Sir Richard Long i sztuka deptania trawnika

Paul Klee mówił, że dobry rysunek jest jak zabranie kreski na spacer. Richard Long potraktował to całkiem dosłownie.
Czyta się kilka minut
Richard Long z pracą „South Bank Circle”, stworzoną w 1991 r. na wystawę w Hayward Gallery w londyńskim South Bank Centre (dziś wystawianą w Tate Gallery w Liverpool) // Fot. Eamonn McCabe / Popperfoto / Getty Images
Richard Long z pracą „South Bank Circle”, stworzoną w 1991 r. na wystawę w Hayward Gallery w londyńskim South Bank Centre (dziś wystawianą w Tate Gallery w Liverpool) // Fot. Eamonn McCabe / Popperfoto / Getty Images

Spacer z centrum Bristolu, gdzie urodził się Richard Long, do centrum Londynu, a konkretnie Saint Martin’s School of Art, trwałby około 43 godzin, tak wskazuje wirtualna mapa. Po drodze mija się miejscowości Reading, Marlborough, ale przede wszystkim pola, rzeki i lasy, a to one najbardziej interesują artystę.

W 1967 r. dwudziestodwuletni Richard Long wysiada więc przy stacji Waterloo i rusza w drogę. Następnie znajduje łąkę, na której wydeptuje kilkumetrowy ślad. Kilkaset kroków utrwalonych w ugiętych źdźbłach trawy – oto sztuka, którą on sam określi czymś pomiędzy stawianiem pomników a zostawianiem po sobie jedynie odcisku.

Bazgroły i błoto

Skoro jesteśmy w roku 1967, przypomnijmy, że Beatlesi wydają właśnie „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, a na gali Oscarów króluje brytyjski tytuł „Oto jest głowa zdrajcy” Freda Zinnemanna. Nowy Jork wciąż nie odebrał Europie tytułu centrum sztuki, to Brytyjczycy rządzą kulturą. Na uczelniach zaczyna się rewolucja, która odmieni drugą połowę XX w., w polu sztuki coraz głośniej mówi się o jej nowych nurtach, takich jak konceptualizm, land-art czy performans, do których wkrótce będzie się wpisywać Richarda Longa. Tymczasem on, no właśnie, depcze trawę.

Long, rocznik 1945, jest dzieckiem Bristolu, miasta znanego choćby z tego, że jego mieszkańcy codziennie mogą patrzeć na największe w Europie odpływy. Woda znika za horyzontem, by kilka godzin później wrócić i rzeźbić w skałach nowe tunele. Artysta w jednej z rozmów przyzna, że to w Bristolu zrozumiał, iż woda i kamienie będą dla niego podstawowymi materiałami plastycznymi. W przyszłości doda do nich jeszcze błoto z dna rzeki Severn płynącej przez miasto.

Ale żeby zostać artystą, nie wystarczą kamienie i dobre chęci, trzeba jeszcze dobrze się urodzić. Wspominając swoje dzieciństwo Long przypomina, że rodzice, para zamożnych Brytyjczyków, pozwalali mu bazgrać po ścianach. Już jako czterolatek zyskał status przedszkolnego artysty, jako jedyny mógł zamiast poobiedniej drzemki zasiąść spokojnie przy sztaludze i tworzyć. 

Praca Richarda Longa „A Line in Norfolk” w rezydencji Houghton Hall w Norfolk, Anglia, 2017 r. // Fot. Stuart Franklin / Magnum Photos / Forum

To, co daje świat

Prawdziwa droga do sztuki była jednak znacznie trudniejsza. Na zajęcia w koledżu artystycznym przynosi kilka zdjęć. To zapis jednego z działań w terenie: ulepił kulę ze śniegu, a następnie toczył ją po zboczu tak, że spod cienkiej warstwy śniegu przebiła się brązowa smuga błota. Dokumentacja fotograficzna przydała się nie jako dowód na talent i kreatywność, a raczej jako podkładka pod interwencję nauczycieli, którzy oświadczyli rodzicom Longa, że z ich synem najwyraźniej dzieje się coś niedobrego.

