Daleko od szlaku

W marokańskich knajpach nawet jeśli siedzi się przy stoliku samemu, zawsze podają do herbaty dwie szklanki. Nie wiadomo dlaczego. Ale jeśli przy stoliku siedzi Krzysztof Środa, to znaczy, że druga szklanka jest dla was.

30.07.2019

Czyta się kilka minut

Krzysztof Środa na bazarze Różyckiego, Warszawa / ARCHIWUM ALEKSANDRA FILIPOWICZA
Krzysztof Środa na bazarze Różyckiego, Warszawa / ARCHIWUM ALEKSANDRA FILIPOWICZA

Najważniejszy jest szczegół: szron jaśniejący na trawie wczesnojesiennym świtem, gdy idzie się z przyjacielem brzegiem jeziora z wędką na ramieniu. Albo drzwi do toalety w barze Dajana w Olecku, a raczej ich matowa szyba (chyba nikt nigdy nie stworzył tak wnikliwej i subtelnej analizy podobnego obiektu). Czasami chodzi bardziej o miejsce, a konkretniej o skomplikowane relacje świetlno-przestrzenne, jakie w nim zachodzą, jak choćby na dziedzińcu gmachu Ministerstwa Finansów, które nieoczekiwanie okazuje się „pułapką na wczesnowiosenne promienie słońca” – idealne warunki, aby na chwilę zamknąć oczy i pomyśleć o innych miejscach, czasem egzotycznie dalekich, częściej jednak bliskich i swojskich.

W tym gęstym strumieniu wspomnień, utkanym z tysiąca pozornie nieistotnych szczegółów, prędzej czy później pojawi się dłuższy passus o rybach albo owadach, jest też szansa na fragment o podróży (faktycznej bądź niedoszłej) na Kaukaz, a wszędzie, niczym monety w fontannie, błyskają metafory i porównania zaczerpnięte z języka ekonomii – wszak od setek lat wiadomo, że wyprawy są po to, żeby się wzbogacić.

Turysta

Wszystko dlatego, że Krzysztof Środa jest człowiekiem wielu profesji i pasji. Gdy zestawić je w jednej, zwięzłej notce biograficznej, wyglądają wręcz ekscentrycznie. W długiej rozmowie ze swoim przyjacielem – też pisarzem – Zbigniewem Mentzlem (często goszczącym również w jego opowieściach) podsumował je zwięźle: „Ryby, giełda i literatura”.

Zapalony wędkarz (choć, jak wyznaje w najnowszej książce „Srebro ryb”, od lat raczej teoretyk niż praktyk), spekulant giełdowy, a do tego tłumacz fachowej literatury ekonomicznej. No i nie bez znaczenia, że z wykształcenia filozof (ze szczególnymi skłonnościami do Husserla i fenomenologii w ogóle), a do tego podróżnik. Choć z tym ostatnim pewnie by się nie zgodził. „Teraz każdy jest podróżnikiem, a ja co najwyżej od czasu do czasu gdzieś pojadę” – zganił mnie kiedyś Andrzej Stasiuk przy autoryzacji swojej notki biograficznej. Tu chyba jest podobnie, trzeba więc uważać.

W tym problematycznym słowie „podróżnik” kryje się bowiem sedno problemu, wokół którego Środa krąży nieustannie w swoich książkach. Celowo używam tej nieokreślonej formy, gdyż klasyfikacja gatunkowa w tym przypadku jest zadaniem karkołomnym, o czym najlepiej mogą świadczyć problemy kapituły Nagrody Literackiej Gdynia. Środa był dwukrotnie nominowany w kategorii „esej” (a za „Projekt handlu kabardyńskimi końmi” w 2007 r. nawet nagrodzony), a raz w „prozie” (za „Las nie uprzedza” w 2017 r.) – choć bez wątpienia w obu przypadkach mamy do czynienia z tą samą materią literacką.

Znawca krajów

Jak autor sam przyznaje, pisząc pierwszą książkę („Niejasna sytuacja na kontynencie. Prywatny przewodnik po różnych stronach świata”, 2003) czuł, że „go nosi”, że musi gdzieś pojechać. Wyobraźnia nęciła egzotycznymi Chinami albo Mongolią, życiowa pragmatyka uprościła jednak te marzenia do formatu egipskiego kurortu, co prawda przed sezonem, ale wciąż. Żaden rasowy podróżnik raczej nie zdecydowałby się na tak pospolitą destynację, o próbach opisania nie wspominając.


