszem generalnym. Bruski proboszczuje w parafii św. Wojciecha, potem w katedrze w Oliwie, a od 1935 r. – w św. Mikołaju. Od papieża dostaje tytuł prałata.

Rok 1935, trwa Synod Gdański. Bruski mówi o zagrożeniach ze strony narodowego socjalizmu: „Także i w naszej ojczyźnie, na terenie naszej małej diecezji działają siły skierowane przeciwko chrześcijaństwu oraz Kościołowi katolickiemu”.

Domaga się, by klerycy zdawali egzamin z języka polskiego. Pilnuje, by w Mikołaju w niedzielę o wpół do dwunastej była msza z polskim kazaniem. Kazania głoszą wikariusze – on sam słabo zna polski.

Gdy na rok przed wybuchem II wojny światowej obchodzi 25-lecie kapłaństwa, życzenia składają mu także Polacy. W relacji z uroczystości „Dziennik Gdyński” cytuje jego słowa, że „będzie katolików-Polaków otaczał tą samą opieką jak innych katolików, bo wymaga tego sprawiedliwość i dobro dusz”.

W parafialnych księgach pisze tak, jak chcą parafianie. Gdy przychodzi niemiecka wdowa i mówi, że mąż był „robotnikiem”, pisze: „Arbeiter”. Gdy przychodzi wdowa po Polaku, pisze: „robotnik”. W diecezjalnej gazecie polemizuje z rasistowskimi teoriami Alfreda Rosenberga, ideologa narodowego socjalizmu. Z ich konsekwencjami spotyka się wkrótce w parafialnej kancelarii – coraz więcej osób prosi o wydanie metryki chrztu, by wykazać swoje aryjskie pochodzenie.

Rok przed wybuchem wojny biskupem gdańskim zostaje Splett. Naziści żądają, by odwołał Bruskiego z diecezjalnych funkcji. Biskup ich słucha. Proniemieccy księża izolują się od Magnusa. Jest ciągany na przesłuchania. Ktoś wybija mu szyby na plebanii.

Wojna

„Skończyła się polska niewola” – tymi słowami 1 września 1939 r. Albert Forster (gauleiter, tj. lokalny szef NSDAP) przemawia na Długim Targu. „Danzig ist deutsch” – krzyczą plakaty. Miejscowi Polacy są masowo aresztowani, giną, trafiają do obozów.

Antypolskie przepisy godzą też w Kościół. Konkretnie: w polskich katolików. „Należy zabronić wszelkich nabożeństw w języku polskim” – postulują narodowi socjaliści. Splett zawiesza polskie nabożeństwa. Będą mu potem przypominać, że był antypolski. Ale sprawa jest złożona. „Jakiekolwiek polskie nabożeństwo, kazanie lub publiczne przemówienie było i tak niemożliwe” – napisze ks. Stanisław Bogdanowicz, historyk i proboszcz bazyliki Mariackiej.

Zakazana jest nawet spowiedź po polsku: penitent może wyznać grzechy tylko po niemiecku, spowiednik nie może mówić po polsku. Bruski znów jest przesłuchiwany – Gestapo sprawdza, czy stosuje się do antypolskich zakazów.

Wierni ze zbyt słowiańsko brzmiącymi nazwiskami zmieniają je na niemieckie. Orzechowski nazywa się teraz Ortmann, Dembirowski – Domerau, a Jezierski – Jesner. Zjawisko zmiany nazwisk ustanie w 1943 r., po klęsce Wehrmachtu pod Stalingradem.

Marzec

Kiedy na froncie wschodnim armia Hitlera cofa się ku granicom III Rzeszy, niemieccy historycy sztuki zaczynają ratować zabytki. Z bazyliki Mariackiej wywożą „Sąd Ostateczny” Memlinga, z Mikołaja jedzie na Żuławy barokowa chrzcielnica, część stalli, figury ukrzyżowanego Jezusa, Maryi i apostoła Jana.

