Jest rok 2001. W Wielkiej Brytanii powstaje naukowy projekt LaughLab prowadzony przez psychologa Richarda Wisemana. Jego celem jest wyłonienie najzabawniejszego żartu świata. Do pomocy zgłaszają się internauci z około 70 krajów, a ich zadaniem jest ocenienie ponad 40 tysięcy kawałów i wybranie tego, który ich najbardziej rozbawi. Wynik?
Dwóch myśliwych wybrało się do lasu na polowanie. Nagle jeden zbladł, chwycił się za klatkę piersiową i upadł na ziemię. Drugi nie wiedział, co robić, wyciągnął komórkę i zadzwonił na pogotowie. Odebrała dyspozytorka: „Pogotowie ratunkowe, słucham”. „Szybko, ratunku, tu, w lesie, mój kolega, leży, nie żyje! Ratunku!”. Na to dyspozytorka: „Spokojnie, najpierw upewnijmy się, że pański kolega na pewno nie żyje”. Po chwili wyraźnie słychać odgłos wystrzału. Chwilę później odzywa się myśliwy: „Okej, i co dalej?”.
Powyższy żart raczej nie wywołuje spektakularnego efektu, ale sam eksperyment mówi sporo o nas, ludziach. Po pierwsze wiemy, że żarty to sprawa uniwersalna – występują w każdym zbadanym społeczeństwie, po drugie – towarzyszą nam od dawna. Humorystyczne anegdoty odnajdywane są w zapiskach ze starożytnego Egiptu (np. „Jak zabawić znudzonego faraona? Umieścić na Nilu łódź pełną młodych kobiet ubranych tylko w sieci rybackie i namówić faraona, żeby poszedł na ryby”) czy kultur Mezopotamii, a najstarszy znany dowcip datowany jest na 1900 r. p.n.e. (to sumeryjskie powiedzonko o puszczaniu gazów przez młodą żonę). Po trzecie okazuje się, że to uniwersalne narzędzie, jakim jest poczucie humoru, odgrywa w naszym życiu bardzo poważną rolę.
Zapasy w dżungli
Tę wesołą opowieść warto zacząć od rozróżnienia śmiechu i poczucia humoru. Spontaniczny śmiech występuje nie tylko u ludzi, poczucie humoru natomiast zdaje się być mocno związane z mową i językiem, dlatego raczej nie mówi się o nim u innych zwierząt. Wiemy, że śmiejemy się od około trzeciego miesiąca życia, a reakcja ta występuje także u niemowląt niesłyszących i niewidomych – nie może więc być wyłącznie efektem uczenia się przez obserwację i naśladowanie.
Uniwersalnie najśmieszniejszym żartem dla bobasów jest gra w „a kuku”, czyli zasłanianie i odsłanianie twarzy – wiemy o tym z badań Caspara Addymana, który analizował śmiech maluchów na podstawie ankiet z 62 krajów. Dzieci po drugim roku życia przestają się nabierać na tę zabawę. Dlaczego? Ich rozwijający się aparat poznawczy znacznie lepiej radzi sobie z tzw. ciągłością trwania obiektów. Dziecko wie, że zakrywana twarz nadal istnieje, mimo że zniknęła z pola widzenia, i taka naiwna sztuczka po prostu przestaje je bawić.
Sam śmiech jako zjawisko fizjologiczne stał się nawet konkurencją parasportową podczas mistrzostw świata w śmiechu, na których można zdobyć tytuł w zawodach polegających na udawaniu śmiechu konkretnej gwiazdy, najlepszym śmiechu diabolicznym albo zmaganiach w rozśmieszaniu się jeden na jeden.
Co ciekawe, śmiech znany jest szerzej w świecie przyrody, a konkretniej wśród naszych najbliższych kuzynów – szympansów. Z obserwacji badaczki Mariny Davili Ross wynika, że młode szympansy śmieją się podczas zabawy, gdy ćwiczą umiejętności walki. Badacze uważają, że szybkie sapanie i obnażanie zębów, które przypomina ludzki śmiech, pozwala małpom zaznaczyć, że wszystko jest tylko elementem gry, a wzajemne ganianie się i gryzienie nie stanowi prawdziwej walki, w której stawką byłby dostęp do zasobów czy status społeczny. O takiej „rozbrajającej” roli śmiechu mówi nam tzw. teoria zabawy, która sugeruje, jakoby śmiech wyewoluował jako narzędzie do sygnalizowania, iż osobniki nie mają złych zamiarów – mimo przyjmowania pozornie konfrontacyjnej postawy.