Całe szczęście najlepsza szkoła artystyczna w Wielkiej Brytanii – Saint Martin’s School of Art, gdzie już rok później dostał się Long – przyjmuje wszystkie eksperymenty młodego artysty za dobrą monetę. A Long korzysta z dobrodziejstwa uczelni, na której może spotkać tych największych. Na wykładzie Buckminstera Fullera, amerykańskiego architekta i wizjonera, usłyszy zdanie, które brzmi mniej więcej tak: „Nie interesuje mnie to, jak projektować lepsze łazienki, interesuje mnie odpowiedź na pytanie o to, jak można lepiej się myć”.

Long, najwyraźniej podzielający zamiłowanie do tego, co nazywamy brytyjskim poczuciem humoru, lubi cytować takie absurdy wyłącznie po to, by kondensować w nich ważny dla siebie przekaz. Sztuka jest po to, żeby odpowiadać na najprostsze pytania. Na przykład: jak żyć lepiej, uważniej, bliżej tego, co nas otacza. 

Wprowadzając taką myśl w życie trzeba być radykalnym. Long twierdzi, że praca w studio niemal zupełnie go nie interesuje. Interesuje go to, co daje mu świat. Dlatego, począwszy od wspomnianego „Lane Made by Walking” (1967), będzie starał się szukać takich miejsc w przyrodzie, w których z wydeptanej trawy, kamieni czy piasku będzie mógł stworzyć podstawowe abstrakcyjne kształty – kreskę, kwadrat, okrąg.

Kilimandżaro w prezencie

Kilkadziesiąt lat przed Longiem wybitny szwajcarski malarz i jeden z ojców założycieli malarstwa abstrakcyjnego, Paul Klee mówił, że dobry rysunek jest jak zabranie kreski na spacer. Long potraktuje to całkiem dosłownie. W 1975 r. ustawi kilkaset kamieni w prostej linii u podnóża jednego z ośmiotysięczników w Himalajach, cztery lata później wybierze się do Japonii, gdzie na górze Fuji ustawi okrągłą rzeźbę ze znalezionych tam kamieni. W 1969 r. podczas wyprawy do Afryki wejdzie na szczyt Kilimandżaro. Na wierzchołku jednego z głazów położy taśmy, w ten sposób, by kamień przypominał spakowany prezent. Po latach artysta będzie żartował, że to najwyżej umiejscowione dzieło w historii sztuki.  

Żartował, bo w rzeczywistości Brytyjczykowi nie chodzi o to, by sztuką zdominować naturę, stworzyć coś spektakularnie wielkiego, nie ma zamiaru konkurować z przyrodą o to, kto potrafi stworzyć ciekawszy punkt widokowy. 

Dlatego zżyma się na słowo „Land Art”, traktując je jako wymysł określający sztukę tworzoną przez artystów tej samej generacji, głównie amerykańskich, których motywowała jednak zupełnie inna filozofia. Kupowali ziemie i, wykorzystując maszyny, ingerowali w naturę tak, żeby z jej pomocą powstał monumentalny pomnik na cześć człowieka – mówi Long w jednej z rozmów na YouTubie. Wysoki, opalony jak sportowiec spędzający czas na słońcu, mówi prosto do kamery: ja jestem „po prostu” artystą.

Richard Long „Delabole Slate Circle” na wystawie rzeźby w Leeds Art Gallery, 2018 r. // Fot. Danny Lawson / PA / East News

Bez efekciarstwa 

Początek kariery artystycznej Longa zbiega się jednak w czasie z rozkwitem popularności samego land artu. W 1968 r. w nowojorskiej Dwan Gallery zaprezentowana została wystawa „Earthworks”, na której amerykańscy artyści pokazali plastykę ziemi. Wśród najgłośniejszych nazwisk znalazł się Robert Smithson, którego „Spiral Jetty”, czyli spiralna grobla usypana z setek ton ziemi, wkręca się jak wir w taflę Wielkiego Jeziora Słonego w Utah.