Gdy front jest blisko, gdańscy pastorzy opuszczają parafie, wraz z wiernymi chcą uciec w głąb Rzeszy. Ewakuacja setek tysięcy ludzi trwa też drogą morską. 30 stycznia sowiecka torpeda zatapia statek „Wilhelm Gustloff”, razem z nim ginie 9 tys. niemieckich uciekinierów.

Bruski zostaje w mieście. Późnorenesansowy ołtarz (nie wszystko udało się wywieźć) każe obudować rusztowaniem i obłożyć workami z piaskiem. Na plebanii pełno jest uchodźców z Prus Wschodnich – nie wszystkim udało się odpłynąć statkami.

W Wielkim Tygodniu (wypada pod koniec marca) Gdańsk zajmuje Armia Czerwona. Niemiecki kronikarz notuje: „W dniu, gdy do miasta wkraczali pijani zwycięscy żołnierze radzieccy, ksiądz stał na ambonie i modlił się wraz z parafianami szukającymi w kościele schronienia”.

Kielichy

Ksiądz Bruski rozmawia z żołnierzami sowieckimi.

– Co im powiedział? – pytam przeora.

– Obie legendy o uratowaniu kościoła są do obalenia – mówi.

No bo tak, rozważa o. Osek: – Po pierwsze, Magnus był abstynentem i trudno uwierzyć w historię z samogonem. Choć mogło się tak zdarzyć. Po drugie, żołnierze, którzy zdobywali Gdańsk, pochodzili głównie z Azji i często o prawosławiu nie mieli pojęcia.

– To czym ich przekonał? Może słyszał, co stało się u św. Józefa, gdzie w podpalonym przez Sowietów kościele sto osób zginęło w męczarniach?

– Okoliczne kościoły były protestanckie, a ich pastorzy opuścili z rodzinami Gdańsk – mówi przeor. – Gdy Rosjanie weszli, często nie było tam gospodarza. A w Mikołaju wyszedł do nich kapłan. Mieli z kim rozmawiać. Przypuszczam, że to uratowało naszą świątynię.

Tamtej wiosny Bruski nie tylko Sowietów musi się bać. Grasują szabrownicy. W końcu to poniemieckie, przychodzą jak po swoje. Ktoś plądruje św. Mikołaja. Proboszcz krzyczy na rabusia, żeby zostawił święte kielichy. „Eminencjo, powinien się pan postarać lepiej mówić po polsku” – tak podobno złodziej odpyskowuje Magnusowi. Kielichy zostawia.

Jakby tego było mało, w mieście szaleje tyfus. Zabije także Bruskiego.

Dominikanie

„Gdzie jest kościół dominikanów?” – rozpytują od gdańskiego dworca Stanisław Dobecki i Franciszek Przywara. Dwaj dominikanie przyjechali tu w maju 1945 r. „Jeszcze nie było spokoju” – będzie opisywać potem o. Dobecki.

Prowincjał przysłał ich, bo skoro Polska dostała Gdańsk, dominikanie chcą odzyskać swój kościół. Dołączą do nich bracia ze Lwowa, który został zaanektowany przez Związek Sowiecki.

Na razie Dobecki idzie do biskupa Spletta (ten również został w mieście). „Przyjął mnie grzecznie, choć sztywno” – zapamięta. Biskup każe dominikanom wracać do Krakowa. Zamiast tego idą do proboszcza w św. Mikołaju.

Bruski daje im mieszkanie na plebanii. „Traktował mnie życzliwie” – będzie wspominał Dobecki. Ojciec Przywara zanotuje: „Ksiądz Prałat jest życzliwy, razem się stołujemy, idzie nam na rękę, spełnia nasze propozycje”.

– Odetchnąłem, jak to przeczytałem – przyznaje o. Osek. – Wcześniej obawiałem się, jak przyjął dominikanów.