Czytaj także: Dziwny jest ten świat - rozmowa "Tygodnika" z Krzysztofem Środą


Tu jednak ujawnia się maestria metody pisarskiej (można dodać, że także filozoficznej czy wręcz egzystencjalnej) – wszędzie da się znaleźć coś godnego uwagi, wystarczy odrobina cierpliwości i odpowiednio wyostrzone zmysły. „O zasadach targowania się, o nurkowaniu, wycieczkach, piramidach – nie warto pisać”, bo to wszystko już zostało wypolerowane na gładko przez miliony par oczu, nie pozostawiając najmniejszej nawet szczeliny, w której mogłaby zagnieździć się ciekawość.

Wystarczy jednak pójść kawałek dalej, by zobaczyć surrealistyczny krajobraz ciągnących się po horyzont hoteli, ciągle i po wsze czasy w budowie. Nagie szkielety murów i ziejące pustką okna, niczym odarte ze skóry ciało albo pozbawiony obudowy silnik, układają się w „modernistyczne wariacje na temat architektury arabskiej”, serwując gotowy materiał do wiwisekcji zbiorowych fantazji stojących za hasłem „Egipt”.

Odwiedzając kurort, Środa przyjmuje formę turysty (czyli jeszcze gorzej niż podróżnika), aby wykorzystać jej nieoczekiwane możliwości. Turysta nie odwiedza dwa razy tego samego miejsca, rzeczywistość objawia mu się więc tylko raz, po czym znika na zawsze. Z kolei dla lokalnej społeczności sam przybysz jest bytem porównywalnie efemerycznym. Na styku tej widmowej relacji rodzi się energia zdolna zedrzeć z widzianego świata przynajmniej niektóre zasłony codzienności – dobrze nastrojony fenomenolog potrafi to wykorzystać.

I tak jest wszędzie – nieważne, czy chodzi o Rio Grande czy Szydłowiec, ukryte w korsykańskich górach wsie czy leżącą na Mazowszu miejscowość Bryzgów, gdzie znaleźć można stare, papierowe obrazy świętych oprawione w otwierane ramy.

Nie ma sensu podawać więcej przykładów, bo to jak streszczać poezję – diabeł tkwi w szczegółach: w unikalnym kadrowaniu, precyzji opisu (często kontrastowanej wdzięczną nonszalancją) i przede wszystkim subtelnym, ale i oszczędnym języku. A na koniec ten literacko-podróżniczy melanż (nie ma dobrego słowa na sposób, w jaki Środa przemieszcza się w przestrzeni, zostańmy więc przy tym ogólnym terminie) filtrowany jest przez unikalną wrażliwość, co pozwala w alchemiczny sposób zamienić ołowianą banalność świata w okruchy złota.

Światło i herbata

Jak sam przyznaje, ma obsesję Maroka, kraju z polskiej perspektywy egzotycznego, ale jednocześnie bliskiego, w zasięgu wyobraźni i czarterowego lotu. Nie chodzi jednak o ekstremalne wyprawy z plecakiem przez pustynię, ale raczej o ucieczkę przed nadwiślańską szarością rozciągającego się przez pół roku listopada. „Gdyby nie to światło – no i ta herbata – przyjechałbym do Maroka raz czy dwa, a potem znalazłbym inny kraj” – pisze.

Przyjrzyjmy się zatem bliżej owej herbacie: „Oni robią to tak, że przechylają czajniczek jakieś dziesięć centymetrów nad szklanką, a kiedy herbata już cieknie, podnoszą go zdecydowanym, lecz płynnym ruchem – może nie na pół metra, ale niewiele brakuje – żeby chwilę później, kiedy szklanka jest prawie pełna, opuścić go równie gwałtownie i przechylić do tyłu. Próbuję ich naśladować i wychodzi mi to coraz lepiej”. Opis ciągnie się jeszcze długo: jest o utlenianiu i zmiękczaniu garbników, o cukrze, który można aplikować na wiele sposobów, tworząc w aromatycznym płynie najróżniejsze słodko-gorzkie relacje, a także dłuższy passus o poszukiwaniu zapalniczki, bez której nie dałoby się zapalić dwóch papierosów marki Winston kupionych na sztuki w pobliskim kiosku.