To przykład wszystkiego tego, czego Long nie chce: dominacji i efekciarstwa. Jego prace są bliższe temu, co w latach 70. w Polsce tworzy Teresa Murak. Murak także stawiała na bliskość natury i spacerowanie – wystarczy wspomnieć o jej „Procesji” z 1974 r., gdy krążyła po centrum Warszawy w kitlu obsianym rzeżuchą, o czym przypomniała niedawna wystawa w stołecznej galerii Import-Export. Murak i Longa łączy pokoleniowo nie tylko zamiłowanie do kontaktu z naturą, ale też zaangażowanie własnego ciała do tworzenia sztuki. Łatwo o tym zapomnieć, pakując Brytyjczyka do szufladki „Land Artu”.

Marina Abramović swoją dwunastoletnią podróż z partnerem Ulajem zakończyła spacerem po Wielkim Murze Chińskim. Vito Acconci w 1969 r. przez miesiąc podążał za przechodniami w Nowym Jorku, do momentu, gdy ci znikali w prywatnych budynkach. Long także spacerował, a jego spacery nabierały rozmachu. Największym życiowym projektem, jeśli można tak mówić w przypadku człowieka, którego twórczość bardziej przypomina dorobek maratończyka niż artysty, jest cykl spacerów, w których pokonywał 100 mil.

Koncepcja miała być prosta: iść przez 100 mil (w naszej skali: 160 kilometrów) trasą, która jest najbardziej zbliżona do linii prostej. Spaceruje tak przez Boliwię, Australię, Irlandię, Egipt, Szwajcarię. Czasem wydłuża dystans, by przejść z najbardziej wysuniętego na południe skrawka Wielkiej Brytanii do jej północnych rubieży. Brytyjska prasa żartobliwie komentowała to wydarzenie, korzystając z pasującego tu jak ulał nazwiska artysty: „Long walk”.

Krąg łupków

Sztuka Longa to jednak coś więcej niż spacery. Artysta przyznaje, że gdyby ograniczał się jedynie do natrętnego łażenia, byłby co najwyżej uciekinierem od rzeczywistości, tymczasem on chciałby z rzeczywistością rozmawiać. Dlatego po drodze dokonuje działań, które z pozoru opowiadają o mało znaczącym, a jednak pięknym miejscu człowieka w przyrodzie: zbiera kamienie i usypuje z nich kopce, do menażki nabiera wody z jednej rzeki, by wylać ją do koryta innej.

Czasem, choć zdarza się to niezwykle rzadko, wchodzi w interakcje z odbiorcami, jak w przypadku performansu rowerowego: „Rozpocząłem od wyjścia z mojej szkoły w Londynie z rowerem, do którego przywiązałem komponenty rzeźby. Rozpocząłem trwającą mniej więcej dwie doby przejażdżkę po hrabstwach na północ od Londynu, kończąc w moim mieszkaniu na East Endzie. W przypadkowych miejscach i w różnym czasie trwania mojej drogi zostawiałem kawałki pracy. Każdy składał się z wetkniętego w ziemię kawałka drewna. Były one zostawione w ogrodach, na poboczach, w zieleni wiejskiej, na polach itd. Obok każdego znajdowała się notatka informująca, że jest to jedna z piętnastu podobnych części rzeźby okalającej teren o powierzchni około 2400 mil kwadratowych. Zostawiłem też swoje dane i adres do przesyłania komentarzy. Otrzymałem dwie odpowiedzi”.

Tytuły spacerów Longa przypominają zadania, a może intencje, z którymi wyrusza w podróż. Na przykład: „Sześciodniowy spacer po wszystkich drogach, pasach i podwójnych torach w okręgu o szerokości sześciu mil, którego środkiem jest Gigant z Cerne Abbas” (1975), „82 mile w 24 godziny, 24 mile w 82 godziny” (1996). Te tytuły, jak haiku, pojawiają się także na wystawach Longa. Wypisane na ścianach stanowią często jedyny zapis dokonań artysty. Innym dowodem są fotografie, co dziś wydaje się oczywistym elementem praktyki artystycznej, ale jeszcze w latach 70. zakrawało na eksperyment w sztuce niemal tak kontrowersyjny, jak wstawienie do galerii kilku cegieł i nazwanie tego sztuką.