Portret

– W naszej rodzinie zawsze była o nim pamięć – mówi Ryszard Szamocki, krewny księdza Bruskiego. Jego babcia Anna to siostra Magnusa. Ryszard, rocznik 1961, kolejarz, mieszka w Dziemianach Kaszubskich pod Brusami. „Kaszuba z krwi i kości” – mówi o sobie.

Pamięta, jak o wuju-księdzu wspominał jego ojciec. Ale jego, młodego chłopaka, mało to wtedy obchodziło. Na poważnie zajął się wujem po trzydziestce.

W kurii w Gdańsku mówią mu, że „to był chyba Niemiec”. U dominikanów w Gdańsku też mało wiedzą (jeden z poprzednich przeorów przyjął Ryszarda tylko w drzwiach). Najlepiej potraktował go o. Dobecki, bo odpisał na list. – Ale dopiero o. Michał zajął się na poważnie przywracaniem pamięci o naszym krewnym – mówi Szamocki o obecnym przeorze.

Przemysław, syn Ryszarda, uczy historii w gdańskim liceum. Na lekcjach o II wojnie światowej opowiada uczniom o księdzu Magnusie. – Słuchają zaciekawieni – mówi.

W domu jego ojca do dziś wisi portret wuja.

Procesja

Ministrant niesie krzyż, za nim idą dziewczęta z gromnicami. Pochód zamyka ksiądz z monstrancją. Jest 31 maja 1945 r., Boże Ciało. Bruskiemu, który prowadzi tę procesję, zostało sześć tygodni życia.

Procesja wyrusza ze św. Mikołaja i ulicą Długą idzie na Gdańsk Główny. Sowieccy żołnierze szyderczo się uśmiechają, niektórzy przyklękają. Nikt nikogo nie zaczepia.

Wiemy to od anonimowego kronikarza, który przygląda się wszystkiemu ukryty w ruinach: „Nikt nie odważył się nagabywać modlących się dziewczynek i przeszkadzać im, ani ich zhańbić jako łatwą zdobycz, tak jak działo się to we wszystkich poprzednich dniach” (w tamtym czasie gwałty są na porządku dziennym).

Bruski dziękuje Bogu za koniec wojny.

Leszek Molendowski mówi, że procesja miała jeszcze jeden wymiar: – Ksiądz wiedział, że niemieccy mieszkańcy będą musieli opuścić Gdańsk. Dlatego symbolicznie poprowadził ich na dworzec.

Pogrzeby

– Ja do księdza Bruskiego.

– Leży w trumnie.

Jest 10 lipca 1945 r. Dominikanin Przywara rozmawia z jednym z parafian. Mówi, że proboszcz zmarł poprzedniej nocy.

Tyfus zabił tamtego lata 6 tys. gdańszczan. – Na plebanii, gdzie przebywali uciekinierzy, łatwo było o zakażenie – mówi o. Osek. – Magnus zmarł, bo pomagał innym.

Pierwszy jego pochówek odbywa się nazajutrz po śmierci. Z obawy przed zarazą proboszcz zostaje pospiesznie pogrzebany na dziedzińcu kościoła. Trzy dni później biskup Splett odprowadza jego szczątki na cmentarz. Ćwierć wieku później jest trzeci pogrzeb: po likwidacji parafialnej nekropolii prochy ks. Magnusa Bruskiego zostają złożone w kwaterze kapłańskiej na cmentarzu Oliwskim.

– Czuł się Polakiem, Niemcem? – chcę wiedzieć.

– Po co patrzeć na wszystko narodowościowo? On był stąd – zżyma się przeor. – Jak to dziś opisać? Może tak: był dobrym człowiekiem.©

Korzystałem z książek: Leszek Molendowski, Michał Osek OP„Magnus Bruski. Bohater z Gdańska”; Ks. Stanisław Bogdanowicz „Bo przemoc widzę w mieście i niezgodę. (Trudny początek Kościoła gdańskiego 1922-1945)”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 6/2022