Mądry czy zabawny?
Funkcja „wzięcia w nawias” danego zdarzenia to jednak tylko jedno z wielu zastosowań śmiechu. Antropolog Robin Dunbar twierdzi, że śmiech umożliwia nam zaoszczędzenie jednego z kluczowych biologicznie zasobów – czasu. Choć często uważamy beztroskie rozbawienie raczej za jego stratę, śmiech u naszych przodków mógł przyczynić się do zaspokojenia tych samych potrzeb społecznych co iskanie – i to znacznie efektywniej.
Wraz z rozrostem grup społecznych to właśnie utrzymanie dobrych relacji między ich członkami zaczęło być priorytetową dla przetrwania umiejętnością – stado targane wewnętrznymi konfliktami i niezdolne do rozładowywania nieuniknionych napięć musiałoby się rozpaść. Iskanie, czyli wzajemna pielęgnacja osobników polegająca na przeczesywaniu futra w poszukiwaniu pasożytów, co przy okazji ma wyjątkowo kojący wpływ na stargane nerwy, może „obsłużyć” tylko dwójkę osobników naraz – a to zdecydowanie za mało, biorąc pod uwagę to, że nasi coraz bardziej ludzcy przodkowie musieli tworzyć coraz bardziej skomplikowane struktury społeczne, w których pojawiały się przyjaźnie, alianse i koalicje. Gdyby jakiś małpolud chciał wyiskać się ze wszystkimi towarzyszami, by zasygnalizować im swoje oddanie i chęć współpracy, to brakłoby mu czasu na inne aktywności.
Wspólny śmiech – a potem, według Dunbara, także opowiadanie historii przy ogniskach – nie wymagał tak dużo czasu, w dodatku jego beneficjentami mogło być kilka osobników naraz. Dzięki temu życie w dużych grupach – wspólnie broniących się przed drapieżnikami i polujących na coraz większe ofiary – na afrykańskiej sawannie, na którą z przerzedzającej się dżungli zepchnęły naszych przodków zmiany klimatyczne, stało się trochę łatwiejsze.
Czy dzisiaj funkcjonujemy podobnie? Łatwo znaleźć przykłady wyrzutków społecznych, którzy nie radzą sobie w życiu z racji wykluczenia, choć pewnie znajdą się także przykłady bardzo nielubianych milionerów. Ale hipoteza Dunbara, tłumacząca pojawienie się śmiechu i poczucia humoru koniecznością wynalezienia wydajnych mechanizmów podtrzymywania więzi społecznych, nie jest jedyną powstałą na gruncie nauk ewolucyjnych. Autorem innej koncepcji jest Geoffrey Miller, który w poczuciu humoru upatrywał czynnika wpływającego korzystnie na znalezienie partnera. Wedle tej koncepcji umiejętność wymyślania czy rozumienia żartów świadczy o kreatywności, inteligencji, bystrym umyśle i innych cechach, które były postrzegane jako atrakcyjne przez potencjalnego kochanka. Według Millera, autora takich książek jak „Umysł w zalotach”, „Teoria szpanu” czy „Sygnalizacja cnoty”, humor to zatem uczciwy sygnał ogólnej zaradności.
Powodzenie w randkowaniu i występowanie śmiechu zbadano całkiem na poważnie – eksperyment z lat 90. pokazał zależność między czasem śmiania się na randce a chęcią umówienia się na kolejne spotkanie. Problem jednak w tym, że partner z poczuciem humoru to za mało do sukcesu reprodukcyjnego, a żadne badania czy testy IQ nie powiązały dotąd humoru z rozwiniętym intelektem.