A jeśli jesteśmy już przy cegłach w galerii: w 1976 r. Wielka Brytania żyje skandalem. Carl Andre, jeden z najważniejszych reprezentantów amerykańskiej sztuki minimalistycznej, ustawia w Tate Britain kilkadziesiąt cegieł. Koszt realizacji pracy to 12 tys. funtów (dziś to ekwiwalent niemal 50 tys. funtów) wyciągniętych z kieszeni brytyjskiego podatnika. Dziennikarze są oburzeni. Tymczasem kiedy trzydziestojednoletni Richard Long reprezentuje Wielką Brytanię na Biennale w Wenecji, gdzie w pawilonie ustawia kilka linii z kamieni zwiezionych z okolicznych wysp, Brytyjczycy są zachwyceni.

Chociaż działalność Longa jest efemeryczna, eksperymentalna, a przez to, jak się wydaje, kompletnie nie rynkowa, to jednak podróże opłaca ze sprzedaży dzieł sztuki. W 1989 r. sprzedaje stworzoną w 1981 r. rzeźbę – krąg łupków, „Whitechapel Slate Circle”, za 200 tys. funtów. Wtedy było to najdroższe dzieło żyjącego brytyjskiego artysty.

Richard Long, 2012 r. // Fot. Sarah Lee / eyevine / East News

Richard Long? Kocham!

Finanse idą w parze z uznaniem. W 1989 r. Long otrzymuje najważniejsze brytyjskie wyróżnienie artystyczne, Nagrodę Turnera. Jest też jedynym w historii twórcą, który był nominowany do tej nagrody aż cztery razy. Jego prace wielokrotnie prezentowano w najważniejszych galeriach świata, od San Francisco MOMA, Documenta w Kassel, po Tate, gdzie ostatnią wielką retrospektywę zorganizowano mu w 2009 r.

Jego sztuka bywa efemeryczna, jak wtedy, gdy zamiast obrazów zostawia w galeriach odciśnięte na ścianach ślady umorusanych w błocie dłoni lub kamieni, bywa też absurdalna jak skecze Monty Pythona, a mimo to stanowi paliwo dla innych twórców. Rebecca Solnit w „Zewie włóczęgi” pisze, że „pod pewnymi względami prace Longa przypominają pisarstwo podróżnicze, ale zamiast mówić nam, co czuł, co jadł i inne tego typu szczegóły, jego krótkie teksty i niezamieszkane obrazy pozostawiają większość podróży wyobraźni widza”.

Long jest brytyjskim dobrem narodowym, jak megality Stonehenge czy zespół Rolling Stones. W 2012 r., gdy królestwo organizowało w Londynie Igrzyska Olimpijskie, Longa zaproszono do współpracy, a ten namalował stumetrowy mural na asfalcie wzdłuż trasy kolarskiej. W 2018 r. z rąk królowej Elżbiety odebrał tytuł szlachecki.

W maju 2024 r. Long otrzyma doktorat honoris causa katowickiej ASP. Związek artysty z Polską jest raczej niewielki, bo Long nie spacerował nigdy po Bieszczadach, nie zbierał piasku nad Bałtykiem, a jego sztukę można było oglądać w ostatnich latach tylko raz, na wystawie „Wiek półcienia” w Warszawie. I była to wystawa niefortunnie otwarta wiosną 2020 r., kiedy nie można było spacerować, nawet w lasach. Teraz w Katowicach będzie można zobaczyć kilka prac artysty i spotkać go osobiście, ale obecność Longa jest w polskiej sztuce niezbywalna.

W 2022 r. dwójka artystów – Tymon Nogalski i Tymek Bryndal – wyruszają z Galerii Czwartek w Warszawie, by w kilka dni dotrzeć do geometrycznego środka Polski – miasteczka Piątek. W 2016 r. Michał Smandek, na co dzień związany z katowicką ASP, wyjeżdża do Boliwii, gdzie na pustyni ustawia szkielet namiotu, który – jak delikatna metalowa rzeźba – wtapia się w pejzaż. Dokumentuje to zdjęciem. Gdy pytam ich o związki ze sztuką Brytyjczyka, odpowiadają krótko: „Richard Long? kocham!”.

Autor jest redaktorem naczelnym „Mint Magazine”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 21/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Sztuka deptania trawnika