Czy musimy wiedzieć, kim są naprawdę Banksy i Elena Ferrante?

Dlaczego uznajemy, że mamy prawo wdzierać się za zasłonę, którą ktoś przed nami rozpostarł? Dlaczego uznajemy, że wolno nam przekraczać wytyczone przez kogoś granice?
Czyta się kilka minut
Graffiti Banksy'ego namalowane na ścianie Sądu Najwyższego Wielkiej Brytanii. Londynie, 9 września 2025 r. Justin Tallis / AFP / East News
Graffiti Banksy'ego namalowane na ścianie Sądu Najwyższego Wielkiej Brytanii. Londynie, 9 września 2025 r. Justin Tallis / AFP / East News

Przeprowadziwszy niebywale wprost szczegółowe śledztwo, połączywszy wszelkie możliwe kropki, prześledziwszy to i tamto w ten czy inny sposób, agencja Reutera ogłosiła niedawno, kim – najprawdopodobniej – jest legendarny Banksy

Czy Banksy jest ikoną popkultury

Artysta-enigma, wirtuoz street artu, który od lat nie dawał się nikomu zidentyfikować, znany z umieszczania swoich dzieł w miejscach nieoczywistych i publicznych. Latami spekulowano, kim tak naprawdę jest, jemu zaś latami udawało się zwodzić coraz bardziej wścibskich tropicieli. 

Także z tego powodu jego spektakularne akcje elektryzowały nie tylko miłośników sztuki. Banksy stał się, mówiąc bez żadnej przesady, ikoną popkultury. A przy tym, co dla ikon popkultury nie takie częste, cechowało go zawsze wyraźne polityczne zacięcie – gdziekolwiek coś istotnego się działo, tam można się było spodziewać jego interwencji.

Okoliczność, że nie wiadomo było, kim właściwie jest, rodziła naturalnie mnóstwo teorii, w efekcie zupełnie osobną dziedziną recepcji jego dzieł stało się dywagowanie na temat potencjalnych personaliów twórcy. Jeśli jednak reporterzy Reutera mają rację, zagadka została rozwiązana, nastąpił koniec dywagacji, a to, co ukryte, stało się odtąd jawne.

Pytanie brzmi tylko: po co?

Kim jest Elena Ferrante

To samo pytanie nasunęło mi się przy okazji innej podobnej sprawy, może nie aż tak głośnej, acz swego czasu również przyciągającej uwagę międzynarodowych mediów. A mianowicie – zagadki tożsamości Eleny Ferrante. „Prawdziwe ja” tej włoskiej pisarki – a może pisarza? a może pisarzy lub pisarek? – również stanowiło od lat przedmiot nieustających spekulacji. 

Żeby je zdekodować, stosowano przemyślne analizy lingwistyczne, rozkładano frazy na czynniki pierwsze, porównywano biografie postaci rzeczywistych i literackich. Wreszcie, w 2016 r. włoski dziennikarz Claudio Gatti postanowił raz na zawsze przeciąć ten gordyjski węzeł. 

Kierując się niezawodną maksymą „follow the money”, ustalił – jak twierdził: ponad wszelką wątpliwość – że Ferrante nazywa się Anita Raja, mieszka w Rzymie i pracuje jako tłumaczka. Przelewy bankowe nie kłamią, przekonywał, a ich natężenie, wysokość oraz, specyficznie, kierunek – od wydawnictwa publikującego Ferrante wprost do konta Raji – jasno zaświadczały, że mamy tu do czynienia z czymś więcej aniżeli zwykłą koincydencją. 

Jak funkcjonować na własnych warunkach

Nie wszystkich jednak takie wyniki śledztwa usatysfakcjonowały i już rok później ekipa dociekliwych badaczy z Uniwersytetu w Padwie – tym razem naukowców, a nie detektywów – przedstawiła publikację, z której wynikało, że Ferrante to nie tyle Raja, ile jej mąż, wzięty pisarz i dziennikarz Domenico Starnone. 

