Codziennie rano w radiu France Inter olimpijczycy opowiadają o ważnych dla siebie piosenkach. Zamiast relacjonować, ile ćwiczą, co jedzą i jak wiele zawdzięczają trenerowi, na kilka minut z herosów zamieniają się w zwyczajnych ludzi, którzy dla kurażu włączają sobie rap albo pod prysznicem nucą „Eye of the Tiger”.
Łączenie kultury z kulturą fizyczną nie jest oczywiście niczym nowym, mówi o nim pojęcie kalokagathii (z greckiego kalos kagathos – piękny i dobry), równowagi ciała i duszy, połączenia piękna fizycznego z dobrem moralnym. I zanim średniowiecze grubą krechą oddzieliło korpus od głowy, dbano o harmonijny rozwój obojga.
Właśnie dlatego podczas igrzysk sportowych w starożytnej Olimpii odbywały się popisy muzyków, poetów, oracje i wykłady filozofów. W 67 r. n. e. sztukę, literaturę i muzykę wprowadzono nawet do programu igrzysk jako konkurencje.
Do tradycji tej nawiązał Pierre de Coubertin, wskrzeszając igrzyska pod koniec XIX w. Od 1912 do 1948 r. równolegle do zawodów sportowych odbywały się konkursy sztuki i literatury, zwycięzców tychże dziedzin także honorowano medalami. Prezentowane dzieła miały nawiązywać do sportu. Wśród polskich medalistów znalazł się na przykład Jan Parandowski z powieścią „Dysk olimpijski” (brąz w 1936 r. w Berlinie) czy Zbigniew Turski z „Symfonią olimpijską”. Zdarzało się, że jeden zawodnik startował w obydwu olimpiadach, jak Ślązak Jerzy Skolimowski (nie ten Jerzy Skolimowski), wioślarz i plakacista.

Potem igrzyska artystyczne zawieszono, bo MKOL uznał, że większość artystów to zawodowcy. Stało to w sprzeczności z obowiązującą wtedy Kartą Olimpijską – w szranki stawać mogli wyłącznie amatorzy, którzy ze sportu i sztuki czerpali czystą satysfakcję, a nie pieniądze (o tym, jak rygorystycznie przestrzegano tej zasady, świadczy przypadek Jima Thorpe’a, znakomitego lekkoatlety, któremu odebrano medal, bo ktoś wyśledził, że kilka lat przed zdobyciem złota w dziesięcioboju i pięcioboju grał w półprofesjonalnej drużynie koszykówki, gdzie trochę mu płacono).
Konkursy sztuki zniesiono, ale tradycja wystaw i „programu artystycznego” wokół igrzysk pozostała. Zamiast Herodota, który na stadionie odczytuje fragmenty swoich dzieł, dostajemy teraz ceremonie otwarcia, na których królowe wyskakują z helikopterów, a drag queen tańczą na dionizyjskiej uczcie.
Ale na tym nie koniec. W Paryżu od początku roku bakcyla igrzysk połknęły niemal wszystkie instytucje. Pomysłowość i entuzjazm muzeów, galerii, instytutów i ambasad zasługuje na osobne laury. Niemal wszystkim udało się znaleźć punkty wspólne między własną działalnością a olimpiadą. Niektórym rzecz jasna było łatwiej niż innym – Luwr prezentuje antyczne korzenie olimpiady, Mennica (Musée de la Monnaie) – medale olimpijskie, Muzeum Poczty – maratończyka, czyli pierwszego listonosza, a Muzeum Architektury – projekty stadionów. Nawet instytucje, które wpadły w niefortunny dołek pomiędzy igrzyskami starożytnymi a nowoczesnymi, jakoś sobie radzą: Dom Balzaka zorganizował wystawę o sporcie w pierwszej połowie XIX w., a Dom Victora Hugo – o pasji do szermierki w rodzinie pisarza.
Program olimpiady kulturalnej jest dłuższy niż ramiona Leo Marchanda: wystawy, eventy w ambasadach, „domach” poszczególnych krajów, strefach kibica i merostwach, koncerty, wieczorki, animacje. Prawie każdy park i skwer ma swój telebim, minibufet z piwem i popcornem, wystawę zdjęć dzielnicowego artysty oraz dumny baner „X (tu wstawić dzielnicę) les Jeux”. I faktycznie świętujemy w rytmie muzyki i wiwatów. A przed upałem uciekamy do klimatyzowanych sal muzeów.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