W marokańskich knajpach jest taki zwyczaj, że nawet jeśli siedzi się przy stoliku samemu, zawsze podają do herbaty dwie szklanki. Dlaczego? Nie wiadomo na pewno, ale są dwie hipotezy. Według pierwszej chodzi o to, żeby łatwiej przelewać, dolewać i mieszać – dodatkowe naczynie okazuje się bardzo przydatne przy tej rytualnej procedurze. I choć liczba wariantów wydaje się nieskończona, poświęcając odpowiednio dużo czasu (a skrupulatności Środy w tej kwestii możemy być absolutnie pewni), można przetestować ich na tyle dużo, żeby pokusić się o wstępne wnioski na temat natury tego niezwykłego napoju.

Druga hipoteza na temat dodatkowego naczynia jest socjologiczna. Chodzi o to, że siedząc przy stoliku i rozkoszując się miętowym naparem w upalne popołudnie (pół godziny to absolutne minimum), często spotykamy kogoś znajomego – dysponując drugą szklanką, łatwiej namówić go, aby się przysiadł choć na chwilę. Jak można zauważyć, obie teorie nie tylko nie stoją ze sobą w sprzeczności, ale wręcz w doskonały sposób się uzupełniają.

Dokładnie tak samo, jak opowieści, które serwuje nam Środa – wpierw nieco zdziwieni obserwujemy z rosnącym podziwem finezję, z jaką analizuje optymalny podział twardej kostki cukru i „rozgałęziające się z każdą przelewką kontinuum goryczy i słodkości”. Początkowo scena wydaje się intymna, do tego bardzo poważna – wszak to jeden z wielu fenomenologicznych eksperymentów, jakim Środa poddaje rzeczywistość, w poszukiwaniu jej zawsze nieuchwytnej natury. Jednak szybko odkrywamy, że ta druga szklanka czeka przecież dla nas – w każdej chwili możemy się dosiąść i samemu rozpocząć studia nad tajemnicą marokańskiej herbaty.

Wolałbym nie pisać tej książki

Nie da się jednak tego zrobić ot tak, z biegu. Rozczaruje się ten, kto będzie chciał wyłowić z tej prozy jedynie garść efektownych anegdotek. Opowieści Środy są gęste i kręte, płyną z nurtem pamięci, często meandrując, nierzadko trafiają się też ślepe odnogi. Całość jednak, choć pozbawiona wyraźnego początku i końca, ma wyraźną strukturę, której rytm przypomina medytację.

Środa pisze niewiele, do tego bardzo powoli – skromne objętościowo książeczki (w sumie ma ich w dorobku pięć) powstają latami. Do tego kilka esejów porozrzucanych po antologiach i internecie – w sumie tyle, co jeden solidny szwedzki kryminał.

Brak pośpiechu i swoboda, jaką daje celowy wybór marginesu marketingowo-wydawniczej logiki, gwarantuje tej prozie niewymuszoną lekkość, której nie należy mylić z łatwością. Środa twierdzi, że w pisaniu najgorzej przekombinować, a mimo to piętrzy przed czytelnikiem kolejne wyzwania. Nie próbuje przy tym na siłę uwodzić ani imponować, hołduje raczej staroświeckiej zasadzie, w myśl której wszystko, co wartościowe, wymaga wysiłku.

Dla Środy ważny jest sam mechanizm – zarówno pamięci, jak i literatury. Jeśli mamy do czynienia z dziennikiem z podróży (a wczesne książki przybierają taką formę), to pojawiające się tam daty są czysto umowne, stanowią podstawową strukturę, która niczego jednak nie porządkuje – poziom zero wspomnień, z którego coś może (ale przecież nie musi) się ułożyć. Więcej – same wpisy odnoszące się do poszczególnych miejsc, osób czy zdarzeń stanowią ledwie połowę całości.

Druga część, być może ważniejsza, to komentarz.

Problem bowiem polega na tym, że zapis zawsze jest spóźniony względem rzeczywistości. Dlatego każda próba przyszpilenia świata w opisie kończy się porażką (z której trzeba zdać relację). Jej dotkliwość łagodzi jednak pogodnie melancholijna natura samego badacza, w czym słychać dalekie echa klasyków ponowoczesności.