Baba u lekarza, filozof pod drzwiami
Śmiech może być związany z naszymi zdolnościami poznawczymi na innej płaszczyźnie – jak twierdzi trójka kognitywistów Matthew Hurley, Daniel Dennett i Reginald Adams, autorzy książki „Filozofia dowcipu”. Według tej teorii humor pozwala nam na usuwanie błędów z naszych przekonań. Weźmy za przykład podawany przez autorów książki krótki kawał: „Jak się pozbyć filozofa sprzed drzwi? Wystarczy zapłacić za pizzę”.
Mamy tutaj do czynienia z przekonaniem o tym, że filozof to mądry, szanowany jegomość z antycznej Grecji, oraz stereotypem na temat zawodowych losów dyplomowanych humanistów. Te dwa kontrastujące ze sobą przekonania stanowią istotę żartu. Jak podkreślają autorzy, wykryciu tej sprzeczności czy błędnych oczekiwań nie towarzyszą silne, negatywne emocje. A przecież łatwo wyobrazić sobie sytuację zaskoczenia wywołaną konfliktem poznawczym, która wcale nie jest zabawna. Według wspomnianych badaczy to, co uważamy za śmieszne, wynika ze sprzecznych przekonań, które zderzając się w żarcie, w bezpiecznych okolicznościach pokazują nam błędy naszego myślenia.
Teoria rozwiązywania niespójności nie jest zresztą nową propozycją. Postulował ją już Immanuel Kant, który w „Krytyce władzy sądzenia” napisał: „śmiech pochodzi z oczekiwania, które nagle obraca się wniwecz”. Humor miałby wynikać z zaskoczenia i w konsekwencji powodować korektę oraz uspójnienie danych w naszym umyśle, a także ma nas uczyć ostrożnego przyjmowania rozmaitych założeń. Poważne zadanie, jak na – zdawałoby się – trywialny i błahy żart. Co jednak ważne, wyłapywanie błędnych założeń w naszym myśleniu i przewidywaniu zdarzeń jest jedną z kluczowych umiejętności potrzebnych nam do przetrwania. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy niesłusznie zakładamy, że zdążymy przebiec na czerwonym świetle albo wnioskujemy, że po krzyczeniu obraźliwych haseł do kibiców przegranej drużyny na pewno nic się nie stanie… Każdy z tych przykładów, choć można je mnożyć w nieskończoność, może w konsekwencji uprzykrzyć nam życie – to dlatego jesteśmy wyposażeni nie w jeden, a kilka mechanizmów pozwalających nam na przewidywanie zdarzeń i konsekwencji czynów. Jednym z nich – jak postulują autorzy „Filozofii dowcipu” – jest humor i tą właśnie funkcją poznawczą tłumaczą jego powszechne występowanie we wszystkich znanych nam kulturach.
Żarty wpływają nie tylko na to, jak myślimy o świecie. Są też nieźle przebadanym środkiem zapobiegawczym i wpisują się w popularne twierdzenie, że śmiech to zdrowie. W literaturze medycznej można znaleźć kilka ciekawych danych na ten temat, jak chociażby badania z 2016 r. na grupie ponad 20 tys. Japończyków, w których Kei Hayashi i współpracownicy powiązali występowanie śmiechu z mniejszym ryzykiem chorób sercowo-naczyniowych czy opublikowane w 2010 r. w „American Journal of Cardiology” badania Juna Sugawary i współpracowników, dotyczące związku śmiechu z poprawnym funkcjonowaniem śródbłonka. Choć w takich badaniach trudno udowodnić, co jest czego przyczyną – wyniki mogą brać się stąd, że osoby zdrowe po prostu częściej się śmieją.
Korzyści ze śmiania się są jednak dobrze udokumentowane. Badani, którzy mieli za zadanie obejrzeć zabawny film, wykazywali większą produkcję komórek NK odpowiedzialnych za odporność, większą tolerancję na ból, obniżony poziom kortyzolu oraz wzmożone uwalnianie beta-endorfin. Dodatkowo terapia śmiechem, czyli tzw. geloterapia, została pozytywnie zastosowana jako terapia wspierająca osoby z depresją czy stanami lękowymi. Według metaanalizy opublikowanej w 2019 r. przez Jinping Zhao i współpracowników, obejmującej 10 badań i grupę 800 pacjentów stosujących długotrwałą terapię śmiechem, badani deklarowali ogólne lepsze samopoczucie i poprawę jakości snu.
Komu nie jest do śmiechu
Trzeba jednak pamiętać o skutkach ubocznych śmiechu, jakie występują poza eksperymentalnymi salami i puszczanymi w nich filmikami wideo. Humor to narzędzie, które z jednej strony może nam posłużyć jako łagodny mechanizm do naginania granic, może jednak też te granice po prostu przekroczyć i stać się jedną ze skuteczniejszych metod poniżenia. Przed upokarzającymi żartami trudno się obronić – atakująca nimi strona zawsze może powiedzieć, że przecież nie miała niczego złego na myśli, a wszelkie raniące słowa nie są wypowiedziane na serio: „No przecież żartowałam…”.
Humor ma w sobie coś z wyższości, pogardy, zniewagi – cechę tę zauważył już Arystoteles, który w „Poetyce” pisał, że śmiejemy się z ludzi, których postrzegamy jako gorszych od nas samych. Opierając się na tej hipotezie, zgodnie z którą poczucie humoru jest narzędziem do wytykania błędów i zaznaczania swojej wyższości, wyjaśnić możemy wiele żartów o stereotypowych blondynkach, bezwzględnych prawnikach czy poukładanych Niemcach. W tym przypadku obserwujemy przewagę nad bohaterami żartu – łatwo jest nam wyśmiać idiotyczny błąd czy absurdalną precyzję, która zazwyczaj jest puentą w tego rodzaju dowcipach.
Element pogardy zamaskowany humorem zdaje się jednak być wyjątkiem od dość powszechnej reguły – używamy humoru do nawiązywania pokojowych relacji i zacieśniania więzi społecznych. Żart jako towarzyskie spoiwo działa szczególnie mocno w przypadku tzw. żartów wewnętrznych, które powstają w wyniku wspólnych doświadczeń i sytuacji zrozumiałych tylko dla wybranych. Zabawny komentarz działa wtedy jak szyfr, figlarne puszczenie oczka do wtajemniczonych i izoluje wybranych członków grupy od reszty, której dany kawał trzeba by było tłumaczyć.
Co na to Stańczyk
To jednak nie wszystko. Humor od wieków służył nam do bezpiecznego naginania granic przyzwoitości, śmiania się z władców, autorytetów czy obowiązujących norm – od razu przychodzi tutaj na myśl postać błazna czy wesołka, kojarzona z trafnym punktowaniem szlachty i dworzan w prześmiewczy sposób. Średniowieczni dowcipnisie mimo dotkliwych drwin byli bezkarni – ich niepisany przywilej zakładał wolność słowa na rzecz komediowej rozrywki. Współcześni antropolodzy kulturowi zaobserwowali podobne role funkcjonujące w rdzennych społecznościach Afryki i Ameryki Północnej.
Rytualne klauny miały zachowywać się w przerysowany sposób, wykorzystywać magiczne moce do psikusów i kpiny, ale przede wszystkim – komentować ważne społecznie tematy za pomocą humoru. Śmiech może się także przydać w obliczu tragedii. Mówi o tym tzw. teoria uwalniania napięcia, która tłumaczy humor jako rezultat rozładowania nagromadzonego stresu i niepokoju. Wentyl dla emocji, jakim byłby tutaj śmiech, pomagałby oswoić trudne wydarzenia czy nieszczęścia. Zresztą, to dość powszechne zjawisko, że z czasem dodajemy do naszych drastycznych przeżyć element komediowy – choć powodów, dla których to robimy, może być wiele.
Główne teorie dotyczące humoru mają wiele wspólnych elementów; tłumaczą żarty jako metodę zaznaczenia, że dana sytuacja nie jest „na poważnie”, jako psikus służą też do naśmiewania się z autorytetów i błędów innych, w końcu służą do zauważenia tych błędów, które występują w naszych przekonaniach. Trudno z tego zbioru koncepcji wyłonić tylko jedną, która najlepiej tłumaczy, dlaczego żartujemy. Ale może humor to na tyle złożona sprawa, że byłoby śmiesznie myśleć, że mógł powstać tylko w jednym celu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