Oboje oczywiście zaprzeczyli i wciąż zaprzeczają, że są Eleną Ferrante, co tylko, ma się rozumieć, jeszcze mocniej kieruje pod ich adresem podejrzenia. 

Nawiasem mówiąc, przy okazji śledztw dotyczących Ferrante wywiązała się w kręgach literackich zażarta dyskusja. Zwracano w niej uwagę, że całe to publiczne demaskowanie jest zwykłym łamaniem prawa do prywatności. Jeśli ktoś decyduje się pozostać anonimowy, a nie prowadzi działalności przestępczej, powinniśmy powściągnąć ciekawość i po prostu zostawić go w spokoju.

Jeanette Winterson, świetna brytyjska pisarka, stwierdziła nawet, że w usilnych próbach zidentyfikowania „prawdziwej” Ferrante skrywa się jakaś złość i niezgoda na to, żeby kobieta funkcjonowała w świecie literatury wyłącznie na własnych warunkach.

Banksy i Ferrante: po co nam ta wiedza

Ale wróćmy do wspomnianego pytania: po co? Po co mielibyśmy wiedzieć, kim są Banksy i Ferrante? Co to właściwie zmienia? I dlaczego uznajemy, że mamy prawo wdzierać się za zasłonę, którą ktoś przed nami rozpostarł? Dlaczego uznajemy, że wolno nam beztrosko przekraczać wytyczone przez kogoś granice? A w przypadku artystów: jak to wpływa na odbiór ich sztuki? 

Czy lekturze genialnego cyklu neapolitańskiego albo obcowaniu z prowokacyjnymi pracami Banksy’ego tajemnica ich tożsamości nie nadaje jakiegoś szczególnego, niepowtarzalnego charakteru? Może ujawnieni nie byliby skłonni albo zdolni do napisania bądź namalowania czegoś podobnego i tylko okoliczność, że mogą (a raczej mogli) spokojnie skrywać się w cieniu, sprawia (czy też sprawiała), że ich twórczość ma tak szczególny charakter?

Na takie pytania, jak się zdaje, niewiele pozostaje miejsca we współczesnej kulturze, w której wokół dominuje wiwisekcja. Kulturze, w której niemal wszystko jest już na wierzchu, niemal wszystko zostało sfotografowane, sfilmowane, wybebeszone. 

Doprawdy, niewiele jest jeszcze zjawisk i obszarów naszego życia, których w sposób detaliczny nie rozmontowano, nie rozłożono na części, nie obejrzano z każdej możliwej strony w najdoskonalszej rozdzielczości. 

Podglądanie czy potrzeba kontroli

Od wysokospecjalistycznych operacji chirurgicznych transmitowanych na YouTube po najbardziej wymyślne formy seksu w dowolnych konfiguracjach; od prześwietlonych wszerz i wzdłuż celebryckich życiorysów po transmitowane na żywo najintymniejsze szczegóły codzienności ludzi nikomu nieznanych. 

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest w tej potrzebie totalnej dosłowności, demaskowania, oglądania wszystkiego w zbliżeniu, nazywania i katalogowania jakaś autorytarna potrzeba kontroli. Nadmiar kontroli nie prowadzi zaś, jak wiadomo, do niczego dobrego, a poza tym – last but not least – po prostu odbiera życiu smak.


Spotkaj się ze mną podczas ZLOTU POWSZECHNEGO: już 29 maja w Krakowie!

Zlot Powszechny to ogólnopolski zjazd sympatyków Tygodnika Powszechnego, którego centralnym punktem będą rozmowy z udziałem redaktorów, dziennikarzy i współpracowników.

Chcemy, aby Zlot Powszechny był miejscem pogłębionej debaty na najważniejsze dziś tematy społeczne. Miejscem nawiązywania kontaktów, twórczej energii i prawdziwej dyskusji. Bez pośpiechu. Bez uproszczeń. Z uważnością. Wydarzenie odbędzie się w piątek 29 maja w Krakowie w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Uświetni je koncert Grzegorza Turnaua.

Bilety na ZLOT POWSZECHNY są dostępne w serwisie Evenea >>>


Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 14/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Kultura wiwisekcji