Nie może dziwić więc, że każda podróż jest tak naprawdę wspomnieniem innych, wcześniejszych wypraw, ewentualnie planowaniem kolejnych – zawsze lepiej być gdzie indziej. Dlatego gdy raz za razem czytamy, że autor wolałby nie pisać tej czy innej książki, powinniśmy te bolesne wyznania potraktować poważnie – na tyle, na ile jest to jeszcze dziś możliwe.

Dlaczego? Ponieważ najtrudniej jest opisać to, co tu i teraz. Problem, choć zbanalizowany przez poppsychologów i innych inżynierów od wydajności życia, pozostaje paląco aktualny. Teraźniejszość ze swoją zagadkową i nieuchwytną naturą wciąż stanowi wyzwanie, wobec którego bezradne pozostają nawet najcięższe filozoficzne działa. Na szczęście ratunkiem przed szaleństwem ciągłego gnania tam, gdzie aktualnie nas nie ma, okazują się ryby.

Lustro wody

Ryby dają wytchnienie, gdy świata staje się za dużo, gdy przestaje się mieścić w języku i opowieściach. „Przyzwyczaiłem się pisać o rzeczach, które widziałem” – mówi Środa, czym wprowadza fundamentalne dla filozofa-fenomenologa rozróżnienie na świat widzialny i niewidzialny. O zmaganiach z tym pierwszym z grubsza opowiadają cztery pierwsze jego książki. Medytacja, podróżowanie i przyjmowanie formy turysty – to wszystko strategie mające pomóc uchwycić subtelną fakturę rzeczywistości. Inaczej wygląda sprawa z rybami, którym poświęcony jest najnowszy tom.

I choć wątki ichtiologiczne pojawiają się już wcześniej, rozsiane tu i ówdzie między kolejnymi wyprawami do Armenii czy Maroka, w „Srebrze ryb” mamy do czynienia z próbą systematycznego studium nad naturą tych dziwnych stworzeń, żyjących po drugiej stronie lustra wody: „Ryby doskonale widoczne mają zaledwie połowę uroku ryb niewidocznych lub ledwie widocznych – tych, które pojawiają się jak duchy pod powierzchnią wody i chwilę później znikają. Nie ma w nich żadnej tajemnicy. Bycie widocznymi jest sprzeczne z ich naturą”.

Dlatego wędkarstwo jest czynnością najbardziej jak to możliwe zbliżoną do metafizyki w tym jeśli nie ateistycznym, to z pewnością agnostycznym świecie.

Zapewne dlatego tak trudno o nim pisać. Albo inaczej: tak łatwo o nim nie pisać. Ptaki, motyle i inne owady ze swoją nieprzyzwoitą i ostentacyjną wręcz różnorodnością kolorów, wzorów i kształtów prowokują do „uznania ich za litery alfabetu”. I choć tej nieskończonej ilości komunikowanych nam znaków nie zdołamy nigdy rozszyfrować, wciąż pojawia się przymus analizy i opisu. Z rybami jest inaczej – zawsze pozostają ukryte, a ich obecności w ciemnych odmętach jeziora bądź rzeki możemy się co najwyżej domyślać.

Skoro nie istnieje rybi alfabet, można pisać wyłącznie o tym, co dookoła. I o tym właśnie opowiada „Srebro ryb”: o rodzajach wędek i łowisk, o wyprawach nad jeziora i rzeki, o najróżniejszych próbach klasyfikacji wodnych stworzeń. W ten sposób dokładnie wytyczone zostają granice nieopisywalnego, mrocznego jądra. Bo albo się pisze, albo zawiesza się wzrok na spławiku: tertium non datur, twierdzi Środa. To oczywiście paradoks stary jak cała nowoczesna literatura, w której co rusz jakiś Marcel albo Witold odkrywa, że świata nie da się jednocześnie przeżywać i opisywać.

W przeciwieństwie do nich Środa nie tylko chętnie godzi się z tym rozpoznaniem, ale wręcz przyjmuje je z wytchnieniem. Bo przecież dobrze jest czasem spojrzeć na świat odbity w lustrze wody, nie przejmując się tajemnicami skrywanymi w mrocznej, albo i mętnej, toni. ©℗

 

Krzysztof Środa SREBRO RYB, Czarne, Wołowiec 2019

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Redaktor i krytyk literacki, stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2019