Rywalizacja na arenach sportowych w czasach Związku Sowieckiego była ważnym komponentem rywalizacji z wrogim Zachodem. Zwycięstwa sportowców, szczególnie medale olimpijskie, były traktowane jako świadectwo wyższości socjalizmu nad kapitalizmem i triumf woli zdrowego człowieka sowieckiego. W putinowskiej Rosji sport też stał się jednym z filarów systemu. Medale rosyjskich sportowców miały dowodzić, że Rosja jest mocarstwem.
Na dopingu
Szybko miało się jednak okazać, że Putin nie potrafi grać czysto także i na tym polu. Liczne afery dopingowe wyrzuciły rosyjski sport na margines. Kremlowska propaganda wbijała w głowy publiczności, że zastosowane przez MKOl i federacje poszczególnych dyscyplin kary za doping to gorszący przykład rusofobii. Obecne sankcje świata sportu wobec Rosji za inwazję na Ukrainę również tak klasyfikuje.
W letnich igrzyskach w Tokio i zimowych w Pekinie rosyjska ekipa w ramach sankcji za doping nie mogła wystartować, prawo udziału w zawodach przyznano poszczególnym sportowcom (o ile spełniali normy). Nie mogli oni jednak występować w barwach narodowych, startowali pod flagą Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego. Gdy któremuś zdarzyło się wygrać, podczas dekoracji zamiast hymnu Rosji rozbrzmiewał fragment koncertu fortepianowego Piotra Czajkowskiego, a na maszt wciągana była flaga RKO.
Pływak z literą Z
Jednym z takich mistrzów bez flagi i hymnu był pływak Jewgienij Ryłow. Zdobył w Tokio dwa złote medale na dystansie 100 i 200 metrów stylem grzbietowym. Federacja pływacka FINA odsunęła Ryłowa od udziału w zawodach międzynarodowych za wspieranie Putina w jego wojennych zapędach.
W rocznicę aneksji Krymu 18 marca 2022 r. na stadionie Łużniki w Moskwie odbył się wielki prowojenny wiec (opisałam go na blogu w tekście „Bal u Szatana”). Jednym z uczestników tych niesławnych bachanaliów był Ryłow, który pojawił się na imprezie w kurtce z putinowską swastyką – symbolem Z; na scenie wraz z innymi putinistami zaśpiewał hymn Rosji.
Premia za pozostanie w domu
Przymiarki do udziału rosyjskich sportowców w igrzyskach w Paryżu trwały długo, MKOl wił się pomiędzy całkowitym zakazem startu Rosjan (i Białorusinów) a zmiękczeniem sankcji. Wreszcie stanęło na dopuszczeniu kilkudziesięciu zawodników spełniających wymogi: zero dopingu, zero wsparcia dla wojny, zero flagi i hymnu.
W Rosji stworzono atmosferę, która miała udaremnić start nawet temu wąskiemu gronu wybrańców. Media kolportowały wypowiedzi działaczy sportowych, trenerów i sportowców, którzy wyrażali oburzenie z powodu zamknięcia drogi na olimpiadę reprezentacji Rosji w grach zespołowych i poszczególnych indywidualnych dyscyplinach. Wpływowa trenerka gimnastyki artystycznej Irina Winer zakrzyknęła, że „do Paryża pojedzie drużyna kloszardów, bez flagi, hymnu i kibiców”. A to niehonorowo.
Niektórzy sportsmeni, którzy uzyskali kwalifikację olimpijską, sami zrezygnowali z wyjazdu do Paryża w obawie przed utratą dofinansowania. „Rosyjski sportowiec nie należy do siebie. Sport zawsze był finansowany przez państwo. Sportowiec przynależy do federacji, która decyduje o wszystkim: treningach, zawodach, wyjazdach. Rosyjscy sportowcy są zakładnikami tego systemu” – mówi w wywiadzie dla „Nowej Gazety. Europa” komentator sportowy Michaił Polenow. Dlatego i afery dopingowe miały w Rosji tak gigantyczny zasięg: to było koksowanie pod egidą państwa.
Ostatecznie w Paryżu wystartuje tylko piętnastu sportowców z Rosji, w neutralnym statusie. Nie wezmą oni udziału w ceremonii otwarcia, ponadto ich osiągnięcia nie zostaną uwzględnione w klasyfikacji medalowej. Tym, którzy mieliby szanse na kwalifikację olimpijską (to 245 sportowców), ale z różnych względów pozostają w domu, Rosyjski Komitet Olimpijski wypłaci premie w łącznej wysokości 200 mln rubli.
Niektórzy rosyjscy sportowcy zawczasu zmienili obywatelstwo i w Paryżu będą reprezentować Uzbekistan, Kazachstan lub Izrael.
Paryża nie pokażemy
Nad tym, jak odpowiedzieć MKOl i całemu zgniłemu Zachodowi, który tylko knuje, jak dokopać Rosji, głowił się cały sztab rosyjskich działaczy sportowych i politycznych decydentów. Rzucono hasło organizacji własnych zawodów na wzór igrzysk olimpijskich: po pierwsze, Światowe Igrzyska Przyjaźni, po drugie, Igrzyska BRICS, po trzecie, żadna rosyjska telewizja nie pokaże transmisji z Paryża. Nawet wyspecjalizowany kanał sportowy TV Match.
„Decyzja, by nie pokazywać olimpiady w telewizji, to decyzja polityczna. Poprzednim razem coś podobnego wydarzyło się w 1984 roku, gdy w Związku Sowieckim nie transmitowano igrzysk w Los Angeles (zbojkotowanych przez ZSRS i cały obóz socjalistyczny w rewanżu za zachodni bojkot olimpiady Moskwa 1980 po inwazji na Afganistan). Wtedy to była zimna wojna. Smutne jest to, że znowu wchodzimy do tej samej rzeki” – mówi Polenow.
Alternatywa na miarę możliwości
Do innej rzeki weszli organizatorzy BRICS Games 2024 w połowie czerwca w Kazaniu. Dotychczasowe edycje zawodów odbyły się skromnie, bez udziału gwiazd, nie padały tu żadne rekordy. Tymczasem Rosja postanowiła podejść do organizacji tegorocznej edycji z wielkim zadęciem: to miała być dumna odpowiedź wielkim świata sportu, alternatywa dla olimpiady pod egidą MKOl. I okazja dla rosyjskich sportsmenów, aby pokazać klasę.
Wyszło jak wyszło. O igrzyskach BRICS w Kazaniu pisano i mówiono w zagranicznych mediach tylko z uwagi na liczne potknięcia i niezamierzony efekt komiczny. Na uwagę zasłużył m.in. Rosjanin Aleksandr Malcew, który był jedynym uczestnikiem konkursu w pływaniu artystycznym. No i konkurs ten wygrał. Ale przynajmniej pojawił się na basenie w Kazaniu, zanurzył się w nim i wykonał swój program artystyczny.
Wydawać by się mogło, że to już szczyt absurdu i nic więcej w tej materii nie da się wymyślić. Po czym okazało się, że jednak nie doceniliśmy potiomkinowskich mistrzów klejenia rzeczywistości butaprenem. Bo oto w zapasach w stylu belt wrestling poważne szanse medalowe w kategorii do 85 kg miał litewski zapaśnik Andrius Mażeika. Według organizatorów Mażeika przeszedł eliminacje, dotarł do ścisłego finału i przegrał walkę o brązowy medal. Tymczasem nie ma żadnych śladów jego pobytu w Kazaniu ani udziału w turnieju. Litewska Federacja Zapaśnicza oznajmiła, że nikogo nie wysyłała do Kazania, a Mażeika odniósł poważną kontuzję i od ponad dwóch lat nie pojawiał się na zawodach.
Z imprezy w Kazaniu rosyjscy zawodnicy wywieźli worek medali. Nie mieli sobie równych, bo na imprezę nie przyjechali sportowcy szykujący się do prawdziwych igrzysk w Paryżu.

Przyjaźń przełożona
Międzynarodowy Komitet Olimpijski opublikował deklarację przeciwko polityzacji sportu, w której wezwał państwa należące do ruchu olimpijskiego, aby nie brały udziału w alternatywnych imprezach organizowanych przez Rosję na pohybel reszcie świata (w lutym 2022 r. po rosyjskiej agresji na Ukrainę MKOl objął embargiem międzynarodowe imprezy sportowe organizowane przez Rosję). Uczestnictwo w takich zawodach może pociągnąć za sobą przykre konsekwencje.
Na wrzesień planowano w Moskwie i Jekaterynburgu Światowe Igrzyska Przyjaźni. To nawiązanie do tzw. Igrzysk Dobrej Woli, które Związek Sowiecki organizował w latach 80. po wspomnianym wyżej bojkocie moskiewskiej olimpiady. Tamte zawody, jakkolwiek bez większych sukcesów sportowych, przynajmniej się odbywały. Natomiast zapowiadane z entuzjazmem przez kremlowską propagandę wrześniowe Igrzyska Przyjaźni nie odbędą się, przynajmniej nie w wyznaczonym terminie: zostały przełożone na przyszły rok.
A może w ogóle się nie odbędą. Próba zagrania na nosie MKOl i wykazania, że Rosja jest w stanie skrzyknąć na swoją ucztę sportowców z zaprzyjaźnionych państw (w myśl serwowanych na co dzień propagandowych haseł to „cały świat minus Zachód”), zakończyła się zwieszeniem własnego nosa na kwintę.
Niepewność i chaos
Ukarana za agresywną politykę i podeptanie zasad ruchu olimpijskiego Rosja nie pogodziła się z sankcjami. Zdaniem strony rosyjskiej warunki postawione przez MKOl to zaprzeczenie idei olimpijskiej, zakładającej udział sportowców z całego świata. Najwidoczniej w ich mniemaniu wywołanie krwawej wojny zaprzeczeniem idei olimpijskiej nie jest.
Od wielu miesięcy Rosja prowadzi działania dezinformacyjne, mające pognębić organizatorów igrzysk. Jak napisała w swoim raporcie firma Microsoft, w ramach kampanii odpalono fałszywe strony internetowe z treściami dyskredytującymi MKOl. Podobne zadanie miał spełniać film „dokumentalny” pod tytułem „Upadek olimpiady”, lansujący tezę, że paryskie igrzyska będą nie tylko areną zmagań sportowych, ale także wielu niebezpiecznych zdarzeń.
Jednym z mechanizmów zastosowanych w internecie było podszywanie się pod rzekome organizacje związane z konfliktem na Bliskim Wschodzie i sprawianie wrażenia, że one coś szykują. Według danych Microsoft, za rozpowszechnianiem tych fałszywek stoją związane z Rosją grupy hakerskie Storm-1679 i Storm-1099. W ostatnich dniach związane z rosyjskimi władzami trolle z grupy „Dwojnik” (Sobowtór) rozpowszechniały na masową skalę klip mający na celu zdezawuowanie igrzysk, MKOl i władz Francji. Te i inne akcje mają na celu sianie niepewności i chaosu.
Propagandystka w bagażniku
Sprawa zapewnienia bezpieczeństwa sportowcom i kibicom stała się oczkiem w głowie organizatorów. Wszystkie składane akredytacje dziennikarskie i inne zezwolenia dla wolontariuszy i obsługi zawodów zostały przesiane przez gęste sito. Odrzucono wnioski rosyjskich dziennikarzy (czy raczej „dziennikarzy”) w obawie o to, że Rosjanie mogą szpiegować lub organizować zamachy terrorystyczne. Skoro rosyjskie telewizje nie będą transmitować zawodów olimpijskich, to po co tak liczna reprezentacja przedstawicieli mediów? Może mieli przydzielone inne zadania. Jedna z rosyjskich „dziennikarek” – mimo odmowy – tak bardzo chciała znaleźć się w strefie ceremonii otwarcia, że próbowała sforsować kontrolę, schowana w bagażniku samochodu.
Rosyjskie władze wyraziły dyżurne oburzenie brakiem akredytacji dla sprawozdawców sportowych, działaczy, urzędników czy polityków, którzy przecież tak lubią pokazać się na trybunie honorowej w doborowym towarzystwie.
Tymczasem rosyjskie służby budzą swoich „śpiochów” we Francji. 21 lipca w Paryżu został zatrzymany pod zarzutem przygotowania zamachów podczas igrzysk 40-letni mężczyzna z Federacji Rosyjskiej (jego personalia nie zostały ujawnione). Od czternastu lat mieszkał we Francji, był kucharzem, uczestnikiem kulinarnych programów telewizyjnych i... agentem FSB.